Festiwal tych, co zawsze krok naprzód – relacja z Avant Art 2019

Avant Art to jedno z wydarzeń idei, nie zaś stylistyki. Chyba, że muzykę eksperymentalną wciąż uważać by za gatunek. Nam jednak bliższy jest osąd, że to bardziej sposób myślenia o muzyce, a także określone działania twórcze. Ich efekty nie są już tak określone, ani oczywiste. Festiwal stojący jedną nogą we Wrocławiu, a drugą również w Warszawie, po raz kolejny trafnie wybrał reprezentantów dźwiękowych eksperymentów najróżniejszego rodzaju. Tych, którzy zapadli nam w pamięć najbardziej, prezentujemy w poniższej relacji.

W tym roku Progrefonik zabawił zdecydowanie dłużej na edycji wrocławskiej, jednak kilku zdań na temat warszawskich wydarzeń również nie zabraknie. Od nich właśnie zaczniemy.

Sprowadzenie największego eventu tegorocznej warszawskiej edycji Avant Artu do wysypu różnego rodzaju problemów technicznych i organizacyjnych nie jest do końca fair. Fakt, pomysł z jednym stoiskiem z napojami był mocno nietrafiony, obsuwa z otwarciem bram i skazanie ludzi na czekanie w mrozie na zewnątrz to poważna wpadka. Dorzucając do tego przesunięcie rozpoczęcia najbardziej wyczekiwanego przez wielu występu wieczoru otrzymuje naprawdę sporą listę niedogodności przy wydarzeniu, które składało się przecież z zaledwie 4 koncertów. Trzeba jednak oddać przy tym, że organizatorom festiwalu udało się zadbać o dwa najważniejsze aspekty tego typu wydarzeń: nagłośnienie i oprawę wizualną. Dawno nie słyszałem tak dobrze nagłośnionego eventu w stolicy. Co ciekawe, bardzo często – zdecydowanie zbyt często – organizatorzy nie przykładają temu wystarczającej uwagi. A przecież nagłośnienie jest bez wątpienia kluczowym czynnikiem wpływającym na odbiór muzyki elektronicznej na żywo. PW

Teoniki Rożynek & Qba Janicki / Wrocław / fot. Michał Wdowikowski

Wrocławska odsłona Avant Artu wydaje mi się pozostawać z silnym związku z samym miastem. Odnoszę takie wrażenie z uwagi na staranny dobór festiwalowych venues, które w pewien sposób kojarzą mi się z atmosferą stolicy Dolnego Śląska. Jazzowy Klub Firlej, Impartowa sala teatralna, klub Stary Klasztor będący nim nie tylko z nazwy (i wciąż nie wymieniłam wszystkiego). Rozpierzchnięcie nie oznaczało bynajmniej chaosu. Muszę przyznać, że miło zaskoczyło mnie zorganizowanie całej imprezy – zawsze znałam sakramentalne co, gdzie, kiedy. MK

Coucou Chloe / Wrocław / fot. Michał Wdowikowski

Coucou Chloe była zdecydowaną headlinerką piątkowego eventu. Zebrała sporą publikę, która od samego początku żywo reagowała na to, co działo się na scenie. A czy działo się wiele? Tak, mnogość nawiązań do przeróżnych trendy gatunków była naprawdę imponująca, szkoda tylko, że nie stała za tym żadna jakość. Coucou zdawała się odhaczać nawiązania do różnych stylistyk odznaczając się przy tym nie lada wtórnością. Generyczne trapowe bity, zupełnie nietrafione akcenty dubstepowe i ciut mocno oklepanej zde… muzyki klubowej. Mieszanka ta mimo towarzyszącej jej sporej dawce energii generowanej przez artystkę w żaden sposób się nie broniła. PW // Bardzo beztroski występ. Chyba jednak w pozytywnym tego słowa znaczeniu, nawet jeśli forma ”rozjeżdżała się”, a cały koncert był nieco ”posklejany”. Coucou coś sobie puszczała, coś dowokalizowała, coś też poskakała, przede wszystkim szczerze świetnie się bawiła. Publiczność wraz z nią, współtworząc chyba najbardziej energetyczny występ tej edycji. I jak tu jej (Coucou, ale publiczności też) nie kochać? MK

Młyn / Wrocław / fot. Katarzyna Najdek

Miłym i inkluzywnym gestem ze strony festiwalu było ogłoszenie open callu dla początkujących młodych wykonawców. Jako Progrefonik z dumą obserwowaliśmy zwycięstwo Micromelancolie, którego twórczość mieliśmy przyjemność prezentować w cyklu Odsłuch oraz zaprzyjaźniony, a nawet częściowo zaangażowany w pracę naszego kolektywu zespół Młyn. Tych ostatnich rzucono na pierwszy ogień wydarzenia we wrocławskim klubie Firlej. Pisząc z czystym sumieniem – był to naprawdę udany koncert, po którym widać pracę grupy nad swoim repertuarem.

Ogromne feelin myself, buchające aż miło – takie wrażenie przede wszystkim zostało mi po koncercie Shygirl. Charyzma, wraz z niskim tembrem głosu, rozniosła się po całej sali Klubu Firlej i omotała publiczność dziwnym połączeniem niepokojącego czaru i frenetycznej energii. Jednak publika sobie, a artystka sobie. Shygirl zdawała się dobrze bawić sama sobie. MK

Shygirl / Wrocław / fot. Michał Wdowikowski

Na szczęście zupełnie inaczej wypadła Aisha Devi. Artystka, która odznacza się imponującym profesjonalizmem i pomysłem na swoje występy. W zasadzie ich formuła nie ulega większym zmianom. Ostatni raz słyszałem ją przy okazji Unsound Dislocation, wówczas była jeszcze wschodzącą postacią elektronicznej sceny. Jej Avant Artowy koncert miał bardzo podobne założenie do tamtego występu. Aisha skupia się na mocno narracyjnym graniu i operowaniu skrajnościami; momentami ociera się to o dźwiękową manipulacje i bywa nużące jednak perfekcja z jaką jest to przedstawione nie pozwala na nudę. Aisha jest świadoma każdej częstotliwości i dawkuje je zgodnie ze swoją wizją, niezależnie czy są to ekstremalnie niskie bassy czy świdrujące uszy piskliwe drony. Każda minuta jej występu jest przemyślana i zaplanowana, co daje efekt intensywnego przeżycia. PW

Gravetemple / Wrocław / fot. Michał Wdowikowski
Kouhei Matsunaga / Wrocław / fot. Michał Wdowikowski
Aki Onda / Wrocław / fot. Michał Wdowikowski
Kukangendai & Hubert Kostkiewicz / Wrocław / fot. Michał Wdowikowski
dalek / Wrocław / fot. Michał Wdowikowski
Zonal / Wrocław / fot. Michał Wdowikowski

Zeen Social Icons