Interpretacje — OBAWA

Interpetacje
Podobno muzyka zaczyna się tam, gdzie brak już słów na wyrażenie czegoś. Wychodzi więc na to, że muzyka jest słowom nadrzędna, a co gdyby tę sytuację odwrócić? W naszym cyklu INTERPRETACJE wrzucać będziemy wybrane przez siebie albumy na orbity mknące dookoła jednego, wybranego na dany tydzień hasła. Kierować będziemy się odczuciami, skojarzeniami, sami jeszcze zobaczymy czym. Cykl kontynuuje słowo-klucz OBAWA. Zapraszamy do lektury!

 

 


Marta Konieczna

 

 

Carla dal Forno - You Know What It's Like

 


 

Muzyka zdecydowanie potrafi wywoływać obawę. Pchać nas w lęk. A jednak zwrócę się w stronę tej, która koi te niepokoje. Ostatnimi czasy mnie najbardziej otula Carla dal Forno, gdzie otula staje się słowem idealnie trafnym. Miękki, niski głos artystki snuje się tak, jakby ona sama leżała zawinięta niedbale w pościel. Melodie stają się zaklęciami chroniącymi przed obawotwórczymi stresami, zwątpieniami i smutkami. Te z kolei są zawarte też w samej muzyce, w burzowym odgłosie z pierwszego utworu, w tęsknym gwiździe, w stukotach, szumie takim jak słyszymy w głowie kręcąc się zbyt długo w miejscu. Albo zbyt długo bijąc się z myślami. Zwykle w dni takiej podłamanej na duchu zadumy aż chce się posłuchać czegoś, co zniszczy nas do cna, co przepracuje problem do końca. Jednakże czasem warto spokojnie wylizać rany, podleczyć się z naszych obaw. 

 


 

Filip Preis

 

 

Piernikowski – No Fun

 



 

Ten album jest jak ogromna czarna chmura na horyzoncie, zwiastun czegoś niepokojącego. Brak tak naprawdę słów,  by wyrazić przyczynę tego niezwykle specyficznego stanu – ta w całości pochłaniająca melancholia wręcz wypływa z jakże mrocznych i chłodnych syntezatorów, które rozpościerają się na całej przestrzeni trzydziestodziewięciominutowej opowieści o zmaganiu się z tak zwaną „prozą życia”, błahostkami, które tak silnie oddziałują na człowieka i na jego sferę emocji. I właśnie w tym „No Fun” jest tak bardzo prawdziwe – zawiera w sobie tę szarą codzienność, która zatopiona jest w ciągłych zmartwieniach, która czasami świadomie, ale także często i podświadomie przeżywamy. Gdzieś to się nam wbija, gdzieś to w nas siedzi, jest nam niewygodnie – nie wiadomo tylko dlaczego. Ale przecież nic w sumie się nie dzieje, prawda?

 


 

Karolina Kobielusz

 

 

HTRK - Work (Work, Work)

 


 

Czas, który poświęcam słuchaniu HTRK naznaczony jest szerokim wachlarzem obaw. Obaw o kierunek, w jakim zmierza świat. Przede wszystkim obaw o emocjonalność i wrażliwość, dzięki którym człowiek jest tak wielowarstwowy, a w tym przypadku  zdają się one zainfekowane, zarażone i stopniowo poddawane destrukcji. W miejscu wykreowanym przez HTRK człowiek  zna tak wiele uczuć, balansuje pomiędzy skrajnościami, ma dylematy moralne, stale poszukuje źródła rozpaczy. Jednocześnie zaś mechanicznie i konsekwentnie wyzuwany jest ze wszystkiego co ludzkie.  Przestrzeń wykreowana przez HTRK jest dla mnie o tyle przerażająca, że stanowi obraz profetyczny. Zaburzony porządek świata. Patologia. Work (Work, Work) to dla mnie niekończące się opowieści tkane strachem, których narratorem jest sensualny chłód, punktem kulminacyjnym zaś są dźwięki podszyte narkotyczną atmosferą i coraz