Elektroniczne wizje Edgara Varèse’a

Artykuły
Dokopywanie się do różnego typu podwalin, fundamentów to niezła zabawa. Dane zjawisko, dziś w pewien sposób zdefiniowane, rozumiane przez nas w konkretny sposób, ogołocone z warstw i kontekstów nałożonych przez własną ewolucję wydaje się być zgoła czym innym. Jakiś czas temu zachciało mi się rzucić pomost pomiędzy muzyką noise a futurystycznym konstruktorem instrumentów hałasotwórczych Luigim Russolo. Jeżeli zaś chodzi o pojęcie szersze, jakim jest muzyka elektroniczna w ogóle, wiele prac podszeptuje, że gdzieś u początku tej drogi stoi Edgar Varèse. Nazywany on jest wręcz ojcem muzyki elektronicznej. Z jakiej racji? Otóż racji jest kilka i może nawet Was do nich przekonam.
 
Muzyka klasyczna pierwszych dekad XX-go wieku przewidywała bardzo określony zestaw instrumentów, a co za tym idzie brzmień, jakie mogą być użyte w muzyce. Reguły były ścisłe do tego stopnia, że zestawienie solowych klarnetu, harfy i wiolonczeli już uchodziło w pewien sposób za przełomowe. I na to nie godził się Varèse. Jeszcze przed II WŚ postulował potrzebę wynalezienia instrumentu, czy może raczej urządzenia, zdolnego odtworzyć muzykę dokładnie tak, jak słyszał ją w swej wyobraźni kompozytor. W 1939r. oczekiwał: ,,wyzwolenia od arbitralnego i paraliżującego systemu stroju temperowanego; możliwości nieskończonego dzielenia oktawy (…); dowolne rozszerzanie rejestrów w górę i w dół (…); osiągnięcia nieograniczonego zróżnicowania brzmień i kombinacji dźwiękowych’’. A następnie odegrania tego wszystkiego poprzez wciśniecie jednego guzika. Brzmi zupełnie jak praca, którą wykonać możemy na domowym laptopie w Abletonie czy innym FL Studio. Wtedy brzmiało jak niemała fantazja. 

Chociaż Var
èse żywo interesował się nauką, nie był wynalazcą. Dlatego pozostawało mu jedynie pieklić się na brak maszyny, o której marzył. Oprócz tego mógł też komponować tak, by ukazać zarys swoich śmiałych pomysłów oraz zainspirować następnych do podążania ścieżką ku elektronice. Oraz inspirować do śmiałości w wyrazie w ogóle, gdzie najsłynniejszym oczarowanym stał się Frank Zappa. Różne były eksperymenty Varèse’a. Znakiem rozpoznawczym jego kompozycji stały się odgłosy syren strażackich, włączonych do zespołu instrumentalnego. Przeciągły dźwięk jaki oferowały nie mieścił się w ustalonych skalach i częstotliwościach, a ujął kompozytora podczas jego życia w Nowym Jorku. Kojarzył mu się z wielkim miastem, gdzie ciągle się pali i gdzie ciągle trzeba gnać. Nawet jednak przy użyciu klasycznych instrumentów rozmywał tradycyjność brzmienia jak tylko mógł. W efekcie powstawały niemalże ambientowe plamy dźwięku, na których pojawiały się niepokojące skrawki fraz, nieprzypominające lirycznych melodii. Wreszcie sięgnięcie po muzykę na taśmę i dźwiękowy kolaż. Zaprezentowany przy okazji Wystawy Światowej w Brukseli w 1958r. Poème électronique to efekt współpracy Varèse’a z Le Corbusierem. Sample różnego rodzaju pojękiwań, chrobotania, ryków, odgłosów taśmy, śpiewu i rzecz jasna syren, osaczyły zwiedzających z ponad 300 głośników.



Nie tylko rewolucja w brzmieniu interesowała kompozytora. Podstawowym walorem jego utworów stał się rytm. Większość gatunków muzyki elektronicznej opiera się na jego eksponowaniu, a eksperymenty z jego użyciem wciąż trwają. Muzyka czasów Var
èse’a potrzebowała perkusji głównie do utrzymania rytmu, a odejście od tej zasady naznaczyło ścieżki wielu nowatorskich kompozytorów. Żaden jednak nie oderwał się od niej tak brawurowo jak Edgar Varèse. Słynne Ionisation pojawiało się już na Progrefonik. To właśnie pierwszy utwór przeznaczony w całości na instrumenty perkusyjne, nawet fortepian był tam potraktowany jako perkusja. Powstała muzyka dla tamtych słuchaczy barbarzyńska, pierwotna, odliryczniona, sprofanowana. W każdym innym utworze rytm wymyka się spod jarzma stateczności, nie tylko w partiach perkusji. ,,Nasze czasy są epoką zgiełku i hałasu, epoką szybkości (…); rytm wybijany przez perkusję uwalnia muzykę od anegdoty.’’ mawiał. Porywczość jego dzieł nie przekładała się jednak na samo podejście Varèse’a do swojej pracy. Odżegnywał się od dadaistów, przypadkowego eksperymentowania. Podkreślał, że każdą jego kompozycję poprzedza proces badawczy, myślowy, który porównywał do zjawiska krystalizacji. Plotka mówi o pijanym Edgarze zafascynowanym zmianami muzyki puszczanej z winylowego krążka, gdy dotyka się go, porusza się nim ręką. Międzywojenne scratchowanie wydaje się raczej kreatywnym wybrykiem aniżeli poważną pracą badawczą, ale czy to istotne? 
 
Dziwne wydawać się może, że dorobek muzyczny jednego z najważniejszych kompozytorów XX wieku trwa niecałe 4 godziny. Tutaj jednak kondensacja pomysłów i zamysłów robi swoje - tak naprawdę co utwór Varèse sięgał po coś nowego. Gdy sprawdził już jedno, szedł po następne. Nie sposób mówić w jego przypadku o jakichś okresach czy fazach twórczości. Jest ona tylko przedzielona ponurą kreską choroby psychicznej. A naznaczona wielką bezpardonowością, śmiałością i kreatywną brawurą. Bez której muzyka naszych czasów mogła chyba jednak wyglądać inaczej.
AUTOR:

Marta Konieczna