Interpretacje – KRUCHOŚĆ

Interpetacje

Podobno muzyka zaczyna się tam, gdzie brak już słów na wyrażenie czegoś. Wychodzi więc na to, że muzyka jest słowom nadrzędna, a co gdyby tę sytuację odwrócić? W naszym nowym cyklu INTERPRETACJE wrzucać będziemy wybrane przez siebie albumy na orbity mknące dookoła jednego, wybranego na dany tydzień hasła. Kierować będziemy się odczuciami, skojarzeniami, sami jeszcze zobaczymy czym. Cykl otwiera słowo-klucz KRUCHOŚĆ. Zapraszamy do lektury!


Filip Skirtun:


 

Jak to jest, że niektórzy po prostu przepadają w studni historii? Kaoru Abe, legendarny japoński saksofonista zmusza do zastanowienia się nad tymże pytaniem. 

 

Postać, o której wiadomo w zasadzie bardzo niewiele - nie ma żadnych sensownych biografii (chociaż trafiłem gdzieś na wzmiankę o tym, jakoby współcześnie dało się dostać w Japonii coś na ten temat - tym niemniej póki nie ma wydania choćby angielskiego, to niestety się nie przekonam), zaś jedyne na co - wydaje się - można się powoływać, to film z 1995 roku - "Endless Waltz", reżyserii Koji Kawamatsu.Nie wiem, czy można go traktować jako rzeczywiście-biograficzny - napisany na bazie książki z 1992 roku, podobno z autorką (Mayumi Inabą) sądziła się, wtedy jeszcze szesnastoletnia, córka Abe, w kwestii naruszenia prywatności. Zważywszy na to - kto wie ile w tym wszystkim prawdy.  Co jednak wyniesiemy z tegoż obrazu? 

 

Tamtejszy Abe to postać nad wyraz krucha. Ćpun, alkoholik, człowiek znęcający się nad własną żoną, wysoce skonfliktowany. Straszny dupek, nie oszukujmy się. Sam twierdził, że jest 'geniuszem, jeśli chodzi o dźwięk' - czyli mamy dodatkowo narcyza. "Moim ojcem był Eric Dolphy, mą matką - Billie Holiday", zwykł mówić.

 

Tylko, że w sumie to chyba nie mylił się zbyt mocno w kwestii geniuszu. Zbolałe - z braku lepszego określenia - dźwięki (bo miejscami nawet niekoniecznie nuty) pasują idealnie do filmowej wizji. Brutalne, rozlane niczym farby na płótnie improwizacje, wypełniają "Mort À Crédit" (zatytułowane od powieści Celine'a). Nagrano je w trakcie dwóch występów - w Iruma Shimin Kaikan 16 października 1975 roku oraz 18 października 1975 w Aoyama Tower Hall. Twórczość Japończyka to coś, co bez problemu postawimy obok eksperymentów Anthony'ego Braxtona. Całości animuszu dodaje akustyka sali - wrzaski i nuty Abe wspaniale rezonują, tworząc drugą, niby niezależną, lecz równoległą warstwę dźwięku. 

 

Cztery z sześciu utworów to improwizacje na alcie, dwie z nich to solo nasaksofonie sopranino i właśnie nad tymi ostatnimi chciałbym się pochylić. Podczas gdy altowe tworzą mocne, rozedrgane, poszarpane wizje, tak te na wyższy z instrumentów są przepełnione jakimś potwornym żalem, grozą, a może odpowiada za to raczej rozdmuchany tutaj kontrast między ciszą i dźwiękiem? Boję się momentów, w których Kaoru robi się liryczny, bo jest to ta liryka, która przenika mnie dogłębnie. Chyba powinno mnie martwić, że te obłąkańcze i hipnotyzujące partie, tak kruche i nieuchwytne, a zarazem tak mocne, są akurat tymi, które trafiają do mnie najbardziej? Kruchość w dwóch częściach. Albo w sześciu, albo też w całej dyskografii tej tragicznej, zapomnianej, postaci.

 


Marta Konieczna:


 

Za Wikipedią: Przyjmuje się, że jeśli stosunek wytrzymałości na rozciąganie do wytrzymałości na ściskanie jest mniejszy od 1/8 to materiał nazywamy kruchym. Cokolwiek to znaczy. 

