A kto nie umarł, ten nie żyje – hauntology music

ArtykułySŁOWA

    Czas w roku taki, że duchów wokół nie brakuje. Ale nie dopadają nas one tylko teraz, jako prześcieradła zmierzające na imprezę, ani jako refleksje o śmierci jako takiej, pośród grobów. Duchów różne są rodzaje. Zawieszone pomiędzy tym, co było, a tym co dopiero ma nadejść. Te traumatycznie powracające, których już nie ma oraz te, których jeszcze nie ma, ale które już teraz nas niepokoją. Istniejące w teraźniejszości, którą określono jako czas out of joint, balansujące na krawędzi end of time, w pewnym sensie takiego jak rozumieli go Kojève czy Fukuyama. Te, które nigdy nie umarły, które miały już się narodzić, ale które nie żyją. Ale są obecne i nawiedzają naszą, będącą tu i teraz, historię, sztukę, a co najważniejsze w tym tekście - muzykę.


Koncept hantologie, który nieudolne (bo przecież zbyt jest rozległy) próbowałam streścić w poprzednim akapicie, to termin filozoficzny Jacques'a Derridy, powstały po to, aby określić głównie politologiczny aspekt teraźniejszości (tej, która miała miejsce w roku 1993), i który okazał się mieć bardzo dobre przełożenie na wiele zjawisk kultury, zwłaszcza tej popularnej. To odpowiedź na pytania, dlaczego powstająca teraz muzyka pop podobałaby się też parę dekad wcześniej, dlaczego urodziłeś się w złej generacji oraz brak odpowiedzi na to, dlaczego jest XXI wiek i nikt z nas nie lata na uczelnię za pomocą jetpacka. To również neologizm, połączenie nawiedzania i ontologii. Polskim osobom zainteresowanym znany i kojarzący się jako: hauntology, hauntologia, widmologia, a może nawet i duchologia. Nie oddalając się jednak zanadto od pierwotnego znaczenia tego terminu oraz zgadzając się z tłumaczem Tomaszem Załuskim, wybieram widmontologię. Bo zawiera pierwiastek gry słów, bez której twórczość Derridy nie istnieje.


Na gruncie muzyki widmontologia zaistniała w wyjątkowo ciekawy sposób. Z jednej strony trochę mimochodem, jako wynik ogólnych tendencji popkultury do wspomnianego już niekończącego się mielenia tego samego materiału i potencjału dźwiękowego. Po drugie jako konkretne tendencje konkretnych twórców, głównie brytyjskich, związanych z labelem Ghost Box (ghost box to urządzenie do komunikacji z duchami...), z przełomu stuleci. Tendencje do wskrzeszania zmarłych, do tworzenia widm, ale co ważne, pozostawiając ślady powrotu z zaświatów. W przeciwieństwie do utworów popowych, które retro inspiracje podają wymuskane, dopracowane, udające niekiedy współczesność, hauntology music nie przestaje przypominać, że słuchamy przeszłości. Podkreśla to poprzez wszelkiej maści zgrzyty, rozstrojenia, ubytki, odgłosy fizycznych nośników muzyki, trzaski i trzeszczenie. Powołane do życia mary są więc pokiereszowane, pokryte warstwą ziemi, spod której się wygrzebały, pozszywane, popsute. Idąc tym tropem wspomniany pop to raczej ciało św. Ojca Pio z silikonową maską na twarzy.


