Eklektik Session: BOXED – relacja

To był już naprawdę ostatni dzwonek. Gdyby impreza zaplanowana była na zaledwie tydzień później, nie miałaby szansy mieć miejsca. Jednak na progu obostrzeń drugiej fali pandemii w Polsce, udało się doprowadzić do zaistnienia 10. edycji Eklektik Session w formie już nie pojedynczych występów, ale festiwalowej. W wyjątkowo niepewny weekend 16-18 października, część Wrocławia zdążyła cieszyć się muzyką w wersji live.

Hasła, pod którymi upływają festiwale, stanowią dla mnie zawsze zachętę do wykorzystywania ich jako wskazówek w interpretacji zaplanowanych wydarzeń. Czym będzie zatem Boxed? W pudełku zazwyczaj coś się przenosi i zamyka. Przenoszone były wszystkie imprezy kulturalne: albo na kolejne miesiące, albo na nadchodzący rok, albo do internetu. Zamknięci przez wiele czasu byliśmy zaś my – słuchacze. Doceniam więc trafny, bo aktualny dobór podtytułu dla tej odsłony Eklektik.

Organizatorzy nie zdecydowali się na streamowanie, nawet hybrydowe, co jest okej. Taka forma, choć ma wiele plusów (pod względem wygody, ale zwłaszcza bezpieczeństwa), nie stała się oczywiście normą, czy wymogiem. Zarejestrowane występy, trafiają jednak już do sieci. Sto procent offlajnu stawia za to szereg wymagań. Cieszę się, że na wejściu i nie tylko czuwały stacje do dezynfekcji rąk oraz formularze z danymi kontaktowymi do wypełnienia. Choć brak szatni był niewielką uciążliwością, również cieszę się, że spowodowany był ostrożnością. Zakrywanie ust i nosa egzekwowali wyznaczeni do tego pracownicy, choć nie umknęło mojej uwadze zwolnienie z tego obowiązku jednego z festiwalowych fotografów (niefajnie). Nie udało się niestety zapanować nad zachowaniem dystansu. Ostatecznie, wszystkie wydarzenia miały miejsce w nowoczesnym budynku Galerii na Czystej. Jej przestrzeń nie jest dostosowana do tego typu koncertów, więc trudno winić mi organizatorów za to, że publiczność tłoczyła się, by jak najlepiej dojrzeć i dosłyszeć.

A było czym napawać uszy zmęczone dźwiękiem dochodzącym tylko ze słuchawek i głośników. Improwizacja, afrobeat, elementy jazzowe i elektroniczne stanowiły oś biegnącą poprzez wszystkie trzy dni. Otworzył je pierwszego dnia performans w wykonaniu dyrektora artystycznego festiwalu Radka Bonda Bednarza. Wszedł on w instrumentalny dialog z pracą Aleksandry Łukasiak – interaktywnym kominkiem reagującym na dźwięk. Obiekt był częścią prezentacji Empathetic Design Laboratorium Obiektów i Przestrzeni Interaktywnych działającego przy wrocławskiej ASP. Wystawione projekty studenckie istotnie charakteryzowały się empatycznym duchem, np. jako obiekty i elementy designu o właściwościach terapeutycznych, przygotowane dla placówek opieki zdrowotnej.

Design na festiwalu muzycznym? Na Eklektik miało miejsce również śniadanie ze spotkaniem wokół prac fotograficznych Grzegorza Gołębiowskiego oraz spacer z przewodniczką odkrywający historie miejsca, w którym miał miejsce festiwal. Czy więc Eklektik Session można nazwać wydarzeniem multi-art? Czemu nie.

Pozostając jednak we własnych kompetencjach, skupię się na muzyce, która wypełniła dwa pozostałe dni. W sobotę było to trio utrzymane w duchu eklektikowych spotkań i improwizacji. Niestety pandemia zatrzymała Włochów z XYQuartet. Pozostałym udało się dotrzeć. W rolach głównych Ekow Alabi i Jose Manuel Alban Juarez, czyli perkusjonalia z obu stron Atlantyku. Pierwszy z nich, ghański perkusista, miał okazję rozgrywać chyba każdy gatunek muzyki popularnej. Drugi pochodzi z rodziny polsko-peruwiańskiej, ma jednak doświadczenie nie tylko w latynoskich klimatach. Duet wspomógł saksofonista Karol Gola, nawiązujący do motywów z twórczości XYQuartet oraz dyrektor artystyczny festiwalu zza elektroniki.

Mając dla siebie, dla swojej imprezy dwóch świetnych przedstawicieli dwóch kultur muzycznych, obu silnie rytmicznych, pozwoliłabym im na własny występ i dialog. Całość była rzeczywiście swobodna i zdecydowanie ciekawa, ale mimo to skłaniałabym się do formy ,,surowszej’’, pozwalającej na pełne zrozumienie dramaturgii, jaka kryje się w rytmie. Która nie potrzebuje tym bardziej groove boxa na cztery czwarte (chyba, że była to próba wplecienia jeszcze jednej kultury rytmicznej). Urzekł mnie najbardziej, najbardziej w ogóle z całego festiwalu Ekow Alabi, który ponad rytmiczną, płynną narracją swoich instrumentów perkusyjnych, niósł pieśń, w której słychać było naznaczenie polityczną walką. I było to piękne.

Niedziela przygotowała dla nas finał w postaci występu specjalnie powołanej na tę okazję afrobeatowej orkiestry. Jej przywódcą – sam Dele Sosimi, czyli czołowy twórca tego gatunku, obok Feli Kutiego, z którym zresztą blisko współpracował. Nigeryjczyk w swojej trwającej już niemalże pół wieku karierze eksperymentował z międzygatunkowymi i interkulturalnymi połączeniami. Z jednej strony tradycyjna, rodzima muzyka, z drugiej jazz, funk. Zanim wprowadził swoją wrocławską orchestrę na scenę, prowadził z zaproszonymi do projektu muzykami warsztaty. To naprawdę świetna sprawa, gdy artysta przyjeżdżający na festiwal zostawia coś po sobie, oddziałuje na lokalną scenę. Zaowocowało to bardzo ciepłym występem, który energicznie przebijał się przez jesienną aurę. Na scenie poza Sosimim zza elektrycznego pianina dwie perkusje (powrócili Alabi i Juarez!), gitary elektryczna i basowa, kameralna sekcja dęta. Czyli, poza wspomnianymi: Mateusz Słowiński, Matylda Gerber, Marcin Wołowiec, Michał Podżus, Karol Gola oraz, a jakże, dyrektor artystyczny festiwalu.

Przyznać muszę, że Eklektik Session nie wydawało mi się z początku tym, co zazwyczaj leży w obszarze muzycznych zainteresowań Progrefonik. Postanowiliśmy jednak dać wydarzeniu przysłowiową szansę. Po pierwsza, za doceniane już przez nas otwarte podejście do gatunkowych mariaży, po drugie jakie ciekawe głosy spoza warszawocentrycznego życia muzycznego. Dziękujemy za współpracę, której zwieńczeniem jest ta relacja i życzymy wszystkiego dobrego tej imprezie.

Zeen Social Icons