Interpretacje — NARODZINY

Interpetacje
Podobno muzyka zaczyna się tam, gdzie brak już słów na wyrażenie czegoś. Wychodzi więc na to, że muzyka jest słowom nadrzędna, a co gdyby tę sytuację odwrócić? W naszym cyklu INTERPRETACJE wrzucać będziemy wybrane przez siebie albumy na orbity mknące dookoła jednego, wybranego na dany tydzień hasła. Kierować będziemy się odczuciami, skojarzeniami, sami jeszcze zobaczymy czym. Cykl kontynuuje słowo-klucz NARODZINY. Zapraszamy do lektury!

 

 


 

︎ Karolina Kobielusz 

 

Vanessa Amara - „Manos”

 


 

Kilka lat temu w posh isolation narodził się nowy twór - Vanessa Amara, duet tworzony przez Birka Gjerlufsen Nielsena i Victora Kjellerup Juhla. Narodziny te można by interpretować jako zapoczątkowanie nowej ery wytwórni. Z krzyku, jazgotu i łoskotu wyłonił się przebłysk nagiej, nieskażonej melodii kruszącej serca swoją niewinnością i delikatnością, jak u dziecka. Za sprawą krystaliczności w połączeniu z melancholią, jaką Duńczycy nam serwują, udowodnili, że to odpowiednio dawkowany szum i fenomenalna harmonia mają największą siłę. 

 

Od tamtego momentu duet wraz ze swoją twórczością stale się rozwijał, dojrzewał - a efektem tego były coraz szlachetniejsze dzieła. Ostatnim z nich jest „Manos”, który, jak śmiem twierdzić, zupełnie wniknął w tkankę muzyczną, zawładnął nią swoją emocjonalnością. 

 

Czysto rezonujący ambient od początku przybiera różne postaci. Juhla i Nielsen doskonale wiedzą, kiedy w tle mają zadźwięczeć dzwonki, kiedy powinni musnąć klawiszy organów kościelnych, a kiedy prym mają przejąć syntetyczne smyki. Nawet stałe wzbogacanie repetycją, przenikającymi się loopami i wszelkimi zakłóceniami nie są tu efektami dźwiękowymi, a stanowią istotny instrument muzyczny. Vanessa Amara to przykład na to jak ładnie można się rozwijać i urzekać potęgującym się, przejmującym pięknem w najczystszej postaci. 

 


 

︎ Marta Konieczna

 

New Order - Movement

 


 

Jak byłam malutka i zasłuchana w Joy Division to nie moglam zrozumić jak Hook, Sumners i Morris mogli sobie tak po prostu założyć nowy zespół. Teraz jestem trochę mniej malutka i jest dla mnie jasne, że kreatywna siła potrafi przezwyciężyć najtrudniejsze nawet okoliczności życiowe. I za to bądźmy jej wdzięczni. Jest jednak wciąż całkiem frapujące jak z muzyki tak neurotycznej jaką słyszymy na pośmiertnym ,,Closer'', owa trójka przeszła do takiej potańcówki jaką słyszymy na ,,Power, Corruption and Lies''. W trzy lata zaledwie. Wspomniany album New Order jest najpopularniejszym ich dziełem, ale nie pierwszym przecież. Owy moment przejścia oraz narodzin nowego porządku ilustruje ,,Movement'' wydany w 1981 roku. 

 

