Interpretacje — SŁODYCZ

Interpetacje
Podobno muzyka zaczyna się tam, gdzie brak już słów na wyrażenie czegoś. Wychodzi więc na to, że muzyka jest słowom nadrzędna, a co gdyby tę sytuację odwrócić? W naszym cyklu INTERPRETACJE wrzucać będziemy wybrane przez siebie albumy na orbity mknące dookoła jednego, wybranego na dany tydzień hasła. Kierować będziemy się odczuciami, skojarzeniami, sami jeszcze zobaczymy czym. Cykl kontynuuje słowo-klucz SŁODYCZ. Zapraszamy do lektury!

 

 


︎ Karolina Kobielusz
 
 Holy Motors - Slow Sundown
 
 
 

Dream pop zawsze kojarzył mi się z gitarowymi pasażami osnutymi rozmytym, atmosferycznym wręcz wokalem, co z zasady świadczyło o jego uduchowionym obliczu. Swoista wzniosłość gatunku, dzięki albumowi grupy Holy Motors, zyskuje jednak zupełnie inny wymiar; daje ponieść się szlachetnej metaforze, zostawiając za sobą posmak świeżej i niezwykle przyjemnej w dźwiękowej konsumpcji -  słodyczy. Słodyczy czerwieni widniejącej na okładce; słodyczy urody wokalistki; słodyczy tajemniczości jej głosu, którym tka nieskończenie smutne opowieści; słodyczy przesterowanych gitar; słodyczy dotąd nieznanego mi estońskiego czaru; słodyczy marzenia sennego, którym album dodatkowo wydaje się być; słodyczy jego melancholii; i co najważniejsze -  słodyczy młodości. Młodości, której hołduję, bo wiem, że wnosi ona do muzycznego światka wiele niesponiewieranej wrażliwości w najczystszej postaci. W postaci, której słodycz pamięta się do końca życia. 

 

 



︎ Patryk Wojciechowski

 

Rustie – Glass Swords 

 

 


 

Parę lat temu, kiedy dubstep miał już za sobą pierwszą fazę społecznej fascynacji nastąpiło coś, co dało chwilę chwały kilkunastu producentom i producentkom oferującym cukierkowe brzmienia. Ten nowy gatunek muzyczny przeszedł klasyczny proces komercjalizacji i przez to coś, co jeszcze niedawno było awangardą nawet w niektórych klubach stało się muzyką z reklam. Różni wykonawcy przyjęli różne strategie i niekażdy postanowił gonić króliczka. Rustie to postać, która figurowała w świadomości słuchaczy śledzących brzmienia muzyki z UK od dłuższego czasu. Jego kreatywne EPki i remix wykonywane dla bardziej znanych artystów pozwalały mu stopniowo zwiększać grono odbiorców. Momentem przełomowym i zarazem szczytowym punktem jego kariery było wypuszczenie albumu Glass Swords, który był ciekawą mieszanką przeszłych i ówczesnych trendów. 

 

I choć dziś, gdy odświeżam sobie ten album trudno nie przyznać, że niektóre rozwiązania się przestarzały, to nadal jest to pozycja warta nadrobienia, która sprawdzi się w kilku okolicznościach. Cukierkowość jest tu trzymana w ryzach, nie jest to typowe grzeczne i przesłodzone granie. Rustie postanowił zaczerpnąć ciut z UKFowych szlagierów, ale przefiltrował to przez swoje fascynacje i charakterystyczne dla niego rozwiązania. W efekcie dostaliśmy album emanujący szczerością i spontanicznością twórcy. Swoją drogą, niektóre utwory umiejętnie wykorzystane nadal byłyby się w stanie obronić w jakimś post-clubowym secie. Zresztą, przekonajcie się sami. 

 

 


︎Marta Konieczna 

 

Earth - The Bees Made Honey in the Lion's Skull

 

 


 

Nie sądzę, aby mój dzisiejszy interpretacyjny wybór był wyjątkowo odkrywczy, to dobrze znany Wam album. Jeśli jednak skojarzenie jest tak silne, wręcz synestezyjnie namacalne, to może odrobina oczywistości nie będzie aż taka zła? The Bees Made Honey in the Lion's Skull wszak już w samym tytule zawiera dozę słodyczy. To, jak wydawnictwo brzmi od strony muzycznej nasuwa wręcz podejrzenia o swoistą programowość działa. Bo miodowe skojarzenia idą o wiele dalej.

 

Przede wszystkim jest to też najbardziej ,,letni'' album w moim odczuciu. Emanuje jakimś takim leniwym gorącem. Jest jak drzemka w sierpniowe popołudnie, drzemka jak najbardziej słodka. Spokojnie sunące dźwięki, niespiesznie pojawiające się i równie powoli niknące, mieszają się w pogłosach i delay'ach. Dla moich uszu jest to efekt podobny do tych czerwonych łun, które zostają nam pod powiekami, gdy patrzymy przez nie w słońce. Gryczane i wielokwiatowe powidoki. Gdyż właśnie ta smaczna ociężałość, o której pisałam jest tak gęsta i lepka, że nie sposób nie pomyśleć o miodowej konsystencji. O tym, jak przelewa się w coraz cieńszą, ale niechcącą się przerwać stróżkę złotej słodkości pełnej refleksów wzbogacających jej barwę a może nawet i smak. Muzycznie odwzorowują je najwyższe, śpiewne tony mieniące się na powierzchni harmonicznych konstrukcji. Akordy rozłożone na pasaże krystalizują się w cukier, stopniowo i ospale, aż wybrzmią wszystkie ich składniki. Miarowe melodie przyklejają się do aranżacji i do ucha, brzmią tam jeszcze długo.

