Wszystkie odcienie Nilsa

Relacje

Przypominam sobie swoje zaskoczenie w 2015 roku: pamiętam, że wtedy jeszcze Molvaera nie znałem, jednakowoż grał jednego dnia z Marciem Ribotem, więc - starym dobrym zwyczajem - padło mentalne "w sumie, czemu nie!". Norweski muzyk, wtedy jeżdżący z trasą wokół płyty Switch zupełnie niespodziewanie wciągnął mnie do świata swych subtelności wymieszanych z ambientującym, nu-jazzowo-rockującym brzmieniem. Ot - dałem się wciągnąć, toteż na niedawny koncert czekałem ze swoistym zainteresowaniem - tym bardziej, że czułem nosem, tym swoim nosem, mającym już nosa do takich spraw, że Buoyancy ma potencjał koncertowy. Jak zwykle punktualnie rozpoczęty koncert - trzeci w tej edycji Jazz Jantaru - poprzedzony był krótkim wstępem.

Dla zainteresowanych: wcześniej Nils gościł w Żaku choćby w roku 2001, kiedy - słowami organizatorki - wręcz zainspirował zmiany w charakterze festiwalu. Powiedzmy sobie jednak szczerze: scena nie wyglądała zupełnie jak na koncercie jazzowym!
Trzy solidne piece Fendera - dla Geira Sundstøla i Jo Bergera Myhre, cała moc perkuskonaliów Erlanda Dahlena.
Dodajmy także, że zestawu efektów Geira spokojnie nie powstydziłaby się kapela szugejzowa! Spowici czerwienią muzycy niespiesznie rozpoczęli koncert. Myhre roztaczał tajemniczą aurę, smagając struny swego basu o otwartym pudle smyczkiem, a potem...


Wybaczcie mi, że nie opiszę wam tego koncertu na zasadzie "zaczęto utworem X, potem świetne Y, etc...". Dlaczego? Choćby dlatego, że całość była zupełnie zamierzenie wyreżyserowana jako jedna spójna całość. Nie było przerw i fragmentacji, to znaczy - utwory niby miały klamrową kompozycję, jednak wszystko płynęło jednym nurtem, bez przerw. Super klimat, świetna wczuwka - przyznam, że dobre półtorej godziny zleciało mi zupełnie niezauważenie! Mój nos nie pomylił się w kwestii oceny materiału. Jeśli rzeczywiście mieliśmy do czynienia z Buoyancy, to z Buoyancy prawdziwie na żywo. Było w tej muzyce sporo afrykańskiego transu, ale i ognia, takiego trywialnego, rockowego drajwu. Życie i wszystkie soki buzujące na scenie.
Tak, właśnie to chyba to było dla mnie największym szokiem - to był Molvaer frenetyczny, gorący, nawet gryzący w uszy.
Czuło się znakomite zgranie składu - spojrzenia wymieniane przez członków i kilka ciekawych uśmiechów w trakcie solówek, mówi to samo za siebie.

W paru miejscach Geir chwyta za sześciostrunówkę, zamiast siedzieć za lap steelami - w tej roli czuć jego avant-bluesowe zainteresowania (kto znał solówki Geira, ten czuł się jak w domu), a miejscami razem z Myhrem (także wtedy na elektryku, rezygnując z basu elektrycznego) tworzyli świetną, rytmiczną ścianę, przyszła mi wtedy na myśl nasza rodzima Alameda 5 - bardzo podobna koncepcja grania, acz myślę, że osiągnięta z innych korzeni. Tak czy siak - super! Wszystko to w towarzystwie cholernie grubych i gęstych filli Dahlena. Piątka z plus za transuchę!
Dorzućmy do tego żyletki z trąbki Nilsa i muszę przyznać - tak, to zdecydowanie było to! Właśnie, zaniedbałem trochę tytularnego artystę. Uwierzcie mi: zliczenie kolorów Nilsa to rzecz iście skomplikowana.
Myślę, że po prostu - jak zresztą reszta osobistości na scenie - składa się on z liczb rzeczywistych, toteż z liczeniem jest ciężko.
Iście aylerowskiej ostrości - podkreślam! - wybuchy Molvaera były jednak, co chyba nie dziwi, bardzo precyzyjnie aplikowane i nie przesycone efekciarstwem. Przetwarzanie było wykorzystane bardzo smakowicie i z pomysłem, za co spore brawa!
Bardzo podobały mi się zmiany kolorystyki: dobranej do utworu i w jego obrębie głównie statycznej. Kilka ostrych rockerów, parę wręcz post-rockowych kreszend i świetny kawałek dubowy - tak widzę tablicę wyników po wczoraj. Fantastyczne nagłośnienie (na całe szczęście) nie przeszkadzało w podziwianiu wyczynów tego znakomicie zgranego kwartetu.

Otóż, właśnie, bo trzeba na to zwrócić uwagę: nie jest to Nils z okresu Khmeru. Jest to projekt czworga fantastycznych muzyków, markowany dużym nazwiskiem, gdzie jednak każdy - co widać już szczególnie na żywo - ma sporo do powiedzenia.
Głupotą jest wszak nakładać wyśmienitym muzykom kajdany, to się mści. Hm, wyszło chyba troszkę hurra-optymistycznie, ale nic nie poradzę: tegoroczny Molvaer zrobił na mnie świetne wrażenie, nawet, co przyznaję zdecydowanie z ciężkim sercem, lepsze, niż te trzy pamiętne lata temu. Oby tak dalej!

Zwierza się:

Filip Skirtun