Gorycz zakończenia — Tim Hecker „Konoyo”

Artykuły

Tim Hecker to kanadyjski producent, jeden z tych, którzy jak publikują swoje nowe dzieła, to mówi się o nich dużo i bezkrytycznie w stylu „to wielki artysta, trzeba zaakceptować konwencję”. Zakłada to wygodny czynnik, którym jest zaufanie do wykonawcy. Stwarza ono potencjał do względnie bezstresowego poszerzania horyzontów. 

 

Konoyo to album, nad którym ponad wszystko widniał pomysł. Pomysł swoją drogą - bardzo dobry, ponieważ polegający na połączeniu muzyki elektronicznej z rdzennymi dźwiękami muzyki japońskiej wykonywanej przez gagaku - dworski zespół cesarzy. To mało oczywiste zestawienie z szerszej perspektywy okazuje się być najmocniejszą stroną albumu. Tim brzmi w Konoyo klinicznie czysto, przejrzyście. Utwory są złożone, ale nie chaotyczne. Sam artysta przyznał się, że woli grać „mniej”, żeby zachować charakter inspiracji. 

 

Być może to kompozycja utworów stanowi element, który poróżnia słuchaczy, ponieważ jest ona dosyć subtelna, żeby nie powiedzieć - prosta. Tempo budowania utworów nie zwraca szczególnej uwagi, brzmi trochę jakby Tim po prostu eksponował nam kolejne ścieżki dźwiękowe bez szerszego zamiaru budowania napięcia. To wszystko miałoby uzasadnienie, gdyby sama natura dźwięków Kanadyjczyka była oszałamiająca, a tak niestety nie jest. 

 

Album zaczyna się bardzo mocno, długie pasma dźwięków „This life” kojarzone z nalotami bombowymi rozdzierają, przygotowując na coś bardzo wyrazistego, co niestety nie następuje. Zwyczajnie nudnym „Is a rose petal of dying crimson light” czy „A sodium codec haze” brakuje sedna, z kolei „In Death Valley” zbyt szybko traci interesujący dronowy charakter. „Keyed out” to moim zdaniem najmocniejszy punkt albumu, który nie rezygnuje ze zwracających uwagę przyspieszeń i niewygodnych, ambitnych brzmień. 

 

To ciekawe i frustrujące zarazem, ponieważ będąc średnio usatysfakcjonowany tym co słucham, dochodząc do ostatnich sekund „Across to Anoyo” poczułem się jeszcze gorzej. Kanoyo to album, który miał wszystko aby stać się wybitnym. Świeży i ambitny pomysł (podobno podsunięty przez Jóhanna Jóhannssona), techniczna realizacja na poziomie który znamy z poprzednich produkcji Tima Heckera, estetyka będąca wynikiem wielu składowych elementów - na papierze to wygląda wspaniale, później jest tylko gorzej.

Autor:

Bartek Janisz