Brzmi strasznie? A jednak ,,trzeba mówić o widmie, a nawet do widma'', jak pisze Derrida w pracy, w której widmontologia pojawia się po raz pierwszy, w ,,Spectres de Marx''. Muzykę tego typu z widmowością łączyli krytycy Mark Fisher oraz Simon Reynolds. W tekstach obu panów padają wyjątkowo obrazowe określenia, jak na przykład porównanie do przeglądania starych pocztówek, które należą do nieznanych na ludzi. Jest kilka najbardziej rozpoznawanych przykładów takiej muzyki. Przede wszystkim chyba Burial. Ze swoimi aniołami nawiedzającymi McDonald'sa - przykład późnokapitalistycznego non-place, czyli terminu Fishera, który zresztą przeprowadzi z Burialem wyjątkowo ciekawy wywiad. Boards of Canada, którzy przeobrażali muzykę do telewizyjnych programów przyrodniczych z lat 60. i 70. Żerowanie na ścieżkach dźwiękowych BBC oraz na różnego typu znaleziskach w ogóle stanie się później ważnym elementem twórczości kojarzonej z tym nurtem. Wreszcie William Basinski i nieodżałowane ,,Disintegration Loops''. Czy powstało bardziej dosłowne oddanie procesu niszczenia wraz z upływającym czasem i postępem technologii? Chyba nie, ale istnieje naprawdę sporo innej, mniej znanej muzyki nawiedzonej. Koniec więc wymądrzania się, poniżej moje ulubione przykłady mniej znanego hauntology music.

 

Mordant Music - The Tower, Pt. I-VII (2005)


Od początku towarzyszy nam echo odbijające się w dziwny sposób. Nie na tych zasadach fizyki, którą znamy, jest zapętlone i nie słabnie. Słyszymy też różne dziwne dźwięki, których nie powinno być w tych lochach, do których zabrał nas autor. Migacz w aucie? Sygnał telefonu poza zasięgiem? W tym miejscu wydaje nam się to być straszniejsze niż szczękanie łańcuchami, bo ono miałoby jeszcze jakiś sens. Pręt o niespotykanej gęstości i wykonany z niespotykanego materiału uderza w połacia widmowych ciał. Szepty, czy po prostu wiatr? Klaustrofobiczna i naprawdę straszna muzyka. Pełna zjaw, ale zjawiskowa.


Gesellschaft Zur Emanzipation Des Samples - Circulations (2009)


Hałas, który narasta, ma podejrzanie przyrodniczy wydźwięk. Pierwszy utwór, skoro już po tytule zdaje się nawiązywać do rzeki, rozpoczyna się wartkim nurtem glissand, płynących szybko tonów, które napotykają przeszkodę, jakby wodospad. Taką kaskadę płynącą do tyłu. Aż u nagle do przodu. Wpław. Raptowne zmiany i kolażowe potraktowanie (bardzo obszernego) materiału to ważne przymioty tego albumu. Mamy co rusz wrażenie, że płyta, z której leci muzyka jest mocno potłuczona, igła przeskakuje na przypadkowe momenty. Ryska, która powtarza się co obrót płyty, okazuje się jednak najlepszym, co mogło spotkać ten winyl. I jeszcze ktoś chce nam coś powiedzieć. Zjawa w ghost box, duch poruszający tabliczką ouija: I wasn't made for these times. PS, wygląda na to, że G.E.S. to nie kto inny, ale Jan Jelinek.


Belbury Poly - The Willows (2004)


Walka postu z karnawałem. Z jednej strony atak upiornymi, rozstrojonymi pianinami, w ogóle, wszystkim, co rozstrojone. Z drugiej pogodne melodyjki plastikowe tak bardzo, że aż musi to coś oznaczać. Gdy pojawiają się po kawałkach widmowych, strasznych, przerażają tak naprawdę jeszcze mocniej. Pomosty w czasie rzucane są od podupadłego saloonu, po wyrachowane studia muzyki elektronicznej awangardy z lat 50., po kluby i ich rytmikę przełomu wieków. Brzmi gdzieś nawet popowy utwór, zawoalowany w widmontologiczne zabiegi bardzo szczelnie, nie rozpoznajemy nawet słów wokalisty, melodia też się chwieje. Oryginalnie mógł traktować o zdobywaniu swoich marzeń, tutaj stał się głosem topielca, który woła o łaskę z krtanią pełną wody.



Zanim napisałam, czytałam: 
Mark Fisher - Ghosts of My Life. Writings on Depression, Hauntology and Lost Futures
Simon Reynolds - Retromania. Jak popkultura żywi się własną przeszłością
Olga Drenda - Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacji
Jacques Derrida - Widma Marksa

AUTOR:

Marta Konieczna