Mroźne pustkowie – Acronym “Malm”

Recenzje

Nie od dziś północny wiatr wieje z siłą nieoczywistego techno. Podobno jeden z poważniejszych porywów tego rodzaju miał miejsce w zeszłym roku, pokrywając się mniej więcej z ostatnimi publikacjami holenderskiej tłoczni, Field Records. Gdybym miał zgadywać, jaka produkcja mogłaby nieść za sobą zmianę warunków atmosferycznych, nie wahałbym się długo.

Acronym tworząc „Malm” wspiął się na wyżyny swojej wrażliwości, tworząc zdecydowanie najbardziej emocjonalny kawałek muzyki w swojej karierze. Mamy tutaj do czynienia z wyważonym zestawieniem perkusyjnych, techno beatów, (czyli tego z czym kojarzymy szweda) wraz z wysoko zawieszonymi łukami syntezatorów, które otulają beat ambientowym kocem. Jak się szybko okazuje, podczas słuchania albumu koc będzie rzeczą po którą będziemy sięgać często, ponieważ kraina malowana przez Acronyma obfituje w potężne zamarźnięte pustkowia, gdzie paleta kolorów zamyka się między czarnym a białym, jednak chyba jeszcze nigdy nie widziałem tak fascynujących szarości. W „Malm” znajdziemy właściwie wszystko czego można oczekiwać od angażującej muzyki ambientowej, doskonałe, zachęcające do eksploracji tempo, bogatą strukturę dźwięku, dzięki której raz po raz dajemy się zaskoczyć, pomimo jednolitej konwencji i ta niesamowita estetyka, która porusza za każdym razem.

70 minut muzyki rozbite na 10 utworów i właściwie żaden bez pudła. Kwasowe brzmienie „No Regrets”, rozbudowane, ciężkie, chóralne drony „Inner Conflict”, szalenie intensywne i przestrzenne „What Could Have Been” i w końcu „Pointless Endeavor” od którego po zamknięciu oczu zaczyna się kręcić w głowie - to nieliczne elementy które permanentnie zapadają w pamięć, w związku z czym nie wyobrażam sobie nie wracać to tego wyjątkowego, osobistego dzieła. „Malm” tworzy pejzaż brutalny, fantastycznie niedostępny i wyrafinowanie piękny, jeden z najlepszych z jakimi miałem ostatnio do czynienia.

Autor:

Bartek Janisz