Stała potrzeba słów. Poezja w kobiecej muzyce nowej

Wychodząc od twórczości takich wielkich artystek, jak choćby Patti Smith, PJ Harvey czy Laurie Anderson, u których słowo było niemalże błogosławieństwem, możemy wyczuć jak wiele albo i nic zmieniło się u współczesnych twórczyń w tym zakresie. Warstwa liryczna wciąż jest ściśle zespolona z melodią. Melodią równie eksperymentalną, jak eksperymentalna potrafi być u nich poezja.  

To właśnie m.in. doskonale znana na naszych łamach,  Félicia Atkinson – określana przeze mnie damą elektroakustyki – wyrosła na świetnych wokalistkach-poetkach, autorkach wielu ponadczasowych protest songach. Nie kryje mocnego zainspirowania w szczególności PJ Harvey czy Björk. Sama Félicia zaczynała od działań balansujących na granicy poezji i performansu, czy to w feministycznym duecie Stretchandrelax, czy współpracując z Sylvainem Chauveau i Louiseville. Pierwsze próby pozwoliły jej na nieskrępowane eksplorowanie musique concrète, a także relacji słowo-dźwięk. To eksperymentalna poezja i bazujące na spoken word występy Christophe Fiata czy Anne-James Chaton okazały się jednak znaczącym krokiem w kierunku solowej twórczości Félicii. Do tej pory francuska artystka praktykuje w swej twórczości autorską poezję. Mogłoby się zdawać, że dopiero teraz twórczość ta ewoluuje w najdojrzalszą fazę. Zainspirowana wielogłosem, pozwala pomnożyć się słowom przez szepty.  Słowom, które dokumentują jej podróże i bliskość z naturą. Zaprezentowana kompozycja „Hedera Helix” podczas zeszłorocznej edycji Sanatorium Dźwięku traktowała np. o roślinach, leczeniu, architekturze czy ruinach. To właśnie te motywy w jej twórczości pojawiają się najczęściej zarówno w jej autorskich wierszach, jak i w zapożyczanych treściach z m.in. podręczników roślin domowych, starych wydań „Desert Magazine”, podręczników architektury czy książek JG Ballarda i K. Dicka. Atkinson często odnosi się również do kobiecości, przejawów feminizmu, samotności i intymnoścI, a wielką rolę w kształtowaniu jej ówczesnej wrażliwości na słowo i dźwięk prócz podróży, odegrała ciąża. W serwowanej przez Felicię dwuznaczności, wszystko zdaje się wibrować. Warstwie lirycznej towarzyszą  m.in. nagrania terenowe z Tasmanii i pustyni Mojave, dźwięki gongów, marimby, drony, fortepian. Metaforyczny wymiar zyskują zatem również dźwięki przywodzące na myśl najróżniejsze światy i ich spirytualistyczny wymiar. 

Ciekawą francuską artystką uprawiającą poezję i łączenie jej z muzyką eksperymentalną jest również Ronce. Choć nie ma tak rozbudowanej dyskografii jak Félicia Atkinson, jej SoundCloudowa działalność wydaje się równie interesująca. Świadomie sięga po ASMR, jednak to nie wszystko co ma do zaoferowania. U Félicii wielką rolę odgrywa delikatność i subtelność. Jeszcze niedawno u Ronce delikatność ta gwałtownie mieszała się z chaosem, krzykiem i buntem. Może właśnie tym artystka chciała uwiarygodnić przekaz o traumach, które  bierze na liryczny warsztat. Stare nagrania z SC zniknęły,  poetyckie teksty zostały, a ich recytacją zajął się nie tylko jej głos, ale i Voice Assistant. Całości towarzyszą odważniejsze podkłady. Rozwój artystki autentycznie  postępuje, co jednak z tego wyniknie na dłuższą metę i jak radykalne to będą zmiany, okaże się pewnie wkrótce. 

