Interpretacje — BLASK

Interpetacje
Podobno muzyka zaczyna się tam, gdzie brak już słów na wyrażenie czegoś. Wychodzi więc na to, że muzyka jest słowom nadrzędna, a co gdyby tę sytuację odwrócić? W naszym cyklu INTERPRETACJE wrzucać będziemy wybrane przez siebie albumy na orbity mknące dookoła jednego, wybranego na dany tydzień hasła. Kierować będziemy się odczuciami, skojarzeniami, sami jeszcze zobaczymy czym. Cykl kontynuuje słowo-klucz BLASK. Zapraszamy do lektury!

 


 

Patryk Wojciechowski

 

 

Kero Kero Bonito - „TOTEP”

 


 

Kero Kero Bonito to zespół założony w 2012 roku. Po całkiem udanym debiucie wypuścili EPkę TOTEP, która mimo tego, że trwa zaledwie 11 minut, potrafi wprawić w niesamowity nastrój i urzec swoim klimatem. KKB udało się skondensować wszystko co najlepsze w electro/indie popie i dodać do tego wszystkiego autorski sznyt. Breakdown w Only Acting przypomina to, co Haneke robił z widzem w filmie Funny Games. A zamykający całość Cinema to kawałek, który aż prosi się o zapętlenie. Ciężko tu o jakieś rozbudowane impresję. Kero Kero Bonito grają muzykę, którą się po prostu przeżywa i której chce się słuchać. Z niecierpliwością czekam na zapowiedziany na 2018 rok album. Warto przy okazji wspomnieć, że jesienią fani i fanki KKB będą mieli/miały okazję usłyszeć zespół na żywo w Warszawie. 

 


 

Karolina Kobielusz

 

 

You'll Never Get to Heaven - „You'll Never Get to Heaven” 

 


 

Jedną z najjaśniej świecących gwiazd w dream popie, według mnie, niezaprzeczalnie jest duet You’ll Never Get to Heaven. Wbrew nazwie zabierają nas w pełną onirycznych doświadczeń podróż w niebiosa, przeplataną subtelnym wdziękiem dźwięków pianina, którego nawet brud przesterów nie jest w stanie mu odebrać, a także urokiem barwy głosu Hansen, który w swej efemeryczności sprawia, że łatwo jest się w nim zatracić. Zatracenie to grozi bolesnym upadkiem na ziemię, jednak takie utwory jak otwierający „Drowning Out” czy niemalże kończący „Violet” swym blaskiem o potężnej rozpiętości przyćmiewają najstraszniejsze wizje i lęki, dając w zamian niezmierzone pokłady poczucia wzniosłości we wszystkich tego słowa znaczeniach. 

 


 

Filip Pries 

 

 

Julia Holter – „Have You In My Wilderness”

 


 

Blask księżyca, blask refleksów na kołyszącej się wodzie, blask w oczach, blask rosy na gęstej trawie oświetlonej porannymi promieniami słońca – te wrażenia mam w głowie słuchając „Have You In My Wilderness”. Te małe, niezwykle malownicze impresje kreują się głównie przez to, w jak czuły sposób Julia przelewa swą wrażliwość na muzykę. Każdy kąt i zakamarek obrazów przez nią kreowanych jest wypełniony czymś niezwykle magicznym i ulotnym, a najbardziej urzekająca jest ta esencjonalność doznań, które są delikatnie rozsypane po całym albumie. Natura i emocje przeplatają się ze sobą, chwytając za serce w najmniej spodziewanych momentach. Chyba dlatego najbardziej błyszczą się oczy, delikatnie zaczerwienione i w pełni wzruszone, szukające ostatnich subtelności głosu Julii.

 


 

Marta Konieczna

 

 

LAM - „LAM”

 


 

Ten album jest wyprodukowany tak dobrze, że każdy dźwięk skrzy się szlachetnie. Ale nie o samą post-produkcję tu chodzi. Najpierw, pojedyncze, samotne tony od pierwsze przesłuchania przywodziły mi na myśl samotne snopy światła odcinające się od ciemnego, tła. W muzyce jest nim przeciągłe, ambientowe brzmienie, w którym dosłyszeć możemy orzeźwiający odgłos wody. Potem jest jeszcze bardziej wodniście, a dokładniej mówiąc deszczowo. Repetycja w partii pianina chyba jednak zawsze kojarzy się z padającymi kroplami wody, moja interpretacja więc nie idzie dalej w tę stronę. A wraca do światła, gdyż duszne, powolne dźwięki wydobywające się z klarnetu brzmią iście złoto, zalewają ostrożnie tym światłem zastaną atmosferę. Z kolei uderzenia perkusji przemykają w całości, uciekają, jak iskierki. Drugi utwór to zgaszenie światła. Oraz gra tych świetlnych skojarzeń, dźwięków, z których każdy wypolerowany, odbija refleksy. Tych interakcji świecących powierzchni jest coraz więcej, aż w trzecim utworze zajączki skaczą we wszystkich kierunkach. Mozaika wiruje różnymi tonami, w końcu znów wlewa się w nią świetlistozłoty klarnet. I wtedy mieszanka tych wszystkich światełek tworzy nieprawdopodobny blask. Taki rażący w oczy, aż lekko kłujący. Piękny. Chwilowy jego wybuch wygasa stopniowo, rozbłysk stopnowo opada. A potem ktoś znów gasi światło. A może po prostu LAM koajrzy mi się z blaskiem, bo to jeden z moich ulubionych albumów, od razu więc błyszczy w mojej wyobraźni?

 

 

Grafika:

Sandra Sygur