Interpretacje – SOLIDARITY – Unsound

Podobno muzyka zaczyna się tam, gdzie brak już słów na wyrażenie czegoś. Wychodzi więc na to, że muzyka jest słowom nadrzędna, a co gdyby tę sytuację odwrócić? W naszym cyklu INTERPRETACJE wrzucać będziemy wybrane przez siebie albumy na orbity mknące dookoła jednego, wybranego na dany tydzień hasła. Kierujemy się odczuciami, skojarzeniami, sami jeszcze zobaczymy czym. Cykl kontynuuje słowo-klucz SOLIDARITY, czyli hasło przewodnie tegorocznego festiwalu Unsound. Zapraszamy do lektury!

Karolina Kobielusz

 

Unsound po raz kolejny wybiera motyw przewodni, który wzbudza dyskusje i prowokuje refleksje. Bynajmniej nie dlatego, że jest to coś odległego i abstrakcyjnego. Nie zapominając jednocześnie o tym, że to festiwal głównie muzyczny. Na tle Solidarity powoli klaruje się więc ostateczne zestawienie artystów grających na tegorocznej edycji. Do Krakowa przyjedzie reprezentacja najodleglejszych scen: m.in. SVBKVLT czy rezydenci Nyege Nyege. Pojawią się wybitni artyści, charyzmatyczne osobowości, twórcze indywiduum nowej sztuki muzycznej. Solidarity to suma ludzi, którzy uczynią zarówno tę edycję, jak i poprzednie – wyjątkową. To nie jednostka, a zespół idealnie definiuje to słowo. Solidaryzując się z innymi, jesteśmy w stanie zrobić coś naprawdę wielkiego, mającego znaczenie dla ludzkości. I to właśnie pokazuje Unsound, nie tylko układając program występów składających się z nowych kolaboracji czy współpracując z artystami-obywatelami świata, a przede wszystkim budując kulturowe mosty, łącząc ludzi i dając im nadzieje na lepszy byt.

Filip Preis

 

Album „Grudge2” Dreamcrushera to najczystszy przejaw złości i buntu, a jednocześnie wsparcia i solidarności. Te niezwykle intensywne soniczne wrażenia są pewnego rodzaju lustrzanym odbiciem emocji artystów – sprzeciw heteronormatywizmowi miesza się cierpieniami queerowego środowiska oraz empatią dla tych, którzy na przestrzeni swego życia nie zostali potraktowani fair. Dreamcrusher idą z pochodnią i przedzierają się przez noise’owo-industrialowe zakamarki, wytaczając nową ścieżkę dla tych, którzy potrzebują trochę więcej odwagi. W jedności siła, w solidarności moc, we współpracy rozwój.

Patryk Wojciechowski

 

Paula Temple to weteranka sceny techno. Kojarzona z bezkompromisowym brzmieniem swoich live’ów artystka przyjęła dość niespotykaną strategię względem wydawania swojej muzyki. Mimo świetnego odbioru jej pierwszych wydawnictw, postanowiła na około 10 lat porzucić muzyczny świat. Fakt ten, był dodatkowym smaczkiem towarzyszącym premierze jej debiutanckiego albumu. Edge of Everything to coś, co można nazwać mianem straightforward industrial techno. Muzyka zorientowana na wybrzmienie w konkretnych okolicznościach i osiągnięcie porządanego efektu. Ale gdzie wielu gubi się z powodu niemożliwości połączenia prostoty z ciekawą autorską wizją, tam Paula Temple udowadnia swoją wielkość. Mimo dość ograniczonego spektrum różnorodności rytmicznej i brzmieniowej album ten potrafi wciągnąć i urzec. Mocarne stopy wgniatają w ziemię, nieco patetyczne syntezatory nie przekraczają granicy dobrego smaku spełniając przy tym swoją rolę idealnie. Miałem okazję słyszeć Paule Temple na mojej pierwszej wyprawie na Krakowski Unsound czyli edycji Dislocation. Był to występ pełen muzycznej intensywności doprowadzającej do specyficznego poczucia błogości, która zostaje z tobą na długo po opuszczeniu parkietu.

Michał Wdowikowski

 

Niezaprzeczalnie w temat Interpretacji wpisuje się działalność muzyczna jak i oddziaływanie twórczości zespołu The Necks na słuchacza. Artyści łączą dźwięki z pojedynczych instrumentów  w transową tkankę. Porównanie do materii organicznej jest zasadne, jeśli skupimy się na nastroju budowanym przez zespół. Można powiedzieć, że całość oddycha, dostarcza muzyce potrzebnych muzyce składników w odpowiednich proporcjach. Zmieniają się one – i tak pianino wraz z perkusją mogą wymieniać się natężeniem wypełnienia przestrzeni w utworze. Poprzez wstrzymanie zbytniego eksponowania własnej partii, gdy robi to drugi muzyk. W tym czasie bas cierpliwie i oszczędnie im akompaniuje, po to, aby w odpowiedniej chwili pokazać swój charakter. Nieustającą harmonię zachowaną w muzyce zawdzięczamy  z pewnością solidarności panującej między wykonawcami. Choć trio nazywane jest jazzowym, to nie zaznamy tu przesadzonych partii solowych popisujących się warsztatem technicznym. Z muzycznym egoizmem, liderem-wirtuozem, stereotypowo kojarzy mnie się jazz właśnie, więc niefortunny rodowód tego gatunku w przypadku omawianego zespołu przypiszę raczej klasycznej dla tej stylistyki konfiguracji instrumentów.

Zeen Social Icons