Trzaska & Vandermark – bractwo dęciaków

Relacje
Trzy saksofony, dwa klarnety, dwoje mężczyzn. Intrygujące spotkanie (choć, oczywiście, nie pierwsze) Mikołaja Trzaski i Kena Vandermarka odbywało się raz to w białym kole światła z projektora, a momentami w skąpym świetle reflektorów.

 

Gdańska Kolonia Artystów, położona w środku Wrzeszcza, powoli zapełniała się ludźmi, aż ostatecznie, tuż przed rozpoczęciem koncertu, zebrał się niemały tłum. Co ciekawe: koncert nie miał żadnego sensownego pokrycia medialnego, wszak został zapowiedziany kilka dni wcześniej, przed koncertem trio Vandermark / Tokar / Kugel w IKM-ie. Tutaj maleńka dygresja: portal trojmiasto.pl odmówił napisania nawet krótkiej notki i promowania ww. wydarzenia, nazywając je... "zbyt niszowym" (!). Przypominam, że mowa tu o koncercie w instytucji zwanej Instytutem Kultury Miejskiej... Zupełnie skandaliczna i naganna sprawa. Tym bardziej jednak interesuje fakt, że frekwencja w KA - na koncercie z małym pokryciem w Internecie, właściwie brakiem reklamy i realizowanym ze środków własnych - była naprawdę przyzwoita. Z drugiej strony: może jednak nic dziwnego, wszak koncert duetu muzyków tej klasy, na dodatek praktycznie z samymi dęciakami to niespotykana sprawa. Co jeszcze ważniejsze: świetne, kameralne wnętrze KA idealnie nadaje się do takich wydarzeń. Przy okazji była to świetna okazja do zweryfikowania akustyki obiektu, który, zresztą, Vandermark nawet w pewnym momencie zmolestował, wykorzystując rezonanse pomieszczenia... ale zacznijmy od początku. A ten, wierzcie mi, był naprawdę ostry, jak żyletki.

Duet zagrał siedem kompozycji, czy to improwizowanych, czy nie - nie mam pojęcia!

Cudowna kombinacja tenoru Vandermarka i klarnetu basowego Trzaski naprawdę przeszywa do szpiku kości, podobnie zresztą pierwszy z utworów, gdzie mieliśmy do czynienia dla odmiany z klarnetem Kena oraz   - chyba, wszak nadal uczę się odróżniać wizualnie - altem Mikołaja. Kończąc tenże utwór mieliśmy w powietrzu wręcz chmary pszczół - aż tak fantastycznych efektów się nie spodziewałem! Oczywiście, zawsze aktualne i mięsiste brzmienie barytonu (ach, nie mogę się nim nacieszyć) też dostało swoje pięć minut. Właśnie: okrutnie brzydka i piękna zarazem modulacja na tymże, bardzo rytmiczna, jak gdyby niosąca nową estetykę -   tak, to było coś.

Z innej beczki: ciekawe jak daleko leci tort, na którym obaj panowie zdmuchują świeczki jednocześnie? A, tak: uderzające było jeszcze unisono, w które w pewnym momencie uderzyli obojga panowie - monstrualna siła, niczym obietnica... nie, to raczej namacalny dowód, że muzyką można wiele zmienić. Może duet Trzaska & Vandermark mógłby podmuchem przepędzać chmury?

Tak, właśnie - przyznam, że po koncercie ewidentnie doszło do zmiany w pogodzie: po opuszczeniu KA ewidentnie zrobiło się cieplej, niż przedtem. Przepraszam was, że tak mało konkretów o samej muzyce, ale, cóż: tego typu zderzenia są po prostu zupełnie nieuchwytne, nawet dla mikrofonów.

 

A co po koncercie? Vandermark i Trzaska pogodni, otwarci na dyskusję, ewidentnie nadal emocjonalnie zaangażowani w całe wydarzenie, KA także nadal zapełnione rozmowami i świetną atmosferą.

 

Słowem podsumowania: chodźcie na koncerty z dęciakami, bo te pod nieobecność nagłośnienia są w stanie równać z ziemią góry i wyżyny. Piękny koncert, piękne brzmienia, piękne emocje. Cóż, nic, tylko chcieć więcej. Zamykając, postawmy się okrakiem do piewców "trudnej muzyki" i stwierdźmy, że jest inaczej: to była muzyka, której jeszcze nie słyszeliście, a która jedynie was zaprasza... ale nic na siłę. Czemuż by jednak nie przyjąć zaproszenia?

Autor:

Filip Skirtun


Credits:

Kolonia Artystów