O tym, jak Yves Tumor zdradził mi w 2017 swoje plany na przyszłość

Yves Tumor rozpoczął prezentowanie swoich muzycznych wcieleń mniej więcej pięć lat temu. Jakim cudem był w stanie – w tak krótkim czasie – opanować i przedstawić publice tak liczne i różniące się od siebie brzmienia? To dobre pytanie. Analiza jego dyskografii może podsunąć pewne odpowiedzi.

Początki

Wypuszczony w 2015 debiut przeszedł raczej bez echa. Nie był to zupełnie zły materiał, ambientowe utwory (Limerence, Body As Wilhelm) potwierdzały kreatywny potencjał i intrygującą wrażliwość. Całość sprawiała jednak wrażenie próby połączenia nie do końca pasujących do siebie elementów. Ale to właśnie tu należy doszukiwać się źródeł fenomenu Yvesa. Słuchając “When Man Fails You” dziś, nietrudno zauważyć, że pomysłem na ten album było skumulowanie większości muzycznych fascynacji w ramach jednego projektu. I o ile efekt w tym wypadku nie był nazbyt przekonujący, tak – jak podejrzewam – pozwolił muzykowi zrozumieć pewne ograniczenia towarzyszące zderzaniu różniących się od siebie brzmień.

Potwierdza to zresztą dalszy przebieg jego muzycznej działalności. W 2016 dostajemy YT (III) – niepozorną i raczej pominiętą noisową EP-kę, która odegra później istotną rolę w koncertowej wersji Yvesa. Oprócz tego wychodzi również Serpent Music – przełomowy dla rozpoznawalności artysty album pełen udanych sound-collagowych utworów, którym udaje się utrzymać spójność. Wnioski zostają wyciągnięte – różnorodność jest super, ale czasem lepiej zrezygnować z próby łączenia skrajności na rzecz integralności brzmienia.

Yves Tumor live

W 2017 jadę na Creepy Teepee z chęcią sprawdzenia Tumora w wersji live. Jego występ w ciemnym, zatłoczonym i praktycznie pozbawionym tlenu budynku okazuje się być dla mnie ogromnym zaskoczeniem, ale również niezapomnianym doświadczeniem. Pełen intensywności, krzyków, przesterów, dramaturgii, agresji i niekończących nawoływań do realizatora dźwięku z prośbą o zwiększenie głośności. Niespodziewanie, zaledwie dwa miesiące później, mam szansę na powtórkę – Nowe Horyzonty organizują koncert Yvesa z Mitch & Mitch na outdoorowej scenie w Arsenale. Mając w świadomości, to co spotkało mnie na Creepy, jestem niezwykle zdziwiony, że organizatorzy postanowili postawić na takie właśnie połączenie. Co więcej, w opisie Tumora na wydarzeniu możemy przeczytać: “Spodziewajcie się mixu ambientu, dźwięków rodem ze B-side’u płyty funkowego zespołu z lat 70., rozkojarzających zapętleń, nagrań z off-a i… czegoś na kształt anielskiego chóru.” Konsternacja. Naprawdę? O co tu chodzi?

Timetable sierpniowego koncertu: 22:00 Yves Tumor / 23:00 Mitch & Mitch. Stoję w niezbyt gęstym tłumie i podekscytowany rozmawiam ze znajomymi. Zastanawiam się jakim cudem to – o ile Yves postanowi zrobić to samo, co na Creepy – miałoby się sprawdzić w tym miejscu i w tych okolicznościach. Kolorowe światła, scena szczelnie zastawiona ochroniarzami, uśmiechnięci ludzie w grupkach stojący z drinkami po wielu godzinach spędzonych w kinie – krajobraz totalnie odwrotny względem tego z Kutnej Hory. Odwracam się i mówię do znajomego – to nie może się przecież udać.

Koncert się zaczyna i wszystko wskazuje na to, że plan na ten występ będzie dokładnie taki sam jak w Czechach. Obserwowanie Yvesa próbującego zbudować tak skrajnie nieprzystającą do miejsca i okoliczności narrację generowało we mnie coś między podziwem i współczuciem. Miotając się na scenie, zeskakując do publiczności i wpadając z impetem w słuchaczy muzyk robił wszystko, żeby osiągnąć zamierzony efekt. Rozglądając się dookoła widziałem ludzi, którzy wyglądali jakby nie mieli pojęcia, co się dzieje. Część z nich się ulotniła, niektórzy zostali by sprawdzić jak to wszystko się skończy. W pewnym momencie pod koniec występu Yves zaczął wykrzykiwać ze sceny coś w stylu “I’m fucking with devil’s money, gimme that fucking corporate money” stojąc między profesjonalnie odzianymi ochroniarzami na koncercie sponsorowanym przez T-Mobile. Zdaje się, że ciężko byłoby wymyślić bardziej adekwatne zakończenie.

