„Before Driving to the Chapel…” – czyli krótko o małej improwizacji

ArtykułyFelietonySŁOWA
Słuchając dzisiaj Before Driving to the Chapel We Took Coffee with Rick and Jennifer składu AMM, oberwałem w czoło świetnym momentem w połowie 'wykonania' "Intermezzo". Otóż, na tle repetytywnych fraz autorstwa Johna Tilbury’iego i ascetycznych, tak lekkich jak na perkusistę, uderzeń Eddiego Prévosta, Keith Rowe zaczyna realizować swój charakterystyczny numer z zabawą radiem FM. Artysta po prostu porzuca swą gitarę i zaczyna korzystać z radia tak, jak z samplera, tylko... losowego samplera! Wpada zupełnie niepasujący do sprawy wokal, zupełnie niespodziewanie – ot, sławetne indeterminancy w toku. I zresztą nie tylko indeterminancy – co złośliwsi mogliby powiedzieć, że Merzbow też brzmi jak wstrajanie radia, ale radio jest tańsze. I można je wyłączyć. Żarty na bok. Jasne, zrzucanie kompozycji na los nie jest pomysłem nowym, jednakowoż w kontekście AMM stajemy z taką oto ciekawostką twarzą w twarz i jest ona znakomicie wykorzystywana. Dodajmy do tego, że w zasadzie Rowe był jednym z wczesnych tego popularyzatorów – patrz AMMMusic z 1966 roku.

Alienacja

Patrząc na całokształt rezultatu – uderzył mnie fakt oderwania tego wszystkiego od - tak naprawdę chyba całej - muzyki sprzed okresu lat 50. XX wieku. Trywialna obserwacja? Być może. Jak jednak może nie fascynować tworzenie form luźnych, z zewnątrz - pozbawionych znaczenia, a wewnętrznie spójnych. Później i tak okazuje się, że ideowo wcale nie jesteśmy oderwani w pełni od muzyki zaszłej… Nie uprzedzajmy jednak faktów.
Można pytać, gdzie widzę tu tę wymienioną spójność, wszak na pierwszy rzut oka brakuje tu swoistego kleiku, którym zwykle jest rytmika, tak ciasno i zwięźle ustalana przez wybranych muzyków, dla innych będąca stabilną bazą. Brak tu też często konkretnej chromatyki, często wręcz wkraczamy w rejony mikrotonalności. Mowa oczywiście o tej rozumianej jako dźwięki poza skalami klasycznymi, do których z pewnością nie zaliczają się zarówno teksturalne wykorzystania bębnów oraz "obcieranie" talerzy smyczkiem, ani też preparowana gitara Rowe’a. Jedynym elementem, który gdzieś-tam leży na granicy kruszejącej więzi z tonalnością, jest gra Tilbury’iego, natury, jednak to troszkę z czego innego wynika. W jednym z wywiadów Tilbury nazywa fortepian „instrumentem z dużym bagażem kulturowym”, zwalając wszystko to na kwestię półtonowych odstępów (w typowo nastrojonym fortepianie, rzecz jasna). Nie jest to jednak dla niego górą nie do przeskoczenia, wszak jest to znany interpretator Mortona Feldmana (amerykański kompzoytor, bardzo charakterystyczny, koniecznie trzeba coś o nim napisać!) i to jego wrażliwością wysycone są improwizacje: toteż nie wyobrażajmy tu sobie jakichś długich glissand ani pasaży; nieobcą zaś jest tu za to repetytywność takich dzieł jak „Triadic Memories” – to samo rozedrganie i podobne kolory rządzą większością fraz Johna.
Dodam jedynie, że tak, jak Johna mogę gdzieś tu zaczepić o kompozycje sprzed laty (ale jednak jedynie przez instrument), tak gra Keitha i Eddiego są… zupełnie jedyne w swoim rodzaju – naprawdę, jeżeli nigdy nie słyszeliście takiego podejścia, to nie dam rady Wam tego w całości opisać. Prévost stroni od zagrywek stricte rytmicznych, raczej po prostu dodaje kolorytu kompozycjom – ale to, jak to robi, naprawdę nie jest do wyjaśnienia. Tu uderzy, tam zaskrzeczy, gdzieś-tam potrze drewnem o stal. Powiem Wam, że robi to w cholernie przemyślany sposób i otwiera wszystkim oczy na potencjał, jaki leży w tak niedocenianym tonalnie osprzęcie, jak klasyczny zestaw perkusyjny, oczywiście, co jasne, nie tylko ograniczając się do minimalistycznego kitu, ale on spokojnie robi bardzo dużą robotę. Rowe z kolei jest jednym z pierwszych „dziwnych” gitarzystów, tutaj może poniekąd można uderzyć w porównanie do Freda Fritha (całkiem niedawno wzmiankowałem „No Birds” w artykule o gitarzystach), jednak to absolutnie nie wyczerpuje tematu, prędzej wyraża swoisty… charakter? może raczej naturę, improwizacji muzyka. Keith jest po prostu zupełnym unikatem, operującym gigantycznym zbiorem tekstur i pomysłów. Nie twierdzę, że wszystko, co wypuścił spod paluszków, jest ciekawe, ale zawsze są to rzeczy kompletnie odjechane.

