Potęga Małej Sztuki

tekst: Jacek Paśnik

wspólny mianownik

1956: „Kronikarz zapisuje warszawskie piosenki i czeka niecierpliwie, aż słońce najpiękniej ozdobi fasady warszawskich pałaców”.

Słońce pomimo rychłej powojennej odbudowy Warszawy niewiele ma do oświetlania. Mieszkańcy miasta dopiero co obdarowanego białym wysokościowcem Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina i Marszałkowską Dzielnicą Mieszkaniową, w głównej mierze wciąż żyją w nędzy powojennych gruzów, którą zauważają filmowcy dokumentujący  nieodbudowane fragmenty miasta: „kronikarz patrzy uważnie i widzi to, czego dawniej starał się nie zauważyć”.

Kronikarze prócz Marszałkowskiej, wyglądającej jak „ujęty w mury i trotuary kamienny, ogromny salon”, dostrzegają brud i brutalne, pełne niebezpieczeństw uliczne życie, robiąc to po raz pierwszy zgodnie z liberalizującym kulturę nowo wygłoszonym Manifestem Gomułki. Jednak pozwalająca im na swobodę twórczą machina państwowa nie zauważa wykwitającego na ruinach, prężnie rozwijającego się prądu kulturowego.
Objawia się on w chłystkach przemierzających stolicę w kolorowych skarpetach i w butach na słoninie, pląsających w rytm nowej, dzikiej muzyki pod strzechami stołecznych tancbud.Na głównego propagatora nurtu, który tego samego roku wydaje „Złego” – powieść niesłychanie popularną i przełomową, państwo patrzy coraz bardziej podejrzliwie.

Rok później autor „Złego”- trzydziestosiedmioletni Leopold Tyrmand pisze „U Brzegów Jazzu” – esej oswajający polskich czytelników i słuchaczy z jazzem, badający istotę i uniwersalizm tej „wielkiej sztuki podwórka i ulicy”.

2001: „(…) wcześniej słuchałam dużo jazzu i właściwie od jazzu weszłam w hip-hop. Wróciłam do Polski, włączyłam radio i się okazało, że nie ma dla mnie muzyki. W sklepach nie ma ani jednej płyty, jestem absolutnie odcięta od gatunku, który mi najbardziej odpowiada. Radio Kolor wtedy tworzyło się, (…) zgłosiłam się jako osoba poszukująca tam zajęcia, poprosiłam też o godzinną audycję (…)”. Mówi na planie filmu „Blokersi” Bogna Świątkowska – prowadząca w latach 1993-1997, wraz z DJem 600V, audycję KolorSzok – pierwszy rodzimy radiowy program o kulturze hip-hop.

Na początku nowego millenium Polska jest pełna otagowanych przez grafficiarzy pociągów, deskorolek, baggy jeansów. Tonie w zalewie kolejnych rapowych albumów. Cała pulsuje hip-hopem, kulturą równie uliczną, co jazz eksplodujący niespełna pół wieku wcześniej, w Polsce epoki Odwilży Październikowej.

Te dwa nurty, spojone na przestrzeni dekad ogólnym mianem kontrkultur, od tego równego określenia i pewnego muzycznego podobieństwa, łączy coś znacznie silniejszego.

Obie zrodzone są z tej samej, nieprzerwanie trwającej i nieśmiertelnej materii.

tygiel 

Materię tę  nazywa Tyrmand mianem „folkloru miejskiego”. Przed jakąkolwiek próbą odszukania jego esencji, na kartach „U brzegów jazzu” pochyla się nad historią tej muzyki i jej wielopłaszczyznowego pochodzenia.

Tyrmand maluje pejzaż dziewiętnastowiecznego południa Stanów Zjednoczonych. Opowiada o odpływających ze wschodniego wybrzeża Afryki statkach, przeładowanych czarnoskórymi niewolnikami. Prowadzi przez ciasne uliczki Nowego Orleanu, gdzie nowa muzyka kotłuje się pośród zróżnicowanej rasowo społeczności. Obserwuje renesans protestanckich treści biblijnych, pulsujących nowym, gorącym życiem, wzbogaconych o charakter afrykańskiej obrzędowości. Dostrzega narodziny bluesa i towarzyszącą oswobodzonym niewolnikom innowacyjność w posługiwaniu się instrumentami dostępnymi wcześniej tylko dla białoskórych ciemiężycieli.

Wreszcie, w Ameryce stojącej u podnóża miana przemysłowej potęgi, autor stwierdza „zawiły i wstrząsający fakt rodzenia się Wielkiej Sztuki w kolebce z bruków ogromnych miast”. Pisarz prowadzi esej ku „miejskości” nieustannie wplatając ją w tło wydarzeń.

Terminu „folklor” nie sprowadza jednak z początku do określenia miejskiego charakteru – używa go najpierw w kontekście obecnych w jazzie wpływów muzyki ludowej. Oprócz tej afrykańskiej, stanowiącej podstawę jego rytmiki, doszukuje się między innymi także wpływów francuskich, z uwagi na historyczną francuskość stanu Luizjana; hiszpańskich, wynikających z bluesowego charakteru tamtejszej cante hondo (hiszp. „głęboka pieśń”); czy żydowskich, ze względu na skłonności jazzu do muzycznych żartów i nieoczekiwanych wtrąceń.

