Dwa razy trzy – czyli o sześciu strunach, inaczej

Artykuły

Słowem wstępu,


ostatnimi razy (lecz dawno to było, oj dawno) popełniałem artykuły, które grupowały nam zagadnienia trójeczkami. Dzisiaj – nadrabiając braki mysłowo-czasowe, gdyż wakacje spędzam u pewnego tytana branży IT – postanowiłem, że zaserwuję Wam bombę w postaci dwupaku – albo raczej sześciopaku! Trzymajcie się podkłokietników, bo odlatujemy w gitarowe odmęty. Mówię z góry: materiał poglądowy może sprawiać wrażenie ‘na siłę’ hermetycznego, lecz nic na to poradzić nie można. Ot, badanie nowych estetyk niesie po prostu na swych barkach takie brzmienie, toteż zarzutów o snobizm nie przyjmuję.

 
Gwoli wyjaśnienia numer dwa: to mikrozestawienie w żadnym razie nie wyczerpuje tematu – Fred Frith nadal nagrywa, ponadto jest to jedynie wybór muzyków oscylujących na granicy słuchalności, acz miejscami naprawdę mocno balansują na linie. Ponadto – może z wyłączeniem Davida Torna i Freda Fritha, spróbowałem wybrać muzyków, o których twórczości pisze się relatywnie mało. Z ludzi istotnych brak tu choćby Keitha Rowe, jednego z ojców preparowanej gitary, czy Dereka Baileya – ale o nich naprawdę pisze się znacząco więcej. W kwestii tych dwóch panów odsyłam do polskiego tłumaczenia The Wire Primers, czyli: Muzyka. Przewodnik Krytyki Politycznej.

Fred Frith


Fred Frith: na przestrzeni XX i XXI wieku jeden z mastermindów choćby Henry Cow czy Massacre, kolega Roberta Wyatta, można by tak długo wymieniać... Jednak przede wszystkim – improwizator. To ostatnie jest szczególnie ważne, wszak właśnie biorąc pod uwagę tak wczesne nagranie, jak Guitar Solos, zobaczymy, jak bardzo niespotykane musiało ono być, zważywszy że była to połowa lat ’70. Czego u Fritha nie znajdziemy? Klasycznych, rozbuchanych, progowych solówek, często kiczowatych (i to wcale nie jest niepopularna opinia), lania wody i ekshibicjonizmu emocjonalnego. Jest bardzo szorstko. Zupełnie innowacyjne i absolutnie abstrakcyjne Guitar Solos może i miejscami gryzie w uszy (ale dla słuchaczy mających zaprawkę z awangardą XX wieku nie będzie to żadna trudna jazda), lecz zawsze onieśmiela. W rzeczy samej, gryzienie w uszka wcale nie jest nieprzyjemne.
Nie ma tu chyba sensu rozwodzić się nad łatwo znajdywalnymi w sieci detalami zestawu gitarowego Fritha: należy jedynie napomknąć o fakcie, że cała płyta była nagrywana w jednym podejściu, wykorzystując dodatkowo jedynie fuzzbox oraz echo. Szybko padnie pytanie „no tak, lecz co można nagrać w taki sposób”? Właśnie tu zaczynają się schody. Gitarowy ambient, noise, po prostu – podręcznikowy, nowoczesny free improv, tylko nagrany dobre czterdzieści cztery lata temu. Nowatorskie podejście Fritha oszałamia, a dla tych bardziej zahartowanych słuchaczy, na pewno pozostanie czymś niezapomnianym, nawet jeżeli nie odtwarzanym w codziennej rotacji. Jedno jest pewne: przy No Birds wszystkie ptaki postanawiają opuścić okolicę.

Masayuki Takayanagi


Drugi dzisiejszy bohater, czyli Masayuki Takayanagi… efektywnie jest to postać tak samo kiepsko zobrazowana biograficznie (no, przesadzę teraz mocno, ale jest naprawdę niedaleko!), jak słynny Mizutani z Les Rallizes Denudes. W sumie tenże też zasługiwałby na mikroartykuł, razem z LRD, ale… koniec dygresji! Podchodząc do sprawy rzetelnie: dwóch gitarzystów, czyli Masayuki Takayanagi i Akira Iijima (nie wymówię tego, zwariowaliście!) i Hiroshi Yamazaki na bębnach, albo raczej uderzeniowych generatorach hałasu. Wszyscy troje wywodzą się ze stricte jazzowego tła – swego czasu Takayanagi wydał A Jazzy Profile of Jojo i płyta ta jest gigantycznym, niestety mocno negatywnym, szokiem, jeżeli chodzi o twórczość gitarzysty. Mass Hysterism… przesadza tak naprawdę bardzo mocno, o blisko cztery lata wyprzedzając słynne Tokyo Anal Dynamite (chyba najzabawniejsza płyta, na zawsze), Napalm Death także.

