Poza i pomiędzy podziałami Rozmowa z Hubertem Zemlerem

Wywiady
Wywiad z tym wszechstronnym muzykiem przeprowadziłam akurat po łódzkim koncercie LAM, grupy, która oczarowała nas swoim debiutem w zeszłym roku. Krzysztof Dys, raz po raz przychodzący z płytami do podpisania dla Huberta, śmiał się, że czyta mi on encyklopedię. Rzeczywiście, pada wiele nazwisk, tytułów utworów, które zapisały się w historii muzyki jako pewne ,,kamienie milowe’’. Nie był to jednak wykład, a szalenie ciekawa opowieść ze swoistej strefy cienia. Gdzie nie ma mowy o muzyce takiej czy siakiej, a po prostu- o sztuce.

 

Progrefonik: Jesteś muzykiem z wykształceniem klasycznym. W tamtejszym środowisku akademickim przewija się wciąż pogląd o podziale muzyki na: ludową, rozrywkową, klasyczną. Czy to wciąż aktualne?

 

Hubert Zemler: Chyba to bardziej muzykolodzy lubią się bawić w takie szuflady. Chociaż jeśli gramy Koncert klarnetowy Mozarta, to jest to muzyka klasyczna. W muzyce ludowej istnieją w ogóle inne podziały. I ma być jeszcze rozrywkowa, tak?

 

Tak, tylko czy ona zawsze jest rozrywkowa?

 

Nie wiem, ja nie rozumiem tych podziałów. Nie rozumiem kiedy ludzie się koncentrują na jednym dziale, a nie zaglądają do innych, to moim zdaniem niczemu dobremu nie służy. Jeszcze gorszym powiedzeniem od muzyki klasycznej jest muzyka poważna, to już w ogóle bzdura. Jak ktoś mi powie, że Taniec węgierski to jest muzyka poważna, to po prostu go wyśmieję. A Aphex Twin to już muzyka rozrywkowa, no bo elektronika, tak? Jest coś takiego jak pop, który leci w radiu, który jest produkowany w fabryce jak plastikowe zabawki czy jak hamburgery w McDonaldzie. Może to jest ta muzyka rozrywkowa. Czyli taka bezrefleksyjna, nieistotna. Jak dowodzi festiwal Unsound czy Sacrum Profanum, nie ma tendencji muzyka poważna/ muzyka rozrywkowa, bo dziś dużo rzeczy poważnych powstaje np. w elektronice, którą robią ludzie nigdy nie będąc w żadnej szkole muzycznej. Niektóre piosenki z lat 70. były bardziej zaawansowane niż niektóre ówczesne utwory klasyczne. Jeszcze do tego dochodzi jazz, który też nie wiadomo czym się do końca teraz stał- kiedyś rozrywkowy, dziś jako sztuka wysoka.
Posługiwałbym się tymi kategoriami w sposób tylko porządkujący, ale nie przywiązywał do nich jakiejś wagi. Nie ma kryteriów do muzyki, która powstaje teraz codziennie, w tym całym bałaganie, więc muszą być jakieś kategorie, żeby się w tym nie pogubić. Ale nie ma czegoś takiego jak główny nurt, awangarda, mainstream, wszystko się miesza. Mamy Internet i to jest jednak ocean, wszechświat punkcików. Żaden nie płynie w jednym kierunku, tylko są one rozproszone.
Ja sam, gdy coś robię, nie zastanawiam się nad tym, jak ludzie to będą kwalifikować. Działam nieintencjonalnie. Trzonem jest perkusja, która jest młodym instrumentem, jeśli chodzi o muzykę klasyczną. Trudno jest więc mówić o czymś takim jak klasyczny repertuar na perkusję, bo on po prostu nie istnieje, to jest muzyka nowa.

 

 

Mówisz: bałagan, ocean, wszechświat. Myślisz, że to się jakoś wyklaruje w jeden nurt czy będzie rozrastać się coraz to bardziej?

