Gdy myśli uciekają, a wątki się plączą
 – King Krule

Recenzje

Niełatwo żyje się nosząc w sobie wielką wrażliwość. Skutkuje to zazwyczaj koniecznością dźwigania  bagażu przemyśleń, odczuć, zwątpień. Wszyscy wiemy, że nie ma nic lepszego na taki stan niż opowiedzenie o tym komuś. I nie ma też nic trudniejszego. Ciężko jest utrzymać opowieść w jednym torze, ograniczyć się do jednego wątku, zadbać o piękno składni i logiki zdań. Zdaje się, że Archy Marshall, tym razem znów jako King Krule, takową próbę podjął na najnowszym albumie The Ooz. 

 

Po przesłuchaniu materiału pierwsze, co pomyślałam to jak wiele rozterek musi drzemać w tym chłopaku. Całość to ciąg podejmowania i odpuszczania tematu, zaczynanie opowieści, ale od zdawałoby się nieistotnych szczegółów, te kluczowe pozostawiając przemilczane, bądź przekrzyczane. Już od początku dostajemy charakterystyczny styl aranżowania utworów, znany doskonale z poprzednich projektów, czyli coś na kształt rozstrojonego punkującego jazzu (czy jazzującego punku?) potrafiącego i mocno przytupać i delikatnie się rozpływać. Lekko duszny, ale od razu wprowadzający swoisty nerw Biscuit Town to przywitanie Krule'a, trochę skandujące, trochę rapujące, głosem nie do pomylenia z żadnym innym.  I seem to sink lower, to te gorzkie słowa otwierają całość i warto od razu zaznaczyć, że słowo sink, w odmianach, to będzie może najczęściej padający wyraz przez tę godzinę z kawałkiem. Ten wątek akurat doczekuje się pełniejszego wyjaśnienia ze strony muzyka, ale czekać na nie musimy długo, gdyż jest nim przedostatni Midnight 01 (Deep Sea Diver). Część tytułu w nawiasie znamy już z utworu Bathed in Grey, gdzie właśnie w ten sposób nazywa siebie Londyńczyk. Tylko w czym on tak tonie? Sam efekt podwodności wyszedł świetnie, nawet jeśli nie taki był zamysł. Dźwięki są rozmyte, jakby stłumione, ale nie w sensie impresjonistycznym, a raczej jakby dobiegały spod skorupy, z dołu. Instrumenty, w szczególności gitara, brzmią jakby były lekko rozstrojone. Nie pomaga jazzująca harmonia, która z natury jest taką wysoką budowlą z klocków, bardzo chwiejną. Dużo dzieje się na dalszych planach, może to być soczysty bas (np. Half man half shark), może to być wymamrotany wiersz Lermontowa (znów Midnight 01). Aktywne, choć stosowane z umiarem są pobrzmienia, przybrudzone pogłosy. Apogeum tych powątpiewań i uciekających myśli stał się utwór Sublunary. Są też utwory wręcz wyrecytowane jak na szkolnym wystąpieniu pod tablicą, np. Logos czy ukazany jako pierwszy Czech One. Okazuje się jednak, że jest to najbardziej kipiąca od emocji apatia jaką słyszałam od dawna. 

 

Niestety z tej gmatwaniny nie pozostaje nam w pamięci zbyt wiele melodii, zagrywek, tekstu. Ciężko jest zanucić sobie w głowie po wysłuchaniu całości czegoś poza trzema singlami, czyli przepełnionym energią jak żaden inny utwór na płycie Half Man Half Shark, miłosnym marazmem Czech One i najbardziej charakterystycznym, groteskowo upiornym Dum Surfer. Wyróżnia się też wysilone od bólu Locomotive, czy bluesowy Slush Puppy. King Krule jednak wyraźnie stara się coś opowiedzieć. Nieśmiało krystalizuje nawiązania do swoich poprzednich albumów, przytacza dziwne i niejasne anegdoty. Rysuje też klamry w obrębie całego materiału, używając jednego tekstu w trzech różnych, niesąsiadującym ze sobą utworach: Bermondsey Bosom (Left) oraz (Right), a także The Cadet Leaps. Pojawiają się tam te same słowa w językach odpowiednio: hiszpańskim, angielskim i tagalskim. Ten ostatni utwór łączy się także z wcześniejszym Cadet Limbo. A to, co spaja wszystko, to historia miłosna i to ta z gatunku mało szczęśliwych, oczywiście. Najkrócej mówiąc: muza Archy’ego powróciła już do swojej Hiszpanii. Nie dziwi zatem fragment w owym języku, uporczywie powracający wątek pociągów i rozstania, a także śniada towarzyszka surrealistycznych podróży w klipie do Czech One. Dostajemy możliwość poznania tej historii, ale to właśnie ją tak trudno opowiedzieć.

 

Pomimo niejasności i skłonności do wymykania się myślom, muzyka ta pozostawia w nas bardzo szczególny nastrój. To dlatego, że cały album brzmi tak gęsto i mgliście, co nie bierze się znikąd. Archy próbuje nam coś opowiedzieć, a że nie jest to najwyraźniej łatwe, to i jego wypowiedź jest taka, jak pisałam we wstępie. Utwory brzmią niekiedy jak szkice, jednocześnie wyrwane z całości potrafią oddać cały przekaz albumu. Kondensacja a jednocześnie ulotność to właśnie cecha dzięki której warto pochylić się nad albumem The Ooz.

Autor:

Marta Konieczna