Na bliziutkim drugim miejscu w mym sercu drgają dźwięki.

zdjęcia Filip Preis / materiały do scenografii Pogodne.pl

Kocham zapachy. Kocham je wszystkie razem, kocham każdy z osobna, kocham smrody i dziwactwa. Kocham i cenię luksusowe perfumy na równi z zapachem heblowanej deski lub szlamu nad jeziorem, a żadnego zapachu nie kocham tak bardzo jak tego z czubka głowy mojego psa, kiedy wróci ze spaceru w chłodny dzień. Kocham to, że ewolucja ofiarowała nam abstrakcyjny zmysł, który wszystkim w ten sam sposób ułatwia funkcjonowanie, a jest tak osobisty i dla każdej_go z nas intymny, że nie sposób porównywać idących z nim wrażeń. Kocham to, że im więcej wącham, tym więcej czuję, a im więcej czuję, tym więcej rozumiem.

Jeśli da się wskazać jedną rzecz najważniejszą dla rozmowy o tak tajemniczym aspekcie życia jakim jest węch, to jest nią właśnie to, jak skrajnie indywidualnie odbieramy i interpretujemy bodźce zapachowe. Jest to zależne od przebytej dotychczas osobistej “podróży”, ale też wielu przyziemnych zmiennych powiązanych z naszą kondycją cielesną, czy zwyczajnie nastrojem lub kaprysem.

Bodźce olfaktoryczne wpływają na nas świadomie i nieświadomie w każdym momencie oddechu, a więc życia, dosłownie infiltrując nasze ciała i “mapując” powiązane z nimi emocje, wspomnienia i kody kulturowe. Co to znaczy? Że każda osoba obdarzona sprawnym aparatem węchowym nosi pod czaszką swoje prywatne wonno-uczuciowe uniwersum, nie do końca uświadomione i nieporównywalne z żadnym innym. 

Nigdy nie przestanie mnie to oszałamiać. 

Na bliziutkim drugim miejscu w mym sercu drgają dźwięki. Lwią część życia poświęciłam muzyce i wykonywaniu jej. Dokładniej to śpiew wyraża mnie w sposób intymny i kompletny. W drugą stronę nic nie wzrusza mną tak szybko i gwałtownie jak przejmujący śpiew drugiej osoby, a już w sposób gwałtowny wpływają na mnie śpiewy chóralne. Gdy się nad tym zastanowić, lustrzanie do penetrujących nas woni, głos jest osobistym sygnałem; falą, która wydobywa się z nas za sprawą oddechu; intymną wibracją przeznaczoną dla innych, umożliwiającą nam komunikację, a tym samym porozumienie i współistnienie.  W tym podniosłym sensorycznie tonie, zapraszam Was na krótki spacer po wspólnych terytoriach dwóch zmysłów.

Mogę się mylić, ale myślę że każda osoba ma jakiś utwór, dźwięk, harmonię lub frekwencję, która w sekundę wywołuje w niej lawinę emocji, przenosi we wspomnienia, stymuluje lub wycisza. Tak jak mój wcześniej wspomniany śpiew chóralny i niewspomniane techno, najskuteczniejsza stymulacja do wysiłku fizycznego. Taki sam potencjał mają cząsteczki zapachowe, z tym że przez naszą anatomiczną budowę trafiają do nas znacznie szybciej niż dźwięki. W mojej pracy obserwuję często nagłe i skrajnie emocjonalne reakcje na zaskakujące nuty zapachowe, rozumiem więc dlaczego zachodnia nauka zaczyna nieśmiało korzystać z tego mechanizmu i odzyskiwać utraconą pamięć poprzez stymulację węchową. Zaproponowałam kiedyś tworzącemu perfumy, z moją pomocą, panu liść czarnej porzeczki, jako zwieńczenie pięknej kompozycji. Nie mówiąc co to za zapach podsunęłam mu korek pod nos. Wywołało to reakcję tak gwałtownie negatywną, a dla niego wręcz bolesną, że oboje zszokowani, musieliśmy zrobić przerwę, aby mógł ochłonąć i opowiedzieć mi o przykrych wspomnieniach z dzieciństwa, które aromat liści porzeczki w ułamku chwili wydobył z głębokich odmętów jego świadomości. 

Bodźce olfaktoryczne wpływają na nas świadomie i nieświadomie w każdym momencie oddechu, a więc życia, dosłownie infiltrując nasze ciała i “mapując” powiązane z nimi emocje, wspomnienia i kody kulturowe.

Nieśmiała i troszkę zagubiona w meandrach zapachu zachodnia nauka wyróżnia jednak coś tak fantastycznego jak synestezja, czyli spontaniczna, mimowolna i jednoczesna stymulacja jednego zmysłu drugim. Najczęściej spotykana jest ta dźwiękowo-wzrokowa, ale występująca bardzo rzadko i będąca kompletną enigmą dla badaczy, zdarza się i synestezja dźwiękowo-węchowa. Oznacza to, że osoba dotknięta tym darem lub przekleństwem fizycznie odczuwa aromaty (lub pokrewne im smaki) dźwięków. Aby jakkolwiek zgłębić to zjawisko, trzeba zrozumieć działanie pamięci zapachowej, a do tego nam jeszcze daleko. Prawdopodobne jest jednak zasugerowane już w XIX wieku zjawisko o chwytliwej nazwie smound (smell + sound), czyli bezpośrednie neurologiczne połączenie węchu i słuchu, ewolucyjnie potrzebne człowiekowi do błyskawicznego rozpoznawania rodzaju i kalibru nadchodzącego zagrożenia zanim zbliży się na tyle, aby je zobaczyć.

