Interpretacje — PĘD

Interpetacje
Podobno muzyka zaczyna się tam, gdzie brak już słów na wyrażenie czegoś. Wychodzi więc na to, że muzyka jest słowom nadrzędna, a co gdyby tę sytuację odwrócić? W naszym cyklu INTERPRETACJE wrzucać będziemy wybrane przez siebie albumy na orbity mknące dookoła jednego, wybranego na dany tydzień hasła. Kierować będziemy się odczuciami, skojarzeniami, sami jeszcze zobaczymy czym. Cykl kontynuuje słowo-klucz PĘD. Zapraszamy do lektury!

 

Patryk Wojciechowski

 


 

SND - Atavism

 


 

SND to duet utworzony przez Marka Fella i Mata Steela. Ich muzykę najłatwiej wrzucić w szufladkę z tytułem glitch lub IDM. W którychś interpretacjach pisałem o płycie Marka Fella i Gábor Lázára, Atavism jest albumem, który osadzony jest w bardzo podobnej stylistyce. Podobnej ale jednak nie takiej samej, to właśnie te różnice sprawiają, że zdecydowałem się opisać ten album w ramach dzisiejszego wydania interpretacji. Tym co w znacznym stopniu różni te albumy jest bowiem obecność loopów perkusyjnych. Album Atavism opiera się w dużej mierze na kreowaniu przeróżnych rytmów, które są ze sobą zderzane, tworząc pozornie chaotyczną mieszankę. Piszę pozornie ponieważ wystarczy wsłuchać się tylko w kilka taktów aby zrozumieć zamysł autorów i poczuć ten specyficzny vibe. Nie jest to album, który sprawdzi się w momencie gdy mamy ochotę posłuchać czegoś przyjemnego. Tym utworom trzeba poświęcić sporo uwagi, ale kiedy to już zrobimy, możemy w zamian liczyć na bardzo ciekawe doznania. Jest to również dużo bardziej udana próba wykorzystania takich brzmień do stworzenia czegoś ocierającego się o muzykę taneczną niż tegoroczne Unfold wspomnianego Gábor Lázára, które zawodzi swoją selekcją dźwięków i prostotą rytmiczną. 

 

 

Marta Konieczna

 


 

Blanck Mass - Dumb Flesh

 


 

Album ten nie od pędu wcale się zaczyna. Otwierający „Loam” jest gęsty i ociężały. Nagle jednak dokonuje się swoista dekonstrukcja muzyki, a jej poszatkowane fragmenty urywają się zupełnie niepodziewane. I przechodzą w kolejny utwór. I tak juz będzie cały czas. Szybkie, potłuczone, posklejane, ledwo trzymające się siebie fragmenty zestawione z lepkimi, zadyszanymi deformacjami. Nie zawsze jest szybko. Co prawda,kiedy już szybko jest, to prawie nie można sie połapać na tym, co dzieje się w tej muzyce. Tak bardzo ona miga, przemyka, ucieka, no właśnie, pędzi. Ale przecież pęd, nawet ze wzoru, to nie sama prędkość, ale też masa. A ta druga jest naprawdę spora, złożona z całej palety glitchów, perkusyjnych pulsów, kwaśnych i metalowych brzmień. Bywa też ciężko przebrnąć przez całość zachowawszy świeżość umysłu. Przynajmniej ja tak mam, wrzucona w ten mieniący się wir, mam wrażenie, ze tylko obijam co rusz o coś głową, że coś odpycha mnie, zderza się ze mną i nieustannie zmienia trajektorię mojej percepcji. Pęd przecież najwyraźniej istnieje w momencie zderzeń ciał. Na „Dumb Flesh” cały czas dochodzi do kolizji, które kończą się fantastycznymi eksplozjami.

 

 

Filip Skirtun

 


 

Crimetime Orchestra - Life Is a Beautiful Monster

 


 

Eksperymentalny, eklektyczny bigband, w którym zmiany pędzą za kolejnymi zmianami, po pewnym czasie już gigantycznie, bezwładnie, niczym wielki parowóz ze zdezelowanymi hamulcami.

 

Idea goni ideę, jak gdyby w szaleńczym berku, gdzie każda z nich próbuje nie dotknąć poprzedniej. Tak, trzeba przyznać, że od czasów "Bitches Brew" i "Sonata for Souls Loved by Nature" przeszliśmy długą drogę do sensownego przetwarzania tychże pomysłów i tak energicznej estetyki. Wreszcie można (było, wszak płytka nie jest już najnowsza) stwierdzić, że mówi się nadal coś nowego - oczywiście, nie mówimy o słowach, wszak tu mówią tembry, rytmika, niespętana niczym melodyka i spore skoki dynamiki. 

 

Muzyka z wieloma twarzami? Trochę schizofrenia, ale czemu nie!

 

 

Filip Preis

 


 

Karen Gwyer – Rembo

 


 

Ten album zawsze porywa mnie, jak żaden inny. Niezwykła charyzma Karen Gwyer przelana została na osiem kompozycji muzycznych, które są jak małe ogniska energii. Obfitość i gęstość dźwięków może wydawać się przytłaczająca – jednak w tym przypadku tak nie jest. Rytmiczna konstrukcja wzbogacona wieloma dodatkowymi elementami dźwiękowymi jest jak wielobarwny bukiet wrażeń sonicznych, które otumania swą jaskrawością. Tutaj nie ma miejsca na oddech -  tu wciąż jest coś, co ciągnie i nie pozwala się zatrzymać. A potem tylko się kręci w głowie. Lecz wtedy to już w sumie wszystko jedno, bo już się jest między jednym, a drugim skokiem, zaczynając kolejny piruet. 
Grafika:

SANDRA SYGUR