Interpretacje — STRATA

Podobno muzyka zaczyna się tam, gdzie brak już słów na wyrażenie czegoś. Wychodzi więc na to, że muzyka jest słowom nadrzędna, a co gdyby tę sytuację odwrócić? W naszym cyklu INTERPRETACJE wrzucać będziemy wybrane przez siebie albumy na orbity mknące dookoła jednego, wybranego na dany tydzień hasła. Kierować będziemy się odczuciami, skojarzeniami, sami jeszcze zobaczymy czym. Cykl kontynuuje słowo-klucz STRATA. Zapraszamy do lektury!

Marta Konieczna

Mount Eerie – A Crow Looked at Me

Ze stratą  wielu już próbowało uporać się poprzez muzykę. Wiąże się to nierozerwalnie z otworzeniem się, obnażeniem wręcz. Z opowiedzeniem o tym, co boli nieobecnością. To, że historie te snute są zza muzycznej zasłony wcale nie oznacza braku intymności. Może jest to właśnie jeszcze bardziej osobiste? Bo oparte na metaforze, w dodatku tak abstrakcyjnej, dźwiękowej. Czyli bardziej subiektywne, bardziej nasze.  Czy nie wstyd nikomu aż tak się obnażać i otwierać? Czy to wypada? Czy wypada cieszyć się taką muzyką w sensie słuchania jej z przyjemnością? Cóż, czemu nie. Tak, Phil Elverum nagrał ten album po stracie ukochanej żony i jest to niebywałe smutna muzyka. Jaka w sumie miałaby być?

Patryk Wojciechowski

The Caretaker – Everywhere at the End of Time – Stage 4 

Czy istnieje lepszy projekt do rozmowy o stracie niż dzieło Jamesa Leylanda Kirby’ego? Z pewnością należałoby również wspomnieć o Basinskim i jego Disintegration Loops, ale historia powstania tej serii albumów jest już chyba wszystkim znana. Z tego powodu dziś poklikamy o panu Kirbym. Everywhere at the End of Time to monumentalne dzieło składające się z 6 części, którego założeniem jest odzwierciedlenie symptomów towarzyszących demencji za pomocą muzyki. Na bandcampie artysty możemy zapoznać się z opisem każdej z części, która odpowiada każdemu kolejnemu etapowi postępującej choroby. To przedsięwzięcie jest jednym z nielicznych przykładów udanego pogodzenia niezwykle wymagającego konceptu z muzyczną atrakcyjnością. Wprawdzie są momenty, kiedy słuchacz zmuszony jest mierzyć się z mniej przystępnymi fragmentami, ale nie zmienia to faktu, że całość jest imponującym muzycznym tworem, który przyciągałby uwagę nawet gdyby odrzeć go z całego konceptualnego tła.

Karolina Kobielusz

William Basinki – A Shadow in Time

Basinski zawarł na swoim dysku dźwięki, mające  zdecydowanie elegijny, podniosły charakter,  stanowiące doskonałą elektroakustyczną preparację. Szkieletem „A Shadow in Time” z pewnością jest umiejętne balansowanie Williama pomiędzy ambientowym milczeniem a przyjemnym hałasem. Dźwięki te stopniowo się wykruszają, niszczą, zatracają… umierają. O klasie twórcy świadczy jednak to, że dźwięki te nie rozpływają się w przestrzeni. Ich wewnętrzna siła sprawia, że są wybawiane, przywracane do życia, co skutkuje późniejszym przeniknięciem ich echa do ludzkiej duszy i zakorzenieniem się go tam na dobre.  Strata nigdy nie dawała tyle w zamian. To zjawisko zmartwychwstania dźwięku utwierdza mnie w przekonaniu, że „A Shadow in Time” to  do tej pory jedna z najbardziej wartościowych produkcji w 2017 r., która skaziła mnie piętnem niepokojącego piękna nieistniejącego świata w muzyce, którego nieustannie się doszukiwałam. 

Zeen Social Icons