Interpretacje — DZIEŃ

Interpetacje
Podobno muzyka zaczyna się tam, gdzie brak już słów na wyrażenie czegoś. Wychodzi więc na to, że muzyka jest słowom nadrzędna, a co gdyby tę sytuację odwrócić? W naszym cyklu INTERPRETACJE wrzucać będziemy wybrane przez siebie albumy na orbity mknące dookoła jednego, wybranego na dany tydzień hasła. Kierować będziemy się odczuciami, skojarzeniami, sami jeszcze zobaczymy czym. Cykl kontynuuje słowo-klucz DZIEŃ. Zapraszamy do lektury!

 


 


 

︎ Filip Skirtun

Galaxie 500 - On Fire

 


 

Szukacie albumu, który jest niczym zalepione oczęta po przydługiej drzemce? Skuście się na On Fire - w zasadzie nawet nie jest jak te senne oczęta, lecz jak dzień spływający wam po niezbyt dobrze przespanej nocy. Nic nie jest jeszcze przesądzone, lecz wiecie już, o jakim odczuciu mówię. Z drugiej strony: któż nie lubi takich przymulonych, zawieszonych maksymalnie na granicy świata fizycznego, godzin? Jak dla mnie - bajka!

 


 

︎ Marta Konieczna

Lauda - Gennin

 


 

Dzień ma swoje pory. Każda z nich - własny rytm i aurę. Interpretowane są one przez sztukę, w tym muzyczną, od wieków. Inaczej opracowywano je już w najstarszych śpiewanych modłach klasztornych. Jak różnie przecież czujemy się, myślimy i działamy w zależności od tego, czy dochodzi południe, czy ósma wieczorem. Muzyczny i małżeński duet Iwony i Błażeja Król również podjął się oddania doby na albumie ,,Gennin''. Materiał ,,powstał w trakcie i pomiędzy zajęciami codziennymi i jest próbą zagrania dnia''. Czegoż więcej potrzebuję do uzasadnienia dzisiejszej Interpretacji? Może tylko odrobiny własnych wrażeń. Które są naprawdę silne, bo ,,Gennin'' w całej swej szczerości ukazuje nastrój poszczególnych godzin. Zwyczajnie, ale niezwykle, przenosi w nas w czasie. Miejscu również, bo album miał też za zadanie ,,zagrać miejsce'', czyli wieś Jenin. Świt, południe, popołudnie, noc. Odgłosy i echa zajęć każdego z tych czasów, ich rytm, nastrój, to wszystko tak bardzo czuć. Dużym atutem albumu jest też jego cykliczność oraz klamrowość. Zarówno 5:40 jak i 23:59 brzmią podobnie, bo okraszone są tą samą symfonią świerszczy. 12:23 jawi się tutaj jako godzina aktywna, w której umysł błądzi po różnych ważnych sprawach. 17:48 to z kolei wciąż czujność, która powoli opada, by przygotować miejsce na zmęczenie dniem. Ale ten świt... Ta przecież tak magiczna pora dnia. Nagroda za odwagę przedwczesnego obudzenia się lub za wytrwałość bezsennego go doczekania. I to wszystko czuć w tej czarującej muzyce.

 


 

︎ Karolina Kobielusz

 

William Basinski - Melancholia

 


 

Na dzień patrzę przez pryzmat dźwięków, bo czy istnieje piękniejszy pryzmat? Jest taki album, który w moim osobistym odczuciu, z każdym kolejnym dniem nabiera na znaczeniu. Jest to dzieło, które z pewnością zostało mi przeznaczone. Długo czekałam na takie brzmienie i moment, kiedy już je znalazłam, był momentem przełomowym. „Melancholia” to swoiste exegi monumentum Williama Basinskiego, z którym zdążyłam zacząć życie w ścisłej symbiozie. Czuję, że noszę w sobie pierwiastek tego albumu. Albumu, którego siłą jest niepokój tkwiący w destrukcyjnym brzmieniu; balansowanie pomiędzy milczeniem a hałasem nęcącym zmysły; podatność na skrzywdzenie, a jednocześnie odważne stawanie na straży swej wrażliwości. To album do cna zasmucający a jednocześnie przywołujący najpiękniejsze wspomnienia ostatnich lat, których dni upływały pod znakiem eksplorowania piękna w tym konkretnym muzycznym świecie. W miejscu, które niegdyś uważałam za nieistniejące, a teraz czuję je w sobie.