Jest to album wciąż bardzo osadzony w estetyce post punku, gitara jest rozedrgana, synthy intensywnie ciemne. Różne efekty i ozdobniki przypominają raczej rozhulały wiatr niż kolorową wariację jak w późniejszych utworach. Wokal jest matowy, melodeklamuje częściej niż śpiewa a momentami łudząco przypomina Curtisa (,,Truth''!). Chociaż śpiewa Sumners. Gęsta basowa rytmika częściej jednak skacze, potrafi też zmienić schemat. Zamiast miarowych, transowych ósemek na jednym dźwięku, pojawiają się inne wartości rytmiczne, które układają się bardziej tanecznie. Ale są jednak utwory jak ,,The Him'', który zdaje się być drugą częścią do ,,Atmosphere''. Ale są jednak utwory jak ,,Dreams Never End'', otwierające całość w stylistyce, którą nasiąknie później cały synth pop lat osiemdziesiątych. Ponieważ ,,Movement'' to coś dokładnie pomiędzy. To zew by iść dalej, rwanie się do nowej estetyki. Lepka przeszłość trzyma jednak panów (oraz panią - Gillian Gilbert) w post punku. Od którego na dobrą sprawę już nigdy się nie odkleją.

 

 


︎ Patryk Wojciechowski

 

Ben Frost - Steel Wound

 


 

Nie wiem dlaczego, ale pierwszym, co przyszło mi do głowy był mój ulubiony album Bena Frosta czyli Steel Wound. Cóż ma to wspólnego z narodzinami spyta ktoś. Odpowiem, że nie wiem, ale z jakiegoś powodu jednak czuję, że chcę umieścić tu właśnie tę płytę. Oczywiście, Steel Wound to debiut Frosta więc pewna analogia od razu się nasuwa, ale nie o to tu idzie. Jest coś cudownego w badaniu możliwości instrumentu przy wykorzystaniu ograniczonych środków – taka muzyczna asceza często wpisana jest w projekty, które stają się dla mnie potem kultowymi. Steel Wound kocham za wyjątkową aurę  i jej medytacyjną progresje. W poprzednie wakacje płynąłem promem do Szwecji i rozłożony na leżaku na czubie pokładu miałem przed sobą tylko bezkresne morze i Steel Wound na słuchawkach. Okazało się, że najwyraźniej odkryłem tę płytę pare lat wcześniej właśnie po to by uświetnić ten moment jej dźwiękami. Do dziś powoduje ona we mnie instant nirwane. You, Me And The End Of Everything – koniec jest początkiem, reszte sami znacie.

 

 


 

︎ Filip Skirtun

 

Tangerine Dream – Zeit

 


 

Nie jest to debiut (więc na pewno nie są to narodziny Tangerine Dream), ale mamy tutaj „Birth of Liquid Plejades” oraz „Origin of Supernatural Probabilities” – przyznacie chyba, że jest to rzecz mocno „powstaniowa”, czyli, metaforycznie, mocno narodzinowa. Wyśmienity (a naprawdę niedoceniany, moim zdaniem) album, który jeszcze nie jest przedstawicielem szkoły berlińskiej opartej na sekwencerach i intrygujących, przeplatanych pasażach. Zamiast tego zespół prezentuje rozciągnięte w czasie brzmienia – konceptualnie coś w stylu Time Machines, jak być może wiecie, było to odłam od Coila – elektroniki, organów, oraz, na „Birth of Liquid Plejades” (otwieraczu płyty) kwartetu smyczkowego – ale nie takiego, jak to pobrzmiewało u Bartóka czy podobnych, nie, to raczej kwartet ciężki, niczym prom kosmiczny przebijający próżnię. W sumie partie organowe przywodzą (ale to raczej nie informacja o inspiracji, bo akurat ww. dalej dzieło wyszło dopiero w 2001 roku) na myśl eksperymentalne „Sun Blindness Music” Johna Cale’a. A co poza „narodzinami ciekłych plejad”? Inne hałasy, przetworzony wibrafon… I VCS3. Krótko mówiąc: masa świetnej elektroniki vintage, w sumie na poziomie wczesnego Clustera, zresztą, kopie podobno mocno jak on, nawet dzisiaj.

W sumie to ciężko o trafniejszy tytuł, niż właśnie „Zeit” – chyba głównie o czasie się myśli, przy tym kosmozejściu na skalę najlepszych, największych dronów. A to przecież dopiero początek z punkt historycznego.

 

 

 

 
GRAFIKA:

Sandra Sygur