Dwadzieścia jeden minut i pięćdziesiąt pięć sekund

Artykuły

„There’s snow in my bed falling in through my window

Frost on my face melted ice on my pillow

The cold sinking in make my heartbeat drop low

It’s never been this slow”

 

Ten cytat otwiera „Crush_Melt” skandynawskiego duetu FLORA. Najpierw zupełnie ominięty, lecz już przy drugim odsłuchu trafia w samo sedno. Środek lutowego popołudnia, za oknem w pełni zachmurzone niebo, szara smuga smogopodobnej mgły rozpościera się nad horyzontem. Gdzieś pomiędzy wszystkim pojawiają się różne skojarzenia i myśli, jednak obojętność wypełniająca nas w tej chwili nie pozwala na wykonanie skonkretyzowanych działań. Obserwujemy to, co na zewnątrz tworzy nam zimowy, lekko zaśnieżały i brudny widok miasta. A w tle słyszymy rzeczy następujące.

 

„Litter” Lensk. Kołyszące się na wietrze gałęzie drzew stojących wciąż równo i odważnie pomimo napierającej na nie siły wiatru w jakiś sposób oddają to, co słyszymy. Te nieustające, drone’owe sekwencje pojawiają się w rytmicznym tempie, a szarpane są przez gęste fale soundscape’owych elementów dźwiękowych. Hipnotyczne wrażenie nie ustaje od początku do końca utworu, wciąż skupiamy się nad najmniejszym ruchem. Lecz nagle ta hipnoza pryska.

 

„Unleash” Dis Fig. Na jednej z gałęzi usiadł czarny ptak. Przycupnął dosłownie na chwilę, a potem od razu odleciał nieopodal – obok śmietnika stojącego tuż czekała na niego już cała zgraja tak samo wyglądających osobników. Wszystkie dreptały w miarę zwartym kręgu, raz po raz podlatując w górę i opadając ponownie gdzieś z boku. Dookoła rozsypane były kawałki starego chleba, w których zatapiały swoje dzioby, bardzo często wyrywając sobie liche części resztek. W uszach błądzą gdzieś zniekształcone krzyki, wrzaski i szumy Dis Fig, które nadają tej scenie bez wątpienia lekko przerażającego charakteru. Myśli zaczynają wędrować w najciemniejsze miejsca. Na chwilę zamykamy oczy.

 

„I. N. C. H.” 7038634357. Gdy je otwieramy, zauważamy drobne krople deszczu, które jak zniekształcona mozaika rozpościera się w dolnej części szyby. Wszystko się tutaj miesza -  strużki deszczu wciąż zmieniają schematy i strukturę tego zupełnie przypadkowego dzieła sztuki. Chcemy jednak złapać każdą możliwą ulotność w tych drastycznie zmieniających się procesach. Muzyczna sekwencja „I. N. C. H.” dopełnia tę chwilę swą skromnością formy.  Nagle słyszymy dźwięk telefonu.

 

„I Get Lit (Cause if not i think of you)” Varg & coucou chloe. Spoglądamy w prawo i zauważamy chłodne światło jasnego ekranu. Bierzemy go do ręki i nagle wpadamy w wir social mediów. W kółko sprawdzamy to samo - jakby z nadzieją na to, aż coś nowego i ciekawego nam się tam ukaże. Odpisujemy na wiadomości, po raz setny odświeżamy Instagram, usuwamy już wcześniej odczytane wiadomości na skrzynce mailowej. Syntetyczne dźwięki utworu Varga i coucou chloe brzęczą w uszach, niczym pluskwa penetrują najmniejsze zakamarki. Gdy ponownie słyszymy głos francuskiej artystki, blokujemy telefon i podnosimy wzrok.

 

„Unshielded” ssaliva. Nawet nie orientujemy się, że już zrobiło się ciemno. Spoglądamy na ulicę i widzimy migoczące światła, które w dziwny sposób wpisują się w syntezatorowe, rozedrgane dźwięki utworu. Żółtoczerwone błyski samochodów, zapętlone sekwencje świateł skrzyżowań, białe pulsujące mruganie rowerowych lampek. I to tak trwa i trwa bez końca, a my wciąż zafascynowani tym przedstawieniem migotliwości.

 

Aż nagle coś nas olśniewa. Przecież ja miałem zrobić to i tamto. I czar pryska. Prawie dwudziestodwuminutowa wieczność nagle staje się kolejnym skrawkiem dnia, który staje się zupełnie nieznaczący. Ale przecież tyle się przez ten czas wydarzyło, prawda?

Autor:

Filip Preis