 


 

︎ Patryk Wojciechowski

 

Caterina Barbieri – Patterns of Consciousness

 


 

Jestem jednym z tych, którzy przed zaśnięciem analizują dokładnie przebieg mijającego dnia planując zarazem rzeczy do zrobienia nazajutrz. Z tego względu za każdym razem gdy budzę się rano moim celem jest wydłużenie dnia do granic możliwości. Jeśli nie wydarzy się w nim nic szczególnego nie jestem w stanie zasnąć. Mogę siedzieć do późnych godzin nocnych tylko po to, żeby zdobyć jakiekolwiek wspomnienie, które zostanie ze mną choćby na jakiś czas. I kiedy tak o tym myślę, słyszę w głowie wiecznie ewoluujące dźwięki Cateriny Barbieri. Jej występ na Sopockim Open Source Art w ubiegłym roku niemal wycisnął ze mnie łzy. Caterina ma niesamowitą zdolność budowania i żeby osiągnąć zamierzony cel, wykorzystuje wszelkie możliwe sposoby. Nawet najprostsze techniki i rozwiązania potrafi zamienić w piekielnie intrygujące zabiegi, które wzmacniają sumę doznań. Jest cierpliwa i nieustępliwa, zupełnie jak ja w swojej walce o wrażenia. Biorąc pod uwagę to, że Patterns of Consciousness towarzyszyło mi w niejednej takiej walce, ciężko oprzeć się pokusie napisania choć kilku słów o tym monumentalnym albumie.

 


 

︎Bartek Janisz

 

Cocorosie - La Maison de Mon Rêve

 


 

Pomimo przytłaczającego ogromu gatunków muzycznych, setek tysięcy wykonawców, milionów albumów, będąc jakkolwiek obyty z szeroko pojętą muzyką, tak naprawdę nieczęsto słyszymy coś zupełnie nowego. Z tego względu, tak ekscytującym momentem w moim życiu było zapoznanie się z twórczością dwóch sióstr, Sierry i Bianci Cassady. Album La Maison de Mon Rêve stanowił początek tej fascynującej współpracy, która zakwitła pod wpływem spontanicznego spotkania po latach i wymiany doświadczeń pełnych goryczy i niezrozumienia dotyczącego wyrazu artystycznego obydwu kobiet. La Maison de Mon Rêve, jest produkcją urzekającą prostotą wykonania i skromnym, przytulnym charakterem. Nie znaczy to jednak, że mamy do czynienia tutaj, z małą różnorodnością brzmień, siostry korzystają z otaczającego ich świata całymi garściami, zawierając w swoich utworach całą swoją rzeczywistość, od dźwięków dnia codziennego (przejeżdżający nieopodal kamienicy ambulans) po walory akustyczne kamienicy, w której kobiety nagrywały swoje ścieżki dźwiękowe. Znajdziemy tu naleciałości folkowe, rytm blusowy i beaty hip-hopowe, to wszystko obudowane operowym wokalem Sierry, często wspomaganym przez Biance, oraz jej nieco organiczne eksperymenty (np. beatbox). Tak powstał album bardzo rzadki, zupełnie niesplamiony naleciałościami barier ustanowionych przez kanony muzyczne, skoncentrowana ekspresja dwóch silnych charakterów. Aż trudno uwierzyć, że istnienie zespołu który powoli, lecz konsekwentnie wypracowuje sobie miano legendy, uzasadnione jest impulsem, zachcianką dnia codziennego i szczęśliwym, pełnym akceptacji i zrozumienia połączeniem koncepcji artystycznych. Aspekt nieprzewidywalności tego przedsięwzięcia wywołuje ciarki na plecach, ile jeszcze zobaczymy takich projektów, gdzie ich szukać i czy aby na pewno nie uciekną nam między palcami? Z całą pewnością nie ma jednej odpowiedzi na te pytania, ale czy to nie stanowi ważnego punktu odkrywania tego, co zdobywa nasze serca?