Interpretacje — DOSŁOWNOŚĆ

Interpetacje

Podobno muzyka zaczyna się tam, gdzie brak już słów na wyrażenie czegoś. Wychodzi więc na to, że muzyka jest słowom nadrzędna, a co gdyby tę sytuację odwrócić? W naszym cyklu INTERPRETACJE wrzucać będziemy wybrane przez siebie albumy na orbity mknące dookoła jednego, wybranego na dany tydzień hasła. Kierować będziemy się odczuciami, skojarzeniami, sami jeszcze zobaczymy czym. Cykl kontynuuje słowo-klucz DOSŁOWNOŚĆ. Zapraszamy do lektury!


Patryk Wojciechowski

 

Erik Enocksson -  Farväl Falkenberg

 


Muzyczna dosłowność to według mnie jawne nastawienie na osiągnięcie konkretnego wrażenia. Bez zbytniego przebierania w środkach i starania się o ujęcie zagadnienia w szerszej perspektywie. To postawienie tezy i udowadnianie jej wszystkimi możliwymi sposobami. I choć takie zadanie wydaje się być łatwym, to jest takie tylko pozornie. Mamy aż nadto przykładów dowodzących, że zrobienia albumu, który nie dba o różnorodność, stara się wycisnąć max z określonego rozwiązania i jest w swoim założeniu monotematyczny, to wielka sztuka. Udało się to choćby Basinskiemu, Caterinie Barbieri czy Mount Eerie, ale również Erikowi Enockssonowi. Ten szwedzki producent jest autorem genialnej ścieżki dźwiękowej do filmu Farväl Falkenberg(Pożegnanie Falkenberg). O tym, że broni się ona w oderwaniu od filmu dowodzi to, że sam poznałem ją jako album, a samego filmu do dziś nie udało mi się niestety obejrzeć, a także fakt, że w 2017 roku Posh Isolation zdecydowało się wypuścić jej reedycję. Jak już wspominałem, nie jest to płyta, która wprawia w osłupienie mnogością wykorzystanych instrumentów i szerokim spektrum dźwięków. Do osiągnięcia zamierzonego celu Enocksson potrzebuje zaledwie kilku z nich. Album ten jest pełen nostalgii i wrażliwości. Uczuć z kategorii tych, których się nie kwestionuje i nie powstrzymuje, tych, które napływają same, mimowolnie i bez żadnej kontroli. Są jak moment, w którym odwiedzamy ukochane miejsce z naszej młodości lub wspominamy z przyjaciółmi historię znaną tylko nam. Jest też jednym z tych albumów, który może nie przebić się do naszej duszy, jeśli nie jesteśmy zainteresowani tego typu wrażeniami. Ale jeśli trafi na odpowiedni moment i podejście, to możemy być pewni, że zostanie z nami na długo. Tak właśnie było w moim przypadku. 

 


Karolina Kobielusz

Kali Malone "Cast of Mind”

 


Twórczość Kali Malone naznaczona jest teoretyzowaniem i śmiałym eksperymentowaniem. Akt badania przekłada się na kreowanie nowego wyobrażenia na temat dźwięku. Można by rzec, że akt ten przenika się wraz z komponowaniem rodząc złożone struktury muzyczne. Jej drugi album "Cast of Mind" bada użycie harmonii jako siły oddziaływania psychologicznego, dzięki wyłącznemu użyciu syntezatora Buchla 200 w połączeniu z akustycznymi instrumentami dętymi drewnianymi i dętymi. Melodie rzeźbi w chłodnej Skandynawii za pomocą wielu środków, m.in. puzonu, klarnetu basowego, fagotu, ale i  również instrumentów klawiszowych. Są one uzupełniane syntetycznością i cyfrowo wytworzoną harmonią, która odgrywa absolutnie ważną rolę w jej dźwiękowych konstrukcjach. Pomijając już swój kunszt - czarują emitowanymi odcieniami emocji, które odciskają piętno na wrażeniach słuchacza. Ten mix naukowo-artystyczny dosłownie wzlatuje i staje się prawdą otulającą zmysły. 

 


Filip Skirtun 

 

Shellac - 1000 Hurts

 


 

Tak, "Prayer to God" zdecydowanie jest dosłowne. Plotki głoszą, że ten przebój (bo naprawdę jest to kawałek godny tytułu radiowego hitu) odnosi się [czego zresztą nietrudno się domyślić] do jakiegoś uwalonego związku Albiniego - tak, ten śmieszny pan z piwnym brzuszkiem (pozdrawiam będących na zeszłorocznym Offie, notabene strzelili naprawdę świetny, parodiujący rockowe maniery pokaz - na dodatek przed potwornie stereotypową Feist, nie było lepszego momentu) upomina się tu o zarżnięcie pewnego typa. Rzecz jasna; niech trochę pocierpi, a nie tak sobie kopnie w kalendarz. 

