Akustyczny walec, czyli jak klarnet kontrabasowy zionął ogniem…Jazz Art Festival Katowice

Relacje
Trzydziestego kwietnia w Katowicach zadziało się... - oj, jeszcze jak się zadziało! "Katowice Miasto Ogrodów - Instytucja Kultury im. Krystyny Bochenek" - ufff, jaka długa i niewygodna nazwa! - gościła na swej scenie projekt Fire! Orchestra. Trzynastoosobową ekipę (o czym w detalach - później) mieliśmy okazję zobaczyć w ramach - przedostatniego, potem grało jeszcze BNNT & Gustafsson - koncertu na Jazz Art Festivalu 2018.

 

Potężna sala z zapasem zmieściła pięć dęciaków, sekcję rytmiczną - czyli bas/kontrabas oraz perkusję, troje 'smyczkowych' oraz dwie wokalistki i klawiszowca.

 

Przyznam, że - aż wstyd przyznać - z racji odwalenia dosyć kiepskiej roboty riserczowej, sprawdzałem skład na pięć minut przed rozpoczęciem koncertu. Z drugiej strony: idziesz w ciemno, to raczej się nie rozczarujesz... Przyznam jednak, że nawet gdybym sprawdził, to wiele i tak by się nie zmieniło. Dlaczego?

 

Dlatego, że Fire! Orchestra i tak by mnie zaskoczyła. Kilka długich kompozycji, brodzących po kostki we wpływach jazzowych, rockowych,
a także współczesnej muzyki poważnej oraz dronie... Zaraz, to niby już było, powiecie. Dajcie mi skończyć, to porozmawiamy. Gwoździem programu było totalnie przearanżowanie i przestawienie projektu na inne instrumentarium. Werliin nadal co prawda zrzucał bomby,  wszak ciężko inaczej nazwać pierwsze razy po bębnach, zaś Berthling zupełnie transowo i rytualnie grał figury basowe.

 

Sensacyjne - z braku innego słowa - było zestawienie dwojga klarnetów - basowych i kontrabasowych - z klarnetem Bb oraz trąbką Susany Santos Silvy, którą, tak akurat się składa, widziałem niedawno na Jazz Jantarze, więc jej obecność była zapowiedzią czegoś specjalnego... Tak, i była to zdecydowanie zapowiedź zgodna z tym, co nadeszło.

 

Przywodzące na myśl Pendereckiego wejście smyków, we współpracy z mocno impresyjnym fortepianem, od początku zapowiadały najlepsze. Powolnie budowane napięcie to już znak Fire! Orchestry i sposób działania tego projektu, wszak tym razem było... po prostu - inaczej. Całość przez zasadniczą większość czasu oscylowała wokół zniekształconego bluesa, opartego na intensywnie rytmicznej, rockowej postawie, miejscami z mocniejszymi free odlotami - a już zupełnym młotem był moment, gdy oboje klarneciści (kontra-)basowi zablokowali się w mocnej figurze rytmicznej - świetne, naprawdę znakomite brzmienie tychże instrumentów zalewało powietrze...

 

W momentach większej intensywności, po nabudowaniu napięcia, całość była jak gdyby powietrze zadymiane przez Berthlinga, przecinane raz to z trąbki oraz Bb klarnetu, dociążane wiolonczelą i krojone - ale w innych kierunkach - skrzypcami. Fantastyczne wrażenie zrobiło niebiesko-fioletowe (oj dobra, tak, ograne, ale zawsze skuteczne!) oświetlenie, poruszanej powietrzem, kotary, podczas gdy wszyscy razem zaczęli sadzić zupełnie bezlitosnego, soczystego, drona. Strasznie podobała mi się sceniczna dyscyplina muzyków. Dyscyplina... w słuchaniu innych!

Wokalizy dwóch pań, czyli oczywiście Mariam Wallentin oraz Sofii Jernberg, uderzyły w pewnym momencie w dosyć groteskowo-absurdalne, dadaistyczne, rejony, można powiedzieć: całość brzmiała głupawo - ale nie było pompy, wszak same wokalistki zdawały się po prostu bawić konwencją.  

Popełniłbym głupotę, gdybym nie wspomniał o prześlicznym pomyśle, wręcz pościelówie: czyli o, wymienianym nawet na samej stronie projektu, coverze 'Blue Crystal Fire' Robbiego Basho: cholera, tak daleko odstawionego od konwencji tego, z czym zwykle mierzy się Gustafsson, utworu, bym się tutaj po prostu nie spodziewał. Trzynastka zebranych

zagrała go w fantastyczny, jazzujący, sposób, nawet z udziałem, uwielbianego przeze mnie przecież, e-piano... Chciałbym wsadzić was w swoje buty z tamtego momentu, ale jak to z muzyką: jest tak chwilowa, że niestety nie opowiem wam o wiele więcej, bo po prostu nie pamiętam. Było ślicznie, było kameralnie, rockowo, było free, były bomby na perkusji, było zupełnie abstrakcyjnie i przyziemnie zarazem. Czego chcieć więcej? Jedno jest pewne: takie "Arrival!" to zdecydowanie wejście z buta, a nie ciche wtuptywanie do garderoby. Wejście z buta: w nową konwencję i pomysły, a także kolejny dowód na to, jak wiele potencjału nadal drzemie w składach (prawie) czysto akustycznych. Ominąłem tu wiele rzeczy - każdy, kto tam był tej nocy to wie i  za to was serdecznie przepraszam - lecz pamięć zawodną jest, a muzyka jest sztuką bardzo chwilową. Powiem tylko, że bis także był zupełnie śliczny. Jeśli kiedyś Fire! Orchestra zawita do was, to przywitajcie ją chlebem i solą - bo jest co witać. Mats Gustafsson rzucił na pożegnanie, że to wcielenie orkiestry najbardziej mu się podoba: cóż, w zasadzie bardzo ciężko dyskutować na ten temat! Świetna uczta, na dodatek akurat na światowy dzień jazzu.
Autor:

Filip Skirtun