 

Dość intryguje też fakt, że tak słodki wymiar brzmieniowy wydobywa się z muzyki określanej jako drone metal. The Bees... zdecydowanie wyróżnia się na tle dyskografii grupy Earth jak i różnych jej wcieleń. Zachowuje jednak rdzeń ich twórczości - dron dudni i pulsuje cały czas. I w żadnym wypadku nie staje się przysłowiową łyżką dziegciu. 

 

 


︎Filip Preis

 

Haruomi Hosono – Watering A Flower

 

 


 

Słodycz i piękno w prostocie – tym określeniem podsumowałbym „Watering A Flower” Haruomi Hosono. Ta kaseta japońskiego producenta wydana w 1984 roku sama w sobie wiele nie zawiera pod względem budowy utworów, jednak to właśnie w tym wszystkim jest najlepsze. Delikatne, kojące syntezatory przywodzą na myśl najsłodsze chwile w życiu, pełne beztroski i wewnętrznego spokoju, a także dystansu do rzeczywistości. Dźwięki zawarte na „Watering A Flower” mogą wydawać się w pewien sposób naiwne, trochę infantylne, nieporadne – jednak właśnie tutaj kryje się ich urok. Ambientowe kompozycje Hosono są małą przyjemnością, która porywa słuchacza w słodki świat wspomnień i rozpływa go w marzeniach. Ta pozorna błahostka zawiera w sobie o wiele więcej, niż można się po niej spodziewać, bo w sobie zawiera chyba najbardziej sielskie i subtelne dźwięki syntezatorów, z jakimi przyszło mi się skonfrontować.

 

 


︎Filip Skirtun

 

High Rise - Live

 

 


 

Asahito Nanjo - High Rise, Musica Transonic, Mainliner - co mają wspólnego? Wszystkie z nich są swoistą wariacją na temat japońskich noisowo-psychodeliczno-punkowych odlotów. High Rise mocno 'do przodu', Mainliner - przekwaszony na śmierć, zaś Musica Transonic połamana, krzywa, poszarpana. Pominąłem chyba jednak najważniejsze: wszystkie z nich są, czy to pokracznie czy nie, pełne skrzywionej słodyczy i radości.

 

Pochylmy się nad High Rise - "Live" z 1994 roku. Ostro przycięte brzmienie basu Nanjo i Munehiro Narita na "Motor Cycle Guitar", do tego całość jest cholernie mocno skompresowana! W przeciwieństwie do Mainlinera, który raczej kojarzy mi się z leżeniem do góry brzuchem (cierpiąc katusze, ale w pewien wyrafinowany sposób) po opchaniu się pizzą, High Rise widzi mi się jako ekwiwalent wcinania dużej góry cukierków, albo wielkiej tabliczki czekolady naraz. Przepchany cukrem (ale cukrem jako nośnikiem energii, nieodłącznie jednak z cukrem łączy się cukrowa słodycz) improwizowany materiał, brzmiący jak psychodeliczny punk, który jednak... rzekomo wcale nie ma być 'trzy-akordowym punkiem'. Jak wypowiadał się sam Nanjo w wywiadzie dla Alana Cummingsa "High Rise jest w rzeczywistości zespołem koncepcyjnym, po prostu przypadkiem brzmi jak punk. Czyli w sumie nie ma w tym niczego złego, jeżeli słyszysz go jako nagazowany hardcore punk." Tłumacząc dalej - konceptem zespołu jest "nie pisać utworów", albo inaczej "to, co robimy, to nie komponowanie, tylko rujnowanie kompozycji". Kontynuując jednak anegdotę smakową: jest to coś w stylu moich małych odkryć kawowych, dla sytuacji, w których nagle kawa smakuje jak wiele różnych, słodkich rzeczy. Teoretycznie moglibyśmy zjeść TO COŚ innego, ale w zasadzie sam fakt pokrywania się smaków (ale tak bardziej przy okazji) facynuje nas na tyle, że chcemy pić, zamiast jeść to coś, co się nam z tym kojarzy. Tu jest podobnie: niby 'brzmi to trochę jak coś-tam’, ale autorskie podejście Nanjo, Yuro Ujiie (na perkusji) i Narity jest na tyle czarujące i, no, (po prostu!) słodkie, że aż się nie chce wyłączać. Jeśli nie zagryzacie Fushitsushy na śniadanie, popijając japanoisem, albo wręcz was odstręcza, to może właśnie przez High Rise uda wam się wskoczyć w temat. Kupa radochy i niczym nieskrępowanego obżerania się cukrem!

 

Swoją drogą: nazwa kapeli mogłaby sugerować ćpanie, ale jak tłumaczył sam Nanjo jest ona wzięta z książki J. G. Ballarda, zaś początkowo na tytuły brano różne wycinki slangu narkotykowego, żeby... naświetlić fakt, iż wielu świetnych muzyków przez dragi miało okazję zejść. Postanowili więc postawić się w taki sposób! Żeby było zabawniej: zarówno tutaj, jak i przy Mainlinerze (którego nazwa jest właśnie podobnego pochodzenia) udzielają się muzycy, którzy nie piją ani nie ćpają. Osobiście jestem zupełnie oszołomiony faktem, że taka kadra robi najlepszy psych!
 
Grafika:

SANDRA SYGUR