Interpretacje — DYKTATURA

Interpetacje

Podobno muzyka zaczyna się tam, gdzie brak już słów na wyrażenie czegoś. Wychodzi więc na to, że muzyka jest słowom nadrzędna, a co gdyby tę sytuację odwrócić? W naszym cyklu INTERPRETACJE wrzucać będziemy wybrane przez siebie albumy na orbity mknące dookoła jednego, wybranego na dany tydzień hasła. Kierować będziemy się odczuciami, skojarzeniami, sami jeszcze zobaczymy czym. Cykl kontynuuje słowo-klucz DYKTATURA. Zapraszamy do lektury!

 


Patryk Wojciechowski

Prince of Denmark - „8”


Słowo dyktatura ma dość silne negatywne konotacje. Ciężko powiązać hasło, które kojarzy mi się przede wszystkim z ograniczeniem wolności jednostki z muzyką będącą dla mnie czymś zupełnie przeciwnym. W każdym razie, jeśli potraktować dyktaturę jako pewien zabieg stylistyczny i element strategii, wtedy zaczynają przychodzić do głowy pewne pomysły. Wydaję mi się, że albumem, który chciałbym wrzucić w tę szufladkę jest "8" autorstwa Prince of Denmark. Jestem przeogromnym fanem tej tajemniczej postaci. Zarówno jeśli chodzi o jej chłodniejszy i bardziej minimalistyczny wymiar poruszający się wokół techno, jak i znacznie cieplejszy, naiwny, wręcz łzawy, który przedstawia w ramach takich projektów jak DJ Healer, Traumprinz czy DJ Metatron. Wróćmy jednak do "8", bowiem jest to bardzo szczególny album. Legendą obrosło już jego fizyczne wydanie osiągające rekordowe ceny na discogs, które zależnie od kopii zawierało inne wersje tych samych utworów. Jeśli zaś idzie o muzykę, mamy tu do czynienia ze skrajnym minimalizmem zderzonym z oszczędnymi, ale chwytliwymi melodiami. To właśnie ten zabieg przywołuje mi na myśl powiązanie z dyktaturą. Przeciągnięte do granic możliwości monotonne pętle perkusyjne testują słuchaczy by wynagrodzić tych, którzy w tej hipnozie wytrwają. Oczywiście, "wytrwają" nie jest tu trafnym stwierdzeniem, ci, którzy nie odnajdują uroku w minimalistycznej, często skrajnie prostej monotonni raczej nie znajdą tu nic dla siebie. Zaś ci, którzy mają słabość do takich zabiegów będą czerpać przyjemność nawet z tych oszczędnych fragmentów. Trzeba jednak przyznać, że wypuszczenie albumu tak długiego, opartego na tak prostych założeniach było dość odważnym ruchem. Z perspektywy czasu mogę jednak śmiało stwierdzieć, że była to świetna decyzja.


Karolina Kobielusz

Dyktando - „Czołg”


Z pożartego przez masy - techno wyłania się Dyktando. To projekt, który na polskiej scenie muzyki elektronicznej robi spore namieszanie. Dźwięki, będąc pod jego dowództwem, brną w chłód i tym chłodem bez wątpienia porażają. Zarządza głównie z brzmień szorstkich zdających się być dodatkowo pod dyktaturą nerwowej ekspresji i narkotycznego pulsu. Dużo tu jazgotu i łoskotu. Kakofonia mnoży się podążając za rytmem niespokojnego oddechu. W dysharmonii kotłuje się przesterowany głos. Wiktor Milczarek śmiało dyktuje rodzimej niszy nowe rozwiązania, rodem bałkańskiego industrial techno, którego reprezentantem może być chociażby fenomenalny DJ Loser. To twórczość, która rodzi w wyobraźni wiele możliwych interpretacji, zaś w odbiorze - prawdziwy zachwyt. Dyktando zagra 14.12 w ramach PROGREFONIK #4 w klubie Jasna 1 w Warszawie.


Filip Preis

Puce Mary – „Persona"


Frederikke Hoffmeier to artystka jedyna w swoim rodzaju. Jej muzyka przeszywa na wskroś, przeżuwa i wypluwa kompletnie nie zważając na nic. Działa jak lustro – odzwierciedla nasze słabości i lęki. Ten tyranizujący aspekt twórczości Puce Mary widać chyba najbardziej na mini albumie „Persona”, który zanurzony jest w najbardziej mętnych wodach drone’u i industrialu. Szepty i krzyki wciąż przypominają o tym, że nikt nie jest bezpieczny. Spod tego reżimu nie da się uciec, tu już nie ma nadziei.


Marta Konieczna

Kryzys – „Kryzys"


Dyktatura komunistyczna zadziałała na Polskę jak swoista lodówka. Przynajmniej według niektórych. W odcięciu od zachodniego świata, propagandzie władz i gospodarczym załamaniu wielu badaczy upatruje zachamowanie rozwoju polskiej kultury, która, no właśnie, miałaby być na ten czas niejako zamrożona. Punkt patrzenia zależy od punktu siedzenia, a punkt myślenia od punktu słyszenia. W Polsce, z tych samych, wyżej wymienionych powodów, powstała muzyka zupełnie własna i charakterystyczna. Gdy na Zachodzie rozwijały się poszczególne gatunki: punk, cold wave, new wave, reggae, w Polsce rozwijał się w pewnym sensie jeden gatunek. Połączenie tych wspomnianych. Może z braku laku, może chwytając wszystko, co się da, bo inne, bo zachodnie. Może z powodu instynktu estetycznego? W latach 80. polska muzyka była tyglem trendów, które wcale nie w granicach naszego, strapionego dyktaturą, kraju powstały. I nie chodzi o to, że kiedyś to była muzyka. Chodzi o to, że podany przeze mnie przykład, to naprawdę fajny album.


Bartek Janisz

Flying Lotus – „Cosmogramma"


Steven Ellison to postać która w zeszłej dekadzie gwałtownie kształtowała swoją opinię spośród grona młodych i ambitnych producentów muzycznych. W 2010 roku, owe kształtowanie wpadło na nowe tory, a powodem tego było wydanie albumu „Cosmogramma”. Jak się szybko okazuje, nazwa albumu oznacza nic innego jak mapę kosmosu, a mapa, zgodnie z definicją, jest przedstawieniem jakiejś powierzchni za pomocą umownych znaków. Świadomość znaczenia tego terminu, nadaję określoną i zdecydowanie ciekawą perspektywę na ten kawałek twórczości. Mapa nie dba o swojego odbiorcę, jest konkretna, narzucona, mało tego, czasami potrzebujemy specyficznych umiejętności aby ją odczytać. Słuchając „Cosmogrammy” czujemy się jak na wystawie sztuki abstrakcyjnej, gdzie różnorodność, mnogość inspiracji ekscytująco przytłacza. Przy tak dyktatorskiej formie nie oczekujemy spójności która prowadzi nas przez opowieść, to nie książka, to mapa.

Grafika:

Michał Maliński