Z pewnością wiadomo za to, że momenty synestezji może wywołać psylocybina i faktycznie, zdarzyło się kiedyś Yours Truly przyjąć pewną ilość tak zwanego candy flipa i doznawać przeróżnych ciekawych doznań, z których najciekawszą była woń własnego głosu. Woń metalicznego, wilgotnego, ciemnozielonego bluszczu. 

Zaraz, zaraz, ale co to za opis? Metaliczny, zielony i wilgotny to przecież przymiotniki należące do innych zmysłów. Otóż biedny zapach nigdy, w żadnym języku, nie dorobił się własnego słownictwa i nagminnie pożycza je od innych – również słuchu. W oficjalnym lingo perfumiarskim spotkamy nuty, gamy, akordy i oktawy, vibrata i pointy, harmonie i dysonanse, a w języku potocznym – zapachy ciche i głośne; szepczące i krzykliwe, wysokie jak pisk i niskie – basowe. 

Nie raz zresztą twórcom perfum zdarzało się nawiązywać do tej więzi. W roku 1906 Jacques Guerlain tworzy Après L’Ondée – zapach ciszy po burzy. Połączenie nut anyżu i cytrusów z bukietem rześkiej roślinności i metaliczności (pochodzącej z masła z korzenia irysa) miało przenosić osoby wąchające do altany w ogrodzie, który po przetrwaniu atmosferycznej scysji, odpoczywa w srebrnej melancholii i przeszywającej ciszy, z chłodnymi kroplami deszczu na zmęczonych fiołkach.

Śmiesznym zbiegiem okoliczności, 94 lata później Jean Paul Guerlain – wnuk Jacquesa – wypuszcza nową edycję serii Aqua Allegoria, (również srebrzystą w zapachu dzięki kosztownemu korzeniowi irysa) i nieopatrznie nazywa ją Metallica, podpadając tym samym nietrudno zgadnąć komu. Nazwa zostaje szybciutko zmieniona na Metallum, a przypadkowe powiązanie perfum z muzyką – uśmiercone. 

Nie chcę wymieniać tu wszystkich, w dużej mierze niepotrzebnych, mariaży muzyków z zapachem, ale potwarzą byłoby nie wspomnieć o pięknym i dobrym festiwalu Unsound, który z zadania wywiązał się wzruszająco. Trzy kompozycje stworzone dla festiwalu przez Gezę Schoena – twórcę przełomowej marki Escentric Molecules – są zapachową interpretacją trzech utworów stworzonych przez awangardowych muzyków: Noise Bena Frosta, Bass Steve’a Goodmana i Drone Tima Heckera. Festiwal pociągnął interferencję sztuk o krok dalej, dodając do doświadczenia wizualizacje Marcela Webera. Twórcy Unsoundu – Gosia Płysa i Mat Schulz pioniersko dla współczesnej kultury dodają warstwę olfaktoryczną do instalacji dźwiękowych i występów live. Historyczne pierwszeństwo musimy oddać jednak starożytnym Rzymianom, którzy wplatali wonie ziół i kadzideł w uciechy uczt, koncertów i przedstawień, aby podkreślić, że odbierając tę samą sztukę i oddychając tym samym powietrzem, jak jeden organizm przenikają nas te same doświadczenia. Choć Covid-19 już od ponad roku odbiera nam zarówno węch, jak i fizyczną wspólnotę doświadczania muzyki, być może pamiętacie jeszcze to plemienne, pulsujące uczucie towarzyszące najlepszym klubowym imprezom. Kiedy wszyscy czciliśmy jeden rytm i jeden BPM przejmował nasze DNA, kazał razem z nim i razem z innymi pląsać w hołdzie dźwiękom. Myślę, że o ten rodzaj wspólnoty mogło chodzić Rzymianom. Prawdopodobnie o to chodziło również klerykom dodającym kadzidła do obrządku mszy świętej, kiedy tylko zorientowali się, że ten pachnący dym podpatrzony u pogan ma szereg różnorodnych zalet. Nie tylko zabija przynoszone przez wiernych zarazki i przyćmiewa wyczuwalny brak higieny, ale, co lepsze, w połączeniu z monumentalnym dźwiękiem organów czy śpiewu, wprowadza nastrój mistyczny, w obliczu którego każda_y może poczuć się częścią czegoś magicznego, wspólnego i większego od nich. 

Mieli rację – trafne połączenie woni i dźwięku ma moc większą, niż umiemy zmierzyć i większą, niż na co dzień zdajemy sobie sprawę. Świadomie czy bezwiednie, penetrujemy się nawzajem zapachem i dźwiękiem, w różnym stopniu na nie reagujemy i często nie zdając sobie z tego sprawy, warunkujemy nimi relacje międzyludzkie. Wyobraźcie sobie, że zakochujecie się w osobie, której naturalny zapach jest dla Was nieprzyjemny. Lub takiej, której tembr głosu zaciska Wam pięści. 

No właśnie. 

 

 

 

 

 

© PROGREFONIK 2021

 

INTERDYSCYPLINARNA PLATFORMA Z OBSZARU SZTUK DŹWIĘKOWYCH I WIZUALNYCH