 

Muzyka jest jednak sztuką pozamaterialną, istniejącą w czasie. Jak więc ją rozciągać czy ściskać? Można by wysnuć wniosek, że dzieła kruche odznaczają się stosunkowo małą odpornością na oddziaływanie siły zewnętrznej, że nie są też elastyczne, trzymają się swojej formy i nie nadają się do każdego otoczenia. Dla mnie już te ,,warunki'' spełnia poniekąd Radio Amor Tima Heckera. 

 

Jest to muzyka tak bardzo we własnym stylu, trochę aż zamknięta w swojej wyrazowości, nie potrzebny jej świat z zewnątrz, nie jest to dla mnie też płyta na każdą okazję. Ale przede wszystkim to jej brzmienie określiłabym słowem przewodnim tego cyklu. Radio Amor opiera się na muzyce pasmowej, powtarzającej się, ale jednak rozproszonej i rozedrganej, co czasem sprawia wrażenie bałaganu, obłoku dymu.  Mniej jest jednak w niej ulotności niż właśnie kruchości. Zsyntetyzowane dźwięki trzeszczą, są zniekształcone, chropowate, niekiedy trochę ,,potłuczone''. Ale tylko na powierzchni. Ich rdzeń to bardzo pełne, dokładnie przemyślane wybrzmienie. Naprawdę szlachetne. I ten dualizm jest słyszalny, można sobie wyobrazić jak brzmiałby album bez wszystkich rys - efektów deformacyjnych, otóż brzmiałby ładnie. ,,Obtłuczony'' z wierzchu jest jednak jedyny w swoim rodzaju. Hałas szmerów, tak obecny na płycie, nawet ją otwierający, nie jest jednak noise’owym taranem, a bardziej rojem gwiezdnego pyłu. Potrafi mknąć w tle, a czasami poszczególne dźwięki wybijają się swoją ostrością (Hecker lubuje się w kontrastach wysokości tonów), co już dość obrazowo kojarzy się z okruchami stłuczonego szkła. Każda melodia zdaje się kruszyć w tym samym momencie, w którym się pojawia, uwalnia pobrzmienia, tony, alikwoty, z których się składa.

 

I jeszcze ostatnia kwesta. Radio Amor zbudowane jest na obiekcie głębokich zainteresowań Tima Heckera - białym szumie. To szum akustyczny o zupełnie płaskim widmie. Jego odpowiednikiem jest białe światło, którego widmo fali również jest płaskie. Dopiero pryzmat pozwala pokazać to, z czego się składa - wszystkie barwy światła. Tim Hecker z białego szumu wydobywa cały przekrój dźwięków, barw brzmień, można więc nazwać go takim pryzmatem. Który przecież jest obiektem kruchym.

 


Filip Preis:


Kruchość uczuć, kruchość serca, kruchość ciała. „Vulnicura” autorstwa Björk jest chyba jednym z najbardziej emocjonalnych, szczerych aż do bólu i druzgocących albumów we współczesnej muzyce. Ta liryczna spowiedź artystki z najgłębszych przeżyć spowodowanych rozstaniem z jej wieloletnim partnerem zawiera w sobie tak ogromną dawkę przejmujących linijek, które w połączeniu z zachwycającą produkcją są jeszcze silniejsze.

 

 Björk przeprowadza nas przez cały proces, poruszając wiele kwestii – na „Stonemilker” zaznacza niepokój o miłość, wyczuwa dysonanse emocjonalne pomiędzy nią, a jej partnerem, dostrzega brak fundamentów tego, na czym zbudowana była ich relacja; „History Of Touches” odsłania cielesność i intymność, ale także i tęsknotę za bliskością, szczerym dotykiem najbliższej osoby. „Family” odnosi się do tragedii rozpadłej rodziny, Björk wręcz rozpacza nad zniszczoną pełnią szczęścia, która zawierała się w tym pozornie nierozłącznym trójkącie matka-ojciec-dziecko. Apogeum rozpaczy jednak zachodzi na przejmującym „Black Lake”. Poruszane są tu kwestie nieprzerwanego bólu i smutku, całkowitej beznadziei złamanego serca, najmroczniejszych zakamarków emocji związanych z rozstaniem. Björk porównuje swe serce do czarnego jeziora, w którym bezpowrotnie tonie, nie widzi nic, co mogłoby ją uratować. Czuje się zdruzgotana, szuka winy w ogromnie swej miłości („Did I love you too much? / Devotion bent me broken”). Na sam koniec dobitnie stwierdza, że nie widzi szczęścia w przyszłości; że jej serce zostało na tyle zniszczone, że nie będzie w stanie nigdy wyleczyć się z rozpaczy („I’m drowned in sorrows / No hope in sight of ever recover / Eternal pain and horrors”). Na „Notget” Björk jednak dochodzi do konkluzji, że ból przepełniający jej serce będzie szansą na to, by wyleczyć się z tej okropnej melancholii, a miłość do jej córki będzie tym, co da jej nadzieje na przeżycie tego podłego stanu. 

