Laurel Halo i jej dziwna tajemnica

Artykuły
Kilka lat temu, przemierzałem różne zakątki Internetu w poszukiwaniu nowych, ciekawych brzmień. Po wielu niesatysfakcjonujących spotkaniach z różnoraką muzyką natrafiłem na EPkę zatytułowaną „In Situ” producentki muzycznej Laurel Halo. Jej pseudonim wydawał się niezwykle enigmatyczny i przyciągający. I taka również była muzyka zawarta na „In Situ” – wtedy jednak tego nie rozumiałem. Pierwsza styczność była niepowodzeniem, meandrująca kakofonia dźwięków w jakiś sposób mnie odrzuciła. Jednak coś nie pozwoliło mi tak łatwo uciec od Laurel Chartrow i jej dziwnej tajemnicy, którą nosiła w swej twórczości.

 

Zacząłem tę tajemnicę powoli odkrywać. Po spotkaniu się z EPką „Behind The Green Door” poznałem taneczne oblicze Laurel – nie wiedziałem jednak, że w zanadrzu ma o wiele więcej. Eksplorując biblioteki Hyperdub natrafiłem na pierwszy pozycję wydaną przez Chartrow pod skrzydłami wytwórni założonej przez Kode9 – była to „Quarantine” z 2012 roku. Ta płyta działa trochę na zasadzie wymiany energii i emocji – następuje ciągła interakcja między muzyką, a słuchaczem, często zaznaczająca swoją specyficzną „fizyczność”. Te ambient-popowe kompozycje wciągają w jakiś dziwny cyber-świat, którego wrażenie jest podkręcone poprzez chłodny, zniekształcony głos Laurel. Ta cała odrealniona aura zrodziła się z pewnością na kasecie wydanej przez Laurel w 2011 roku w wytwórni NNA Tapes. „Antenna”, bo tak nazywa się ten zbiór utworów, majaczy między space ambientem i drone’owymi sekwencjami – dryfowanie w miejscu pozbawionym czasu poza granicami realności – tak podsumowałbym tę kasetę. Tu zaczęła kreować się sylwetka Laurel jako producentki nie znającej granic w tworzeniu rzeczy nietuzinkowych.

 

 

Kolejna odsłona Chartrow, już w pełni taneczna, pojawia się rok po debiucie w Hyperdubie. „Chances of Rain” z 2013 roku. Rytmiczne, jednak wciąż z wyraźnymi elementami jej abstrakcyjnego myślenia na temat produkcji muzycznej kompozycje mkną, pozostawiając za sobą uczucie niespotykanej świeżości, które ściśle związane jest z nowatorską myślą artystyczną Laurel. Mnogości warstw i doznań, wielość partii perkusyjnych i sekwencji elektronicznych tylko zapowiadało to, co w Laurel siedziało i z pewnością dalej siedzi.

 

Przyszedł rok 2017 i przyniósł ze sobą „Dust” – jeden z najlepszych, zeszłorocznych albumów. To właśnie na tym albumie wizja Laurel lśni najbardziej. Kakofonia i abstrakcja spotykały się z melodyjnością i wrażliwością na najmniejsze szczegóły. Znaleziony został złoty środek – nie ma tutaj kompromisów. To (tak, jak na „Quarantine”) wymiana wrażeń, działanie na zasadzie współpracy.

 

 

Laurel Halo ma swej twórczości jakąś dziwną, niewytłumaczalną możliwość hipnotyzowania. Może to charyzma, może doskonałe umiejętności producenckie, a może to suma inspiracji wylanych na jej muzykę (wszelakiej elektroniki wymieszanej z jazzem, psychodelicznym rockiem i muzyki klasycznej). Cieszę się, że przy pierwszym spotkaniu z „In Situ” nie potraktowałem twórczości Laurel powierzchownie. Odkryłem w niej więcej, niż w niejednym współczesnym producencie lub współczesnej producentce muzyki elektronicznej. Warto wybrać się w taką muzyczną podróż z Laurel Halo – może dostrzeżecie w jej muzyce o wiele więcej, niż ja?
Autor:

Filip Preis