"A może jednak jest w tym wszystkim jakaś myśl?"

No dobrze, lecz… gdzie jest ta ww. zwięzłość i dlaczego nie brzmi to wszystko, jak typowa improwizacja? Skąd w ogóle ta początkowa teza? Nie chcą być gołosłownym, może teraz prościej będzie ją nakreślić. Cały szkopuł tkwi chyba w stałym charakterze, swoistej idei przyświecającej płycie. Gdzie jeszcze jej szukać? Myślę, że należy po prostu wyprzeć z głowy naturę „całościowych kompozycji”. Tutaj spójność leży w reaktywności - bardzo podobnej, co może nie być tak oczywiste na pierwszy rzut oka! - w obrębie faktur. Kilkukrotny odsłuch jasno odsłania nam, że muzycy są ciągle świadomi całokształtu dokonań innych - jednak, nie jest to powodem do trzymania status quo. To właśnie słuchanie siebie (tak często wskazywane przez jazzmanów) spaja całość. W tym kontekście ujawnia się nam, iż gdyby podzielić utwory na kilkunastosekundowe partie i tak je rozważać, to wyjdzie nam z tego naprawdę zaskakująco spójny obraz. Tutaj naprawdę rezygnuje się z popisów solowych na rzecz kolektywnego poszukiwania i robi się to znakomicie! Inną sprawą jest improwizowanie dla siebie, inną – gra w kolektywie.
To właśnie najmonciej kontrastuje z powszechnie wyimaginowanym obrazem luźnej improwizacji – czyli bandą kolesi, którzy przez 50 minut losowo dmuchają w metalowe rury, a potem schodzą ze sceny, trochę jak taka „orkiestra solistów”. Rozwijając myśl o tej swoistej reaktywności: wytwarza się swoisty podział na „kęsy”, co pomoże nam zrozumieć, skąd co się tutaj bierze – różne spontaniczne gesty, które tak mocno wpływają na następne momenty i dalszy „ciężar” oraz intensywność gry. Wszystko rośnie w czasie, nic nie bierze się znikąd. Naprawdę intryguje mnie sposób przenikania się tych kolektywnych idei: nie trzeba wiele, żeby nagle z minimalistycznego kolażu wywołać atonalną (bo dysonansowo jest w zasadzie cały czas) burzę. Tak, jednomyślność przez słuchanie się wykonawców zdecydowanie budzi gigantyczny podziw. Przypominam sobie, że podobne odczucia miałem na zeszłorocznym koncercie Trevora Wattsa + RGG – przeżycie tak spójnego koncertu, tak zorientowanego na wzajemną komunikację, zostaje w człowieku na całe życie.



Konkludując, naprawdę warto zwrócić uwagę na kolektywno-jazzowy charakter improwizacji AMM, a także na oparcie się stricte na komunikacji. Płytę – choć nie jest to recenzja – zdecydowanie polecam Wam wszystkim i ma nadzieję, że te przydługie przemyślenia pozwolą łatwiej zaczaić „o co cho” w tym całym brzdąkaniu. I na pewno zaczaić, o co w nim zdecydowanie nie chodzi. Co ciekawe: pierwotnie chciałem napisać, że jest to muzyka bez bagażu ideowego, lecz potem ta kolektywna natura i jazz… Może to nie tyle bagaż ideowy i kulturowy, co po prostu wspólnota umysłów? Cóż, sam jestem zaskoczony tym, do jakich wniosków dotarłem. To zdecydowanie inspirujące!
Komponował improwizację:

Filip Skirtun