Do „folkloru miejskiego” prowadzi Tyrmanda zjawisko ballady miejskiej, wywodzące się z wielu wspomnianych kultur, którego „miarą żywotności była zawsze giętkość i elastyczność głównego tworzywa, tak literackiego, jak muzycznego, które w głównych zarysach pozostawało nienaruszalne”.

Na balladzie miejskiej i tyglu rasowo-kulturowym, w stopniu przynajmniej równym, co jazz, opiera się  hip-hop, który niezapominający o swej kolebce, nie jest obecnie tym samym, czym był w czasach pierwszych imprez organizowanych w latach 70. XX wieku przez Grandmastera Flasha, Afrikę Bambaatę, czy DJa Kool Herca. Jako gatunek płynny, na przestrzeni lat bardzo odmieniony, z lokalnymi nurtami, podgatunkami i  paletą barwnych, reprezentujących wszelkie odmienności artystów, pozostał niezmienny w swojej esencji.

Z czego przecież, jak nie z niej, z „folkloru miejskiego”, hip-hop czerpie pełnymi garściami?

zmiany

Droga muzyki jazzowej pozwoliła Tyrmandowi określić jej wynikającą z improwizacji nieobliczalność i liczne fluktuacje. Przyjmując miejskość za jej niepodważalny fundament oraz opierając się na jej naturalności uznał, że „plebejski autentyk, stary jak świat, nie przestaje być nigdy nowy. Co pewien czas staje się modny (…)”.

Odcięty od gatunków, czysty „folklor miejski” płynął w tle przez wszystkie lata, od jazzu do hip-hopu, przyjmując różne oblicza i stając się modny wielokrotnie po epoce eksplozji jazzu. Świecił na nowo przy okazji przemian kulturowych, historycznych, polityczno-społecznych, na wielu polach, od głównego nurtu po skrajną awangardę. Prowokował i wciąż prowokuje zmiany, ale także dostosowywał się do nich.

Za Tyrmandem: „folklor afroamerykański a za nim jazz, szedł w kierunku wytyczonym przez (…) tendencję epoki. Szedł, a nie stał w miejscu”. Szedł, bardzo często, pod prąd. Pod koniec lat 50. XX wieku, jazzujący bikiniarze, z którymi często łączono Tyrmanda (choć autor sam za bikiniarza się nie uważał), byli najbardziej prześladowaną w Polsce młodzieżową zbiorowością. Z niemałym dystansem, pod koniec wieku zerkano także na tych, którzy niedługo po transformacji ustrojowej tworzyli nad Wisłą kulturę hip-hop. Podobnych porównań można znaleźć jeszcze bardzo wiele.

ponad czasem

I nieważne, że epoki, w której w efekcie zmian kulturowych i przetasowań historyczno-społecznych hip-hop zapłonął najjaśniejszym światłem i stał się najbardziej wyrazistą dotychczas inkarnacją muzyki ulicznego życia, Tyrmand już nie zastał.

Wyobrażanie sobie zachwytu pisarza nad jazzującymi, afrocentrycznymi płytami DeLaSoul oraz A Tribe Called Quest, zawadiackim, gatunkowym pionierstwem rodzimej Molesty i WWO; czy sytuacji, w której pisarz, niczym wspomniana Świątkowska propaguje i przyczynia się do rozwoju hip-hopu w Polsce lat 90. XX wieku, stanowi potencjał dla ciekawej historii alternatywnej, jest jednak niczym innym, jak płytką spekulacją.

Ale nietrudno stwierdzić, że w tym, co świeże, nonkonformistyczne –  (w muzyce, w kulturze, czy zwyczajnie – w ludziach) , widział Tyrmand wartą obrony, wielką sprawę.

Krzysztof Teodor Toeplitz, zestawiając środowisko polskich jazzmanów z Tyrmandem, mówił o nim: „Oni podobnie jak on ubierali się, podobnie myśleli i kochali tę muzykę. Wśród nich, w jazzowym podziemiu, był u siebie i zażywał olbrzymiego szacunku. Przypisywał jazzowi znaczenie o wiele większe niż tylko muzyczne. Jazz był dla niego sprawą światopoglądu (…)”.

Jak sprawy znacznie większej niż sama muzyka, bronił Tyrmand jazzu przed jego przeciwnikami: „(…) rzecznicy Wielkiej Sztuki, (…) obrońcy elitaryzmu postawili w pewnym momencie na niebezpieczny i fałszywy znak równania pomiędzy Wielką a Jedyną  – Prawdziwą Sztuką. Tym samym odmówili Małej Sztuce rangi sztuki w ogóle”.

Leopold Tyrmand zmarł w 1985 roku w wieku 65 lat, przetarłszy szlaki polskiej „Małej Sztuce”, meandrującej ku „zwykłemu, codziennemu życiu, tętniącemu (…) tak, jak tętni wydobyta zwiększonym wysiłkiem żyła przedramienia”.

Potęga Małej Sztuki, choć zupełnie inna niż przed laty, dzięki życiu codziennemu, trwa do dziś.


Tekst ukończyłem w dniu 99. urodzin Leopolda Tyrmanda.


Źródła cytatów chronologicznie:

– „Warszawa 1956”, reż. Jerzy Bossak i Jarosław Brzozowski, 1956
– „Zły”, Leopold Tyrmand, 1956
– „U brzegów Jazzu”, Leopold Tyrmand, 1957
– „Blokersi”, reż. Sylwester Latkowski, 2001

Zeen Social Icons