 

Pewnie, że będzie się rozrastać. Może też się okazać, że wszystko się rozpadnie i trzeba będzie grać na jakimś pudełku pod drzewem (śmiech). Internet to rewolucja komunikacyjna, która zmieniła na zawsze odbiór muzyki. W tym momencie wychodzi płyta, załóżmy w Nowej Zelandii, a ja wyciągam telefon i sobie jej słucham. To już dzieje się tak szybko, że nie ma mowy o jakimś nurcie. Oczywiście, wokół jakichś portali się nurty tworzą, na pewno są one wokół festiwali, krytyki. Ale tych światów są miliony!

 

Gdy czyta się o Tobie, zaznacza się, że tworzysz w bardzo wielu stylistykach, świetnie się odnajdujesz w każdej z nich. Ale czy we wszystkich z nich dajesz dojść do głosu tym samym emocjom?

 

Trudno rozdzielić emocje. Są one zawsze obecne jeśli gram i gdy ich nie odczuwam to po prostu rezygnuję z tego projektu. Odczuwam to jednakowo, nie wartościuję. Wiadomo, że są rzeczy, które się czuje lepiej i gorzej. Z wiekiem mam ten komfort, że mogę trochę wybierać sobie co mogę robić, ale przez całe życie gram wszystko co się da, staram się czerpać z tego. Grałem przez wiele lat z Kubańczykami ich muzykę, grałem muzykę klasyczną w orkiestrach, dużo muzyki jazzowej, grałem pop, bluesa, nawet miałem moment, że grałem reggae w zespole. Więc tego wszystkiego uczyłem się przez to, że chciałem jak najlepiej to robić, wkładając w to jak najwięcej emocji się dało. W ogóle nie ma nic gorszego niż granie bez zaangażowania.

 

Mówiąc o orkiestrach, trudno mi jest sobie Ciebie wyobrazić pod rygorystyczną batutą dyrygenta. Czy to jest dla Ciebie to samo wcielenie artystyczne?

 

Tego głównie uczono mnie w Akademii Muzycznej w Warszawie, a później mogłem zacząć staż w Operze Narodowej. Ale nie, to nie dla mnie. Można w tym odnaleźć piękno na pewno, utwory są naprawdę wspaniałe. Jeśli ktoś kiedykolwiek próbował zagrać Strawińskiego czy Bartóka w orkiestrze to jest to satysfakcja olbrzymia. Inna sprawa, że perkusista w większości utworów klasycznych głównie liczy takty. Ale w tym można odnaleźć satysfakcję, tam też są mistrzowie i tam też trzeba dużej wiedzy i kunsztu, aby osiągnąć wysoki poziom. Były to dla mnie inne realia, praca bardziej jak w fabryce. To jest organizm, armia, to musi być zorganizowane, bo inaczej się po prostu nie uda, logistyka jest trudniejsza. Do tej pory słucham muzyki orkiestrowej, lubię szczególnie dwudziestowieczną i barok.

 

Najlepiej odnajdujesz się improwizując czy też komponując w zespole lub solo?

 

Bardzo lubię improwizować, dla mnie jest to naturalne. W życiu nawet tak sobie radzę, że nie wszystko muszę planować idę po prostu na żywioł i dobrze mi z tym. Wychodzi mi to, nie stresuję, że nie wiem co będzie, bo wiem, że coś wymyślę. Ten stan mi odpowiada i zawsze gdy ćwiczyłem na instrumencie starałem się, do tej pory to robię, mieć tyle możliwości technicznych i umieć tak dużo, żeby nic nie stawało mi na drodze podczas improwizacji, która jest po prostu wyobraźnią. Lubię też wymyślać muzykę, wtedy jest trochę inaczej.  Czasami wykonuję cudze utwory zarówno z muzyki współczesnej jak i te jazzowe. A swoje rzeczy, które robię, to po prostu: siedzę i wymyślam. Jednak najbardziej lubię żywe granie, gdy dzieje się to w trakcie.

 

Który festiwal jest Ci bliższy, zarówno jako odbiorcy jak i słuchaczowi, katowicki OFF czy Warszawska Jesień?