Jestem ogromnie ciekawa zmian w twórczości Lucrecii Dalt. Jeszcze w 2018 r. jej „Anticlines” w dużej mierze bazował na poezji. Kolumbijka niejednokrotnie podkreślała, jak ważna jest dla niej dźwiękowa struktura tego albumu, mechanizmy, które mogą występować w partyturze, stąd np. tytuł nawiązujący do geologicznego nakładania się na siebie skał. Tu swą  własną strukturę ma też słowo. Słowo poetyckie. Słowo będące wyrazem egzystencjalnych rozterek; refleksji o granicach ludzkiego doświadczenia, o kondycji człowieczeństwa i o jego relacji ze  współczesnym światem. Pojawił się również motyw kolumbijskiego folkloru, jak i swego rodzaju erotyki czy miłości ekstremalnej – jak mówi sama artystka.  Warstwa liryczna stworzona w większości wspólnie przez Dalt i Henry Andersen jest bogata w metafory i konteksty, a wśród nich m.in. mitologiczne stworzenie – amazoński El Boraro, który kusi swym złowrogim charakterem spod powierzchni ziemi, by człowieka opróżnić z tego co najbardziej ludzkie. Mitologia mitologią, ale gdy w 14 utworach wybrzmiewa tyle niepokoju, odwołanie do kolumbijskiej tradycji okazuje się niezwykle przejmujące. 

Wypowiedzi o społeczeństwie, kapitalizmie, osobistej wątłości, seksualności i tożsamości w poetyckiej formie zamyka również nie kto inny jak Jenny Hval. Tym razem nie towarzyszy jej jednak dron czy elektroakustyczne rozwiązania, a rozbudowana linia melodyczna; dodatkowo zaś recytację zastępuje wzniosły śpiew. Śpiew, który przyjmuje różne formy, a to co jest jego największą siłą, to oczywiście wielowymiarowy głos Norweżki. To swoisty manifest zaśpiewany głosem cichym, ale niezwykle mocnym. Próba znalezienia jej własnego języka okazała się dla niej trudna. Być może to właśnie fakt, że zajmuje się prozą, wiele ułatwił. W efekcie ten zaangażowany głos niesie ją na wyżyny, a wraz z nią, każdego, kto da się jej pochłonąć. Tu poezją nie są tylko słowa, a dodatkowo jej niemalże teatralno-performatywne występy, to, w jaki sposób traktuje i interpretuje dźwięk. Jeśli jednak ktoś oczekuje wierszy łamiących serca swym bogactwem środków, pełna wzlotu, lotu i polotu – może się zawieźć. To poezja tak bardzo jednoznaczna, surowa i naturalistyczna, że niejedni mogli uznać ją za wyklętą. Czy to prowokacja? Trudno powiedzieć. Wiem jednak, że to czyni ją fenomenem. Co ciekawe, przy trzech zeszłorocznych utworach, Hval współpracowała z ww. Atkinson. To naprawdę musiało się kiedyś wydarzyć. Owocem tej wymiany wrażliwości jest porozumienie dusz, które znalazło swe odzwierciedlenie w dźwiękach i przenikaniu się melorecytacji ze śpiewem. 

Jeśli jednak ktoś oczekuje wierszy łamiących serca swym bogactwem środków, pełna wzlotu, lotu i polotu – może się zawieźć. To poezja tak bardzo jednoznaczna, surowa i naturalistyczna, że niejedni mogli uznać ją za wyklętą. Czy to prowokacja? Trudno powiedzieć. Wiem jednak, że to czyni ją fenomenem.

Współczesne artystki śmiało korzystają z dorobku pionierek, jednak równie świadomie  wyznaczają w nowoczesnej poezji śpiewanej/melorecytowanej nowe kierunki. Korzystają z szerszej palety narzędzi, co więcej – wierszom towarzyszy równie poetycka muzyka. To właśnie ta poezja towarzysząca elektroakustycznym, ambientowym, awangardowym dźwiękom okazuje się poezją zaangażowaną. Każda z opisanych przeze mnie artystek widzi w niej potencjał ukazania kruchości człowieka, jego kondycji i relacji z naturą coraz bardziej pogrążającą się w żałobie.  Zapamiętajcie: poezja zaangażowana. Na scenie muzyki eksperymentalnej może zrobić jeszcze niemałe zamieszanie, bo słów stale brakuje; słów stale potrzeba.

Zeen Social Icons