Myślę, że jednak zabawne „ŁAN CU DZRI WOR” – tak, to „one, two, three, four” po japońsku – z TAD rozładowuje klimat, a tutaj nikt się z nami nie patyczkuje. Tak, to zdecydowanie może brzmieć jak masowa histeria. Festiwal inteligentnego wykorzystania sprzęgu i gigantyczny hałas: tutaj nawet twóczość spod znaku Fushitsushy, Goslingsów, czy innych hałaśliwcow, naprawdę nie dociera do narysowanych tu granic absurdu, brudu i groteski. Tak, groteska jest tu chyba na miejscu. A także jest na miejscu zachwyt nad tym, jak szerokie spektrum brzmień mimo wszystko porusza to trio – jasne, można z miejsca skreślić to jako prostackie dudnienie, ale polecam skupić się na aspekcie teksturalnym, zamiast na aspekcie generowania hałasu. Zdziwicie się sami, jak wiele nietypowych pomysłów się tu przewija w ciągu czterdziestu minut. Sami sobie podziękujecie za nieafiszowanie się słuchaniem niesłuchalnego, słowo daję. I tak: trio, nie duet, gdyż robota perkusyjna też dodaje tu barw i zapełnia przestrzeń. Nie wiem skąd ten człowiek miał tyle energii…


Taku Sugimoto


Przechodzimy do okrutnego ascetyzmu Taku Sugimoto: Opposite to dysk wręcz sadystycznie pusty… albo nie, to złe słowo: jest on wręcz przepysznie wypchany przeciąganymi, wolno żyjącymi swoim życiem, frazami. Tak, tutaj naprawdę całość niby prosi się o wyłączenie pod pretekstem „stary, tu nic się nie dzieje!”. A jednak nie zrobicie tego za szybko, gdyż to po prostu wciąga. Styl japończyka opiera się na mocno przeciąganych, długo wybrzmiewających brzmieniach, które, rozłożone w czasie, zaczynają okazywać pewne melodyczne właściwości – tak jak gdyby niespodziewanie. Niekonwencjonalny pomysł, idziemy tu jeszcze dalej, niż szli minimaliści – nie sensu stricto, ale inspirujący się – spod znaku Low, czy podobnych kapel z nurtu slowcore. Korzystając zarówno z gitar akustycznych, jak i elektrycznych, przechodzimy tu przez wiele mało spotykanych pomysłów – jak gdyby trochę zafascynowanych ciszą, duszą trochę jak gdyby patrząc rzewnie nawet w kierunku Fritha.


David Stackenäs


“David Stackenäs: five Levin acoustic guitars & fans.” “Beautiful and translucent drone paintings for five acoustic guitars with fans by David Stackenas; our boldest Swedish explorer of one of our favorite stringed instruments, the guitar.” Tak sam twórca reklamuje Bow na stronie internetowej. Zostawię to bez komentarza, ponawiając jedynie reakcję, jaka mnie nawiedziła, gdy dotarło do mnie, że to jest pięć gitar akustycznych. Być może na pytanie „jakim cudem nikt nie zna takiego gościa” odpowie to, iż Stackenäs udzielał się w Fire! Orchestrze – czyli jednak nie jest Wam pewnie wcale aż tak nieznany, ot, solowo wielu artystów zna się słabiej. Jednakowoż - czasem wystarczy troszeczkę pokopać i trafiamy na coś… Cóż, powiem tak: nigdy nie myślałem, że gitara naprawdę może brzmieć jak hurdy-gurdy. Najlepszą sprawą jest tu chyba to, że ten opisany dron zmienia swój kształt, tembr, rozkład, słowem – nie jest to stereotypowy, dronowy album, który polega tylko na graniu dwóch nutek przez godzinę. Fascynujące wykorzystanie akustyków!


Ninni Morgia


Williama Parkera nie zamierzam przedstawiać, zaś Ninni Morgia to muzyk z doświadczeniami ze sceny psychodelicznej. Tyle teorii, gdyż na krążku nie jest tak, jak z papieru powinno wynikać… Czyli jak jest, skoro nie jest tak, jak na papierze? Ano tak, że Prism w zasadzie zainspirowała mnie do napisania tegoż oto mikrozestawienia: rozpoczęcie Prism I i bodajże Prism II – konia z rzędem temu, który na pierwsze przesłuchanie od razu w nich stwierdzi, że są to materiały na gitarę elektryczną i kontrabas. Okrutnie duży przekój gatunkowy, świetny warsztat wykonawczy, bardzo dobra produkcja i wiele, wiele pomysłów: słowem – gigant. Kilkanaście przekrojowych, pomysłowych i świeżych, po prostu świeżych, kompozycji, granych z zaangażowaniem. Ewidentnie słychać, że oboje naprawdę mieli ochotę to nagrać. Nawet jak na tak bogatego w doświadczenia muzyka, jak William Parker, jest to płyta niepowtarzalna i wyznaczająca pewne nowe granice. Ubolewam, iż Morgia gra w tak nieopisywalny sposób, gdyż chciałbym zawrzeć tu więcej treści: jednak nie będą zupełnie nie na miejscu skojarzenia nawet z glitchem spod znaku Ryojiego Ikedy – czysto brzmieniowo, rzecz jasna. Tak, to jest do tego stopnia dziwne, gdyż nikt nigdy by tego chyba nie kojarzył z gitarą!


David Torn


Na deserek i oczyszczenie kubków smakowych: Only Sky Davida Torna, czyli dziewięć migawek, bogato zarysowanych pętlami, efektami, po prostu – przetworzoną tkanką gitarową. Sam muzyk bardzo mocno stroni od showmaństwa – współpracownik choćby Tima Berne’a (stąd zauważyłem na początku, iż jest to raczej postać dosyć znana w avant-jazzowym półświatku), mocno realizujący się w eksperymentach z nowoczesnymi technologiami. Świetne, ambientowe pejzaże, bardzo w klimacie Frippertronics, albo później Soundscapes. Przemyślane, po prostu śliczne, świetne na popołudniową drzemkę, gigantycznie deklasujące tych wszystkich chcących brzmieć „anielsko, rozmarzenie” post-rockerów od siedmiu boleści.


Podsumowując...


... miało być sześć, jest dwanaście – po zsumowaniu – gitarek. Przyznam, że gigantyczną przyjemnością jest móc odnotować, iż nagrywa/ło się aż tak zróżnicowane materiały na tychże niepozornych elektrycznych – lub nie – instrumentach.

Elaboruje o strunach:

Filip Skirtun