Dziś, dziś jest ta noc – Neil Young

Artykuły

 

Wpływowe arcydzieło Neila Younga z 1975 roku, "Tonight's the Night" mogłoby dostać dalszy dopisek "Bruce Berry's died", wszak o tymże człowieku mówią obydwie wersje utworu tytułowego. Young był wstrząśnięty śmiercią swego długoterminowego roadie, którego Danny Whitten z Crazy Horse (czyli backing bandu Younga, o ile można to tak nazwać) wciągnął w heroinowy nałóg. Smutna sprawa, gdyż potem Bruce, latem 1973 roku, zaćpał się na śmierć. Sam Whitten zmarł już pod koniec 1972 roku. Umiera wam gitarzysta, potem zaufany roadie - jak tu nie popaść w desperację... 

 

"Po co" - spytacie - "ten przydługi wstęp"? Nie sposób oderwać tego wydarzenia od krążka: potwornie przygnębiony, zmordowany życiem Young nie pozwala nam zapomnieć o swym szoku i żałobie. Surowy emocjonalnie album, dobarwiany jeszcze bardzo surową, miejscami ledwo-co-stereofoniczną produkcją. I tak ma, kurde, być. Zero smyczków, zero kiczowatych aranżacji, zero radiowych hitów, tylko my, urżnięty (tak bardzo, "że sam niczego nowego nie napisze", jak słyszymy w "Borrowed Tune") Young, jego backing band i soczysta esencja country-bluesa, powinni jeszcze dodawać flanelę do ubrania przed słuchaniem.

 

A na cóż wybieramy się tekstowo? Dilerzy, narkomani – bohaterowie "Come on Baby, Let's Go Downtown", co ciekawe nagranego jeszcze na żywo z Whittenem w 1970 roku. Dalej, "Słonko, zamglij mi umysł, spraw, bym jak uczniak znów się czuł" – wyrzuca z siebie Neil, wcześniej wyciskając ostatnie pory z harmonijki. Mamy chęć ucieczki do Albuquerque, skręcanie blantów, poniekąd także rozliczenie z epoką hippisów, rozbitych tym, że jednak nie wyszło i zatęsknionych za swoimi czasami, nie sposób nie czuć tu gigantycznego rozczarowania światem, wręcz wiedzą, że 'to se ne vrati'. Co dalej? Przefantastyczny tekst "Tired Eyes", trochę nietypowego romansu w "New Mama"... Dostajemy w zasadzie szkielety małych opowiastek, do których mózg bardzo, bardzo chętnie dorysowuje sobie obrazy, unikatowo dobierając kadry, ujęcia, pozycje bohaterów, pory dnia, twarze, pojazdy... Może to tutaj leży część takiego sukcesu płyty?

 

Podobno jest niewiele rzeczy bardziej amerykańskich niż Neil Young. Muzycznie? Pełna zgoda! Wspomniana wcześniej harmonijka, która najwidoczniej zwiera mi jakieś połacie mózgowe i powoduje wyjątkowo bolesny grymas, makabrycznie rozmyte i rozpasane pasaże na lap steelu. I on, ten jedyny. Mowa o charakterystycznym gitarowym brzmieniu samego lidera. Kozelek próbował Younga podrabiać, lecz to nie ta sama liga. Kto nie wierzy, niech odgrzeje "Songs for Blue Guitar", a konkretniej "Silly Love Songs" i zestawi z "Cortez the Killer" z "Zumy", nagranej pod szyldem NY&Crazy Horse. Wracając, dalej, troszkę partii akustycznych, potwornie intymnych, na "New Mama" – to zdecydowanie bardzo nietypowy romans! Dorzućmy jeszcze szczyptę pianina i całe wiadra fuzzu jak na "Lookout Joe" i mamy obraz tej płyty. Sucha, koślawo wyprodukowana i przysypana piachem niczym dawno zapomniane miasto gdzieś na środku Nevady z czasów wojny secesyjnej, taki obraz mam w głowie.

 

Polecam jednak unikać tego albumu, u mnie słuchanie zwykle rezultuje krótszym, czasami dłuższym rozregulowaniem emocjonalnym. Może to ta surowość w brzmieniu, brak zbędnej ornamentacji, TA CHOLERNA HARMONIJKA, po prostu... sama słodycz przygnębiania się i psucia sobie nastroju. Jednakowoż reguły życia znamy i nie jesteśmy na wczasach, więc nie bardzo można sobie na to pozwalać. Mam wrażenie, że to jedna z płyt do wpędzenia kogoś w nałóg alkoholowy, bo w zasadzie nic, tylko się przy tym zalać i śpiewać razem z wokalistami te przepyszne harmonijne partie. Chyba mam po prostu słabość do korzennego blues-rocka z nadmiarem fuzzu. 

 

"Zastrzelił czworo w kokainowym dealu,

pozostawił ich leżących na polu,

pośród starych wozów, z dziurami po kulach

w lusterkach."

 

Wypada chyba jakoś to podsumować. Young, wyprany emocjonalnie, zmęczony, po dużych stratach nagrywa arcydzieło, pełne korzennie amerykańskiego brzmienia, znakomitych tekstów o Ameryce tamtych lat i doprawia wszystko swym chudym, nietypowym wokalem oraz smaczkami brzmieniowymi, produkuje to surowo i wypuszcza na rynek, poruszając miliony.

 

Na pewno napisano o tym krążku wiele, dużo lepiej, bardziej emocjonująco... Ale wiecie co? Może to i dobrze.

 

"Opowiadaj, opowiadaj dalej!

Czy był srogim ćpunem

czy może tylko przegranym?"

 

Swoją drogą nawet sobie nie wyobrażam jakim ciosem musiała być właśnie ta noc, kiedy dotarła wiadomość o śmierci Berry'iego, przerasta to moją wyobraźnię. Przekaz Younga jest tak soczysty, namacalny, że chyba nawet bałbym się tego odczuć.

<>

Jeśli pijecie ze smutku – lepiej sobie odpuśćcie słuchanie "Tonight's The Night", bo ono żre i gdy wyłączycie to nadal będzie żarło, aż zostawi w waszej psychice trwały ślad po sobie. A reszta – fanom rzeczy spod znaku Wovenhand, Kozelka czasów "Songs for Blue Guitar" i rozmaitej maści bluesa nie muszę zachęcać nie muszę, a dla pozostałych notuję, że bliżej temu do Nicka Cave'a i teraźniejszego altrocka, niż chciałoby się wydawać. Bezdyskusyjnie jeden z punktów zwrotnych współczesnej muzyki rockowej!

Autor:

Filip Skirtun