 

OFF to jest popowy festiwal w gruncie rzeczy, czyli jednak Warszawska Jesień. Ale np. wspomniany Unsound to jest ciekawe połączenie. Potrafią tam zrobić imprezę techno, a potem awangardowy koncert z pogranicza muzyki współczesnej. I naprawdę ta sama publiczność przyjdzie i tu i tam. Ale jednak na Warszawskiej Jesieni jest jeszcze miejsce na jakiś eksperyment, chociaż nie cały program mi się podoba. Niektóre kierunki uważam za zbyt wydumane, dlatego nie jestem tam pełną gębą. W ogóle nigdzie nie jestem pełną gębą (śmiech).

 

Przepoczwarzenie dysonansu, to tytuł Twojej ostatniej, solowej płyty. Z czego w co przepoczwarza się ten dysonans?

 

Jest to parafraza słów Johna Cage’a: liberation of dissonance. Polega to na tym, że dźwięki perkusji były postrzegane jako dysonans właśnie, czyli jako dźwięki niemuzyczne, coś brzydkiego, czego nie da się użyć w muzyce. I John konsekwentnie wprowadzał je do muzyki klasycznej. Na początku nikt tego nie traktował poważnie, zresztą do tej pory niektórzy nie traktują tego na serio. Materiał płyty to dużo różnych technik i stylów perkusyjnych, cytatów z różnych utworów. Chodziło mi o taki hommage dla perkusji i hołd temu procesowi. Na początku to były instrumenty przeniesione z wojska, kotły, werbel, talerze, duży bęben. Spodobało mi się to jak stopniowo np. Bartók czy Strawiński zaczęli używać ich na sposób muzyczny. Nagle perkusja stała się pełnoprawnym instrumentem klasycznym, jak w Historii żołnierza Strawińskiego właśnie, gdzie na perkusji jest wręcz grany temat muzyczny utworu. Nie mówiąc już o tych wszystkich wielkich modernistach jak Varèse i jego Ionisation- pierwszy utwór tylko na instrumenty perkusyjne, choć on jest zupełnie klasyczny. Mnie to po prostu fascynowało. Cage z kolei pisał świetne utwory na perkusję, np. jego dzieła na fortepian preparowany, gdzie fortepian jest instrumentem właśnie perkusyjnym, to jest po prostu piękne. Sonatas and Interludes to jeden z moich ulubionych utworów, świetna kompozycja jeśli chodzi o wydobycie dźwięku. Potem pojawiła się jeszcze elektronika aż doszliśmy do minimal music, gdzie perkusja odegrała własną rolę.

 

 

Przygotowywanie albumu było Twoją własną odyseją w tym temacie, czy chciałeś przybliżyć go słuchaczom, którzy nie zawsze przecież mają wykształcenie i znajomość historii muzyki klasycznej XX-go wieku?

 

Chciałem po prostu coś takiego stworzyć. Są dwa ciekawe utwory, które dopełniają całości na płycie, czyli klasyczny minimalowe Music for pieces of wood Steve’a Reicha i Waves Pera Nørgårda. Nie jestem zwolennikiem muzyki, która ma jakieś ukryte plany, schematy i jak nie znasz ich, to nie wiadomo o co chodzi. Chciałbym żeby ktoś, kto nie wie nic na ten temat, posłuchał tej płyty i powiedział, że jest fajna. Ważne jest dla mnie, aby nie była to muzyka hermetyczna.

 

 

Po tych wszystkich przygodach XX-go wieku, jakie znaczenie ma dysonans dziś?

 

Powszedni, powszechny.

 

Ale czy to wciąż dyskomfort?

 

Mnie absolutnie dysonanse nie atakują, ja je uwielbiam. Mam teraz tak, że słucham tyle muzyki etnicznej, gdzie są w ogóle inne skale i strój instrumentów, że czasem łapię się na tym, że słuchając klasycznego kwartetu smyczkowego wydaje mi się on nie stroić. Często jak coś wymyślam, to w ogóle się nie przejmuję czy to stroi z fortepianem, bo dla mnie ten strój to historyczny kompromis, nie jest dla mnie wartością samą w sobie. Mam bardziej barwowy słuch. Szczególnie, że instrumenty elektroniczne, syntezatory analogowe, można w bardzo precyzyjny sposób nastrajać. Czasem biorę instrument taki jak metalofon i stosuję go w kombinacji z instrumentami, które nie stroją tak jak on, szukam tych dźwięków, które mają najciekawszą interferencję. One zaczynają wibrować, albo dudnić. To mnie interesuje i zupełnie nie odbieram tego jako dysonans. Penderecki w latach 60. również szukał barwy, poprzez sonoryzm.  Dla mnie dysonans jest czym innym chyba niż dla takiego muzyka klasycznego.