 

Wrażliwość Björk rezonuje w każdej sekundzie albumu, pozostawiając słuchaczy z mętlikiem wrażeń i przemyśleń. „Vulnicura” jako całość opowiada o emocjach, które mają w sobie tyle mocy, że każdy wsłuchujący się w jej słowa w jakiś sposób będzie poruszony jej ogromnym cierpieniem i smutkiem.

 


Karolina Kobielusz:


 

Pod pojęciem ciszy może kryć się wszystko; niewypowiedziane słowa, gorycz tęsknoty, ludzkie ułomności, lęk. Może być ona największym manifestem, może obnażać i zbliżać; koić, a zarazem boleć. Tym bardziej, gdy nieśmiało  wyłania się z niej coś specyficznego, niemającego stałej postaci, a dodatkowo przenika przez siebie wzajemnie. Przenika również przez słuchacza.  To intymne zderzenie się odbiorcy z dźwiękami pobudza wszelkie rodzaje naszej wrażliwości. Budzą współczucie i chęć skonfrontowania się z rdzeniem dźwięku.  A gdyby można było go dotykać, obejmować czy chwytać - kompozycje Liz Harris, twórczyni projektu Grouper z pewnością rozsypywałyby się w rękach. Dla mnie to one, jak żadne inne, są doskonałym odzwierciedleniem kruchości i jej synonimów. 

 

Widocznie gitarowe drony od wytwórni Kranky, pod której znakiem Liz wydała „The Man Who Died in His Boat”, mają w sobie coś, przez co kruchość zyskuje całkiem nowy wymiar. Można by dodatkowo wspomnieć o Low czy Windy & Carl, dla których również zmysłowe i do kości smutne akustyczno-ambientowe podkłady stanowią dominantę w dyskografii.

 

Portlandzka artystka nawet w swych utworach z pozostałych płyt, o których muszę wspomnieć - począwszy od wcześniejszych „Alien Observer”, „Water People”, a skończywszy na późniejszym „Call Across Rooms” - ukazuje pewną podatność na zranienie, emanuje nią. „Vanishing Point” to jednak utwór przełomowy. Jest punktem kulminacyjnym, opus magnum opisywanej płyty, co więcej - całej twórczości Liz Harris. Oszczędność, łamiące się i rozlewające na powierzchni szumu wyalienowane dźwięki pianina tworzą pejzaż tak przejmujący, przestraszający jednocześnie człowieka przed przypadkowym zaburzeniem panującego w nim porządku,  wprowadzeniem dysharmonii.

 

Utwory balansują między warstwami gitarowych dronów, niezawadzającymi field recordings, a ambientowymi fakturami, w których poza kotłującymi się  błogością i melancholią, unosi się czarujący i dość enigmatyczny głos przyjmujący formę onirycznego powietrza, uśmierzającego, absolutnie hipnotycznego, ale i takiego, z którego nie da czerpać się głębokimi haustami. 

 

Projekty Liz są kruche dzięki niej samej i dzięki temu, co w nie wkłada, pozostawiając człowieka w letargu.

 


Bartek Janisz:


 

 

Kruchość obiektu wedle definicji jak i powszechnego zrozumienia szacujemy na podstawie wytrzymałości na oddziaływanie sił zewnętrznych. Obiekty „kruche” są w stanie znieść stosunkowo niewielką ofensywę owych sił. Jak ma się to do muzyki, czyli zlepku struktur dźwiękowych w czasie? Swoje postrzeganie naszego słowa klucza chciałbym przedstawić na albumie Successor (ded004).