Yves zszedł ze sceny. Chwilę później rozbrzmiały pełne wigoru i groovu dźwięki orkiestry Mitch & Mitch. Przypomniałem sobie opis wydarzenia, uśmiechnąłem się pod nosem i poszedłem podzielić się spostrzeżeniami ze znajomymi. W pewnym momencie zauważyłem stojącego nieopodal bohatera wieczoru. Postanowiłem zagadać.

[Próba zrekonstruowania faktycznej rozmowy – na tyle precyzyjnie na ile pozwala zawodna pamięć]

– Byłem na twoim koncercie na Creepy, piękna rzecz, wszystko tam zagrało, idealne miejsce na to, co zrobiłeś. Wiesz, że w opisie tego wydarzenia organizatorzy zapowiadali twój anielski głos i “dźwięki rodem ze B-side’u płyty funkowego zespołu z lat 70”?
– Co ty gadasz? Serio? [śmiech]
– Chyba trudno było ci grać dziś w takich warunkach, nie?
– No tak, ale nie myślę o tym za bardzo, dopasowałem formę występów do moich obecnych możliwości, generalnie mam na nie inny pomysł, ale za wcześnie na to. Wiesz, to, co teraz robię czyli puszczanie muzyki z laptopa i wykrzykiwanie rzeczy jest dla mnie łatwe do wykonania.
– Rozumiem, ale to połączenie twojego koncertu z Mitch & Mitch? Przecież to się totalnie gryzie na poziomie wrażeniowym.
– Wiesz co, ja totalnie zmierzam w tym kierunku, chcę robić właśnie coś takiego. Marzy mi się band i żywe instrumenty. Pracuję nad tym, ale trochę to potrwa. Tak w ogóle to kończę album, wyjdzie w Warp, ale nie mów nikomu.
– :O

Yves Tumor 2.0

Rok później wszystko zaczęło nabierać sensu. Tranzycja brzmieniowa została praktycznia ukończona. Safe in the Hands of Love jawiło się jako niezwykle szczerze zderzenie tych dwóch światów: dusznego, wypełnionego zapachem potu pomieszczenia z Kutnej Hory i oświetlonej wrocławskiej sceny w Arsenale z grającymi muzykami Mitch & Mitch. Wypadkowa tych brzmień była niezwykle przekonująca i zbalansowana. Nie był to materiał zbyt długi, był bardzo równy i kompletny. Generalnie jest to do dziś ścisła 10 w mojej osobistej topce albumów ever. Kolejnego odcinka muzycznej drogi Yvesa wyczekiwałem więc z wielką ekscytacją i praktycznie bez obaw.

Czy brak obaw był uzasadniony? Jak najbardziej. Yves zdążył mi już udowodnić, że zna perfekcyjne proporcje. Sprawiał wrażenie artysty w pełni świadomego swoich możliwości, ale również ograniczeń. Od samego początku zmierzał dość szybkim, ale przemyślanym i konsekwetnym krokiem do zaprezentowania esencji brzmienia, która skrystalizowała się w jego świadomości znacznie wcześniej, ale pozostawała ukryta z powodu imperfekcji. I tu właśnie leży problem Heaven To a Tortured Mind. To pierwszy moment w karierze Yvesa, w którym wypuścił sobie piłkę za daleko i nie ma pewności czy zdąży do niej dobiec. Skok na radiową chwytliwość jest w pełni uzasadniony i zdaje się być naturalną konsekwencją eksploracji. Niestety, w niektórych utworach słychać zwyczajne braki egzekucji. Nie można powiedzieć, że średnio udane utwory jak choćby Medicine Burn, Super Stars czy nawet Romanticist są nijakie lub pozbawione koncepcji. Wręcz przeciwnie – są bardzo konkretne, ale to, co komunikują zwyczajnie do mnie nie przemawia. Brak im wspomnianego idealnego balansu, który słyszeliśmy na poprzednim albumie. Tego niepowtarzalnego mixu wrażliwości, pewnego rodzaju stłumionej brutalności i zmysłowej lekkości wokalu.

Na szczęście są też mocne strony nowego wydawnictwa. Większy nacisk na przystępność pozwolił Tumorowi odważyć się na więcej w sferze wokalnej. Dzięki temu wypuszczone wcześniej single oraz Dream Palette czy Strawberry Privilege urastają do rangi wpadających w ucho szlagierów. I nie stałoby się tak gdyby Yves nie postanowił zaryzokować i sprawdzić się w tej nowej formule. Koniec końców, Heaven To a Tortured Mind zdaje się być pewnego rodzaju nową ścieżką, która niby kojarzy się nam z czymś, co już znamy, ale prowadzi w zupełnie inne miejsce. To z pewnością zbyt dobra porcja muzyki by ją zignorować, ale również zbyt nierówna by uznać ją jednoznacznie udany follow-up do Safe in the Hands of Love.

Zeen Social Icons