 

Prócz tego w przeglądzie: dupcia Gina, tysiące wiewiórek, duchy. A potem liczymy ze Stevem. Poczucie humoru zawsze panom dopisuje, to trzeba przyznać. Dorzućmy do tego rzecz jasna to śmieszne odniesienie do "8 to 14 expansion" (ukłony dla kodowania płyt CD) i żarciki z 1000Hz - czyli sygnału podawanego zwykle jako taki ton odniesienia. Jaja jak berety!

 

Dźwiękowo: topowy Szelakowy noise-rock, precyzyjny, mechaniczny, zabójczy niczym wiertło wielkiej maszyny do kopania tuneli. A tak poza tym: to dosłownie nie wiem co napisać. "Shoe Song" to też mały majstersztyk, już ta bardziej wyrafiona forma pozwiązkowej agresji. Słuchać, nie gadać - dajcie sobie zadać ten tysiąc ran.

 


Bartek Janisz

 

Death Grips - „No Love Deep Web” 

 


 

Death Grips to zespół którego muzyka charakteryzuje się tym, że jak pokazujemy ją swoim znajomym to rzadko dostajemy informacje zwrotną, bo niezbyt wiadomo jak to skomentować. Słuchając tercetu z Kalifornii doświadczamy bardzo różnych stanów, zaczynając od przerażenia a skończywszy na wręcz niezdrowej fascynacji. Postać ukazana w „No Love Deep Web” przez MC Ride to podmiot wyjątkowo skomplikowany, niezbyt lubiący świat i wyjątkowo autodestrukcyjny. Wszechobecny, gęsty nihilizm w tak brutalnym wydaniu to nie tylko policzek dla kanonu życia przeciętnych ludzi, to gwałt na ich wartościach i estetyce. Co ciekawe, jeśli skupilibyśmy się na analizie środków którymi żonglują amerykanie, to doszlibyśmy do wniosku, że każdy poszczególny element nie jest wyjątkowo odkrywczy, jednak ich synteza przy skrajności ekspresji zwala z nóg. „No Love Deep Web” to album komplementarny w kwestii przekazu, gdzie słowo znaczy tyle samo co dźwięk, a w przypadku DG, krzyk i huk.

 


Marta Konieczna

 

Hańba! - Będą Bić!

 


Słuchasz i już wiesz o co się rozchodzi. Obraz nędzy i rozpaczy międzywojennej Polski, nagabywanej widmami totalitaryzmów, wojny, głodu i biedy. Rozczarowanie i bunt wobec wszystkich wspomnianych jest wyrazisty na tyle, że aż współczesny. Bo i współcześnie problemy przecież podobne. Punkowa energia negacji zaklęta w orkiestrę podwórkową rodem z Warszawy lat 20. czy 30. Kwartet zarówno w muzyce jak i tekstach daje zdecydowanie dosłowny obraz zaistniałej sytuacji. Jak stwierdził kiedyś frontman Andrzej Zamenhof: ,,Poezja używa metafor, których my chcemy uniknąć''. I faktycznie, jest bezpośrednio oraz dosadnie. Słowa do piosenek są naszpikowane przekornymi przytykami, pełne są ulirycznionej frustracji i gniewu wyrażonego nie w tępej wulgarności, ale błyskotliwej kąśliwości. Aż chciałoby się napisać, że zespół w słowach nie przebiera. Ale to nie do końca prawda. Bo przebierać, wybierać i dobierać musiał właśnie dużo i sumiennie: w końcu teksty to autentyczne wiersze poetów międzywojnia. Pojawia się i Tuwim i Broniewski. I autorskie teksty też się pojawiają. Równie ostre i trafne, równie dosłowne.

 


Filip Preis

 

UNIIQU3 – „Phase 3”

 


 

Cztery utwory zawarte na „Phase 3” to stuprocentowy scenariusz na taneczną euforię. Tutaj nie ma obejść, niedomówień czy półsłów – to pełne oblicze pewności siebie i siły oraz potwierdzenie, że nikt nie tworzy Jersey Clubu tak, jak UNIIQU3. Ta kilkuminutowa EPka naładowana jest niezwykłą energią, która porywa w mgnieniu oka i nie pozwala się zatrzymać. Także zapnijcie pasy i dajcie się ponieść UNIIQU3, bo to będzie naprawdę świetna przejażdżka. 

Warto dodać, że UNIIQU3 będzie można usłyszeć niebawem za sprawą regime brigade we wrocławskim Uczuleniu oraz  za sprawą Rozkosz w krakowskim klubie Szpitalna 1. 

 

Grafika:

Michał Maliński