 

Dla osób zaznajomionych z twórczością Dedkind Cut może się wydawać to dziwnym wyborem, złowrogi klimat produkcji nijak ma się do delikatnych emocji które najczęściej wiążemy z kruchością. Successor to album pełen niepokoju, pomimo swojego ambientowego charakteru- zupełnie nieprzewidywalny. To nie jest muzyka która może być „tłem”, ponieważ „tło” nie wytrąca co chwile z równowagi i nie przyciąga dynamiką zmian. Album otwieramy za pomocą „Descend From Now”, rozedrgana kompozycja na bazie smyczków po upływie ledwie minuty, zostaje rozniesiona przez spokojną, głęboką ale stanowczą falę cyfrowego przypływu. Doskonałe wprowadzenie do kolejnego na liście „Instinct”, gdzie lekka i przyjemna melodia stopniowo opleciona zostaje kaskadą industrialnych szumów. „Maxine” to prawdziwa sinusoida, od pierwszych dźwięków uwodzi harmonią, by brutalnie zabić ją agresywną sekwencją dźwięków. Gdy utwór wraca do poprzedniej równowagi czujemy wręcz ulgę, a potęgują to brzmiące nieco abstrakcyjnie w kontekście całości, łagodne tony gitary. To tylko pare wymienionych ścieżek , a jadnak taka próbka wystarczy aby zobrazować tytułową idee. 

 

Według nauk humanistycznych, nasze układy odpowiadające za percepcje rejestrują tylko zmiany, a właśnie kruchość środowiska daje nam tą okazje. Paradoksalnie możliwość zniszczenia jednego standardu w muzyce, tworzy nowy. „Successor” to album który przy pomocy agresji wyprowadza nas na zupełnie inne wody, z nowym, niejednoznacznym zestawem emocji i poczuciem estetyki. „Momenty, które uznasz za brzydkie, nieprzyjemne i niestosowne w mojej działalności jako Cut Dedekind, staną się z pewnością jej sygnaturą” - Fred Warmsle, po raz kolejny się nie pomylił.

 


Patryk Wojciechowski: 


 

 

Kiedy usłyszałem, że motywem przewodnim naszego pierwszego artykułu z cyklu 'Interpretacje' ma być kruchość, pomysł pojawił się momentalnie. Określenie to jest mi szczególnie bliskie, fascynowało mnie od zawsze i gdyby tak opatrzyć wszelkie filmy, książki czy płyty, które udało mi się w moim życiu poznać jakimś motywem, to tych, z tagiem kruchość, byłoby zdecydowanie najwięcej. Album, który zamierzam przedstawić, wydaje się być dla mnie jeśli nie muzyczną definicją tego terminu, to w najgorszym wypadku najlepszym znanym mi do niego rymem. 

 

'When I was a child
Peers pushed me hard
In my head, in my neck, in my chest, in my waist, in my butt

I still beg
Please help me'

 

Od wydania 'Lovetune for Vacuum' minie niedługo 10 lat, a te kilka wersów nadal przyprawia o dreszcze. Anja Plaschg, która stoi za projektem Soap&Skin to wokalistka pochodząca z Austrii lecz na wspomnianej płycie śpiewa w języku angielskim. Efektem fuzji  jej austriackiego akcentu z angielskimi tekstami jest hipnotyzująca i poruszająca dawka intymnego wokalu. To jeden z najważniejszych elementów układanki, ale nie jedyny. Drugim jest muzyka, która bardzo skutecznie wspomaga Anje i uwypukla jej atuty. Dwoma instrumentami, które wysuwają się w większości utworów na pierwszy plan są fortepian i skrzypce. Oprócz tego słyszymy również różne akcenty muzyki elektronicznej, które – co istotne – nie przeterminowały się i nie wywołują dziś jedynie ironicznego uśmieszku na ustach słuchacza, wyłączając może najgorszy na płycie utwór ‚DDMMYYYY'.

 

Cała magia twórczości Soap&Skin nie polega jednak na doborze instrumentów czy sprawnym wkomponowaniu dźwięków syntezatorów i perkusyjnych automatów. Tym co urzeka najbardziej jest wspomniana kruchość: momentami słyszymy potężne wokalne partie, które rysują przed nami obraz kogoś pewnego siebie i panującego nad sytuacją, by za chwilę zderzyć się z niesamowitą dawką autentycznego i przejmującego śpiewu, a nawet czasem jęku, który chwyta za serce i nie pozwala o sobie zapomnieć. Aby móc sprawnie przedstawić tak subtelne emocje potrzebne jest stworzenie kontekstu. To właśnie kontrast między tymi skrajnymi stanami porusza najbardziej. W 'Spiracle' Anja odsłania przed słuchaczem swoje najbardziej intymne oblicze. To moment, kiedy mieszanka osobistych wersów, austriackiego akcentu i minimalistycznych dźwięków fortepianu tworzą moją definicję kruchości. To jeden z tych utworów, którego słuchasz leżąc zwiniętym w kłębek. I jeden z tych, o których się nie zapomina. 

'I was a child, I was a child
I was a child, I was a child
I am a child'