 

Nie wydajesz się też być taką osobą, która wieści wyższość muzyki europejskiej nad innymi.

 

Nie, absolutnie (śmiech). Mieliśmy teraz do czynienia z Giridharem Udupą, czyli kolegą Wacka Zimpla z Indii, wirtuozem hinduskiego ghatamu. Jest równie świetny jak wybitni skrzypkowie czy pianiści u nas! Muzyka Afryki Zachodniej w sferze rytmu jest tak zaawansowana, jak muzyka europejska na polu harmonii i melodii. Muzycy afrykańscy są tak biegli w materii rytmicznej, że nauczanie tego muzyków z zachodniego kręgu kulturowego trwa bardzo długo i nie zawsze przynosi rezultaty. To tak jak ciężko by było nauczyć np. wirtuoza djembe z żeby zagrał utwór Bacha na fortepianie. W ogóle przekonać go do tego! Tamtejsi twórcy to tylko przez grzeczność nie leżą ze śmiechu jak próbujemy grać ich muzykę.

 

Pada wiele nazwisk zagranicznych kompozytorów, odniesień do muzyki z całego świata. A z muzyki polskiej co Cię inspiruje?

 

Ha! Penderecki, przecież powiedziałem. Kiedyś go nie lubiłem, bo jak grałem w orkiestrze Siedem bram Jerozolimy, to nie podobało mi się. Ale właśnie te utwory z lat 60. są absolutnie genialne. Muzyka polska… Ja też robię muzykę polską. To również tak się nie dzieli, muzyka jest poza granicami politycznymi. 

 

W ogóle chyba nie lubisz granic ani podziałów w muzyce?

 

One muszą gdzieś tam być, do klasyfikacji. Nie lubię takiego postmodernizmu, gdzie łamie się konwencje dla samego łamania konwencji. Jednak staram się podchodzić z szacunkiem do języka muzycznego. Moje zainteresowania wybiegają poza jeden styl, na pewno.

 

Jakie są Twoje plany na najbliższy czas?

 

O! W temacie takiego grzebania i materiałów, które sam wymyślam, wychodzi teraz 17-go listopada w Pawlaczu Perskim kaseta. Jestem ciekaw odbioru, bo trochę mnie namówił kolega z tej wytwórni. To projekt Melatony i jest ciut bardziej związany z elektroniką, oddzielam go od solowego działania, bo nie jest związany ściśle z perkusją. Bardziej właśnie z pogranicza muzyki współczesnej i klasycznej. Teraz wchodzimy do studia z panem profesorem Szábolcsem Esztényi, pianistą węgierskiego pochodzenia, który mieszka w Polsce od końca lat 60. To  wirtuoz improwizacji, bardzo aktywny w Studiu Eksperymentalnym PR, pierwszy wykonawca utworów Cage’a tutaj. Polecam bardzo zapoznanie się z jego historią. Moje marzenie się spełnia, właśnie spotkałem mistrza, z którym mogę wspólnie coś robić! Na tym teraz głównie się skupiam. Wychodzi też płyta, którą nagraliśmy ja, Miłosz Pękala i Magda Kordylasińska- Pękala, czyli trzech perkusistów oraz Felix Kubin- niemiecki twórca muzyki elektronicznej, którego utwory razem gramy. Płyta winylowa wyjdzie w połowie listopada w wytwórni Editions Mego. Muzyka ta powstała do rożnych filmów retro odnalezionych w archiwach, zagramy kilka koncertów w Europie. Oprócz tego mam z Felixem projekt- duet, taki typowy na elektronikę i perkusję. Troszkę nawiązuje on do krautrockowego czy post kraftwerkowego myślenia. Dużo. Trzeba to jeszcze nagrać, zobaczymy (śmiech).

Autor:

Marta Konieczna