Interpretacje — GORĄC

Interpetacje
Podobno muzyka zaczyna się tam, gdzie brak już słów na wyrażenie czegoś. Wychodzi więc na to, że muzyka jest słowom nadrzędna, a co gdyby tę sytuację odwrócić? W naszym cyklu INTERPRETACJE wrzucać będziemy wybrane przez siebie albumy na orbity mknące dookoła jednego, wybranego na dany tydzień hasła. Kierować będziemy się odczuciami, skojarzeniami, sami jeszcze zobaczymy czym. Cykl kontynuuje słowo-klucz GORĄC. Zapraszamy do lektury!

 


 

▫︎ Patryk Wojciechowski 

 


 

Suzanne Kraft - Talk From Home 

 


 

Upał. Słońce. Dużo treści. Mało słów. Mało ruchów. Mniej chęci. Wegetacja. Minimalizm. Oszczędność formy. Promienie smażą. Mrużysz oczy. 

 

-Chcesz coś zjeść? 

 

-Nie wiem. 

 

-Chcesz wody?

 

-Może. 

 

Czy jest w tym wszystkim miejsce na muzykę? Może. Ale musi być leniwie. Z uśmiechem. Niezobowiązująco. Niezbyt skomplikowanie. Nieśpiesznie. Marzy mi się choć jedna chmura. Gdzie jesteś? Suzanne otwiera płytę. „Two Chord Wake”. 

 

- Sprawdzi się. Zostaw. Nie przełączaj. Fajne nawet. Takie naiwne. Ale ten gorąc... 

 

- Nie marudź. Jest fajnie. Cieplutko. 

 

„Never Heated”, czyżby? Perkusja. Oszczędność. Nic nie trzeba. Zostaw jak nie chcesz. 

 

- A może do wody?

 

- Może. 

 

-Ale ładne te gitary. Dobry wybór. 

 

Grzeje. Niemiłosiernie. Ale upał. Lepsze to niż. Zima. Brr. 

 

- Ja to się chyba. Zdrzemnę. 

 

- Ok.

 

 

▫︎ Marta Konieczna 

 


 

OM - Advaitic Songs

 


 

To album zdecydowanie wręcz parny. Cały osnuty jest dymem, ciężkimi wonnościami, pustynnym pyłem. Blisko i daleko wschodnie stylizacje muzyczne oraz odniesienia potęgują gorące skojarzenia. Melodie grane na instrumentach smyczkowych kryją w sobie dziwne, podzwrotnikowe zaklęcia. Flet i nagrane zawołania w nieznanych nam językach zdają się przywoływać duchy, przed którymi człowiek Zachodu obronić się nie potrafi. A rytmiczne odezwy tabli doskonale utrzymują trans, w który wprowadza nas otwierająca album mantra. Pobrzmiewający w tym wszystkim dron o złotej barwie brzmi tak, jak wygląda powietrze drgające nad rozgrzanym przedmiotem. I jeszcze te duszne szepty i wokalizy. Dziwna wyprawa od Bizancjum, przez Palestynę po Indie kojarzyć może się tylko z upałem. A świątynny chłód, bo sacrum przecież z krążka aż się wylewa, tylko przypomina o żarze poza mistycznymi murów.

 

 

▫︎ Filip Skirtun 

 


 

Bardo Pond - Lapsed

 


 

Tak, już od pierwszych taktów "Tommy Gun Angel" możemy jasno stwierdzić, że "Lapsed" to płyta niezmiernie gorąca, uderzająca ścianą dźwięku niczym niespodziewana duchota letniego ranka. Budzimy się i stwierdzamy, że jest za ciepło, żeby to znieść - z drugiej jednak strony przychodzi wizja tego, że mogło być właśnie -30°C, zamiast tego upału. Upału, który osacza nas z każdej strony i wyciska ostatnie krople wody z organizmu, który w desperackich spazmach próbuje się bronić i chłodzić.  Tylko w tym wypadku z wlasnej woli chcemy te krople wyciskać, tak, jak gdyby zależało nam na wyciśnięciu z siebie jak najwięcej! Zgoła odmienna, a zarazem bardzo podobna sytuacja – śmieszne, prawda?

 

Zagadkową sprawą jest, gdy zastanowimy się, jakim cudem możliwe jest, że Bardo Pond brzmi jak gdyby dziecko soczystej psychodelii, a zarazem ma bardzo profesjonalną produkcję. Niby schowane i rozmyte, ale jednak wysoce... wyraźne to może złe określenie, ale mające zdecydowanie wyraźne krawędzie, wokale. Ściana dźwięku, który, niby ucieka, a jednak jest tak wysoce ubrany w ramy i kształty. Wreszcie: ten bas, który... w zasadzie robi dokładnie to samo – jest kształtem, ale jako wycinek przestrzeni, a nie samodzielny byt. Absolutnie bezsprzecznie słychać, że nasi dzisiejsi bohaterowie odrobili swoją historyczną robotę: dzieci Spacemen 3 i kilku innych totalnych petard, co zresztą słyszy się od razu...

 

Jest to jedna z tych (kilku) kapel, o których nie napiszę wam żadnej śmiesznej biograficzno-rozrywkowej anegdoty - ale cóż z tego, skoro zaoszczędzony na jej czytaniu czas możecie przeznaczyć na przechodzenie przez kolejne fantastyczne, szpiczaste, obłąkańczo wypchane z płuc przez usta słowa, i przez te brzmiące miejscami zupełnie jak piła motorowa, gitary z "Pick My Brain" czy inne, pokraczne, krzywe, hałaśliwe, ale po prostu wciągające, motywy. Wahfest i stoner-shoegaze, tak należy żyć, prawdziwa rozkosz dla zmysłów.

 

 

▫︎ Karolina Kobielusz

 


 

Lizzy Mercier Descloux - Press color

 


 

Kobieta-ogień. Moja znajomość z jej twórczością zaczęła się od niewinnego zapętlania  „Slipped disc” i poznawania Rosy Yemen. Wystarczyło to bowiem, by zdać sobie sprawę, że mam do czynienia z artystką, dzięki której twórczości poznałam się na sile kobiecej wrażliwości i energii w muzyce,  bez których płaszczyzna sztuki byłaby znacznie uboższa. Zarówno energii, jak i wrażliwości absolutnie nie brakowało Lizzy. Miała jej w nadmiarze, czym zresztą emanowała i chętnie zarażała nimi swoich słuchaczy. Jej obecność na scenie new-wave'u i punku rozgrzewała niejedną wyobraźnię i wciąż do tego rozgrzewania inspiruje również innych. Bił od niej takiego rodzaju gorąc,  który spotęgowany przez francuski temperament może wedrzeć się do środka i oparzyć. Nawet gitarowe riffy i abstrakcyjne łamanie rytmów nie zdają się przynieść ukojenia - ba, dodatkowo zarażają i doprawdy zachwycają. Lizzy jest doskonałym przykładem uosobienia kobiecej charyzmy, której trudno się oprzeć. Trzeba posłuchać, aby przekonać się jakim głosem mówi gorąca zmysłowość w najczystszej, nieordynarnej postaci.

 

 

▫︎ Filip Preis



JASSS - Oral Couture

 



Gdzieś w głębokich czeluściach ziemskich odmętów, pośród tego, co piekielne, wciąż i wciąż rezonują dźwięki przepełnione niepokojem – taki obraz kreuje we mnie „Oral Couture”. Siarczystości wypełniają każdy moment, a buchnięcia gorąca coraz to bardziej pozbawiają możliwości normalnego funkcjonowania. Jak w transie przemieszczając się przez tę przestrzeń, zapominając o jakimkolwiek zdrowym rozsądku, pozwalamy obudzić w sobie najbardziej skrywane przez nas dzikie zachowania. To tak, jak w dantejskim Inferno – wchodząc jeszcze bardziej w dół napotykamy coraz to bardziej przerażające sceny. Nie ma w nas strachu – odczuwalne jest jakieś dziwne pożądanie i wciąż próbujemy doprowadzić się do jak najbardziej granicznych stanów. Tańce na rozżarzonych węglach, bezpośrednie spotkania z ognistymi językami, płonące iskry wpadające nam do oczu. Nic nam nie jest już straszne – my jesteśmy tym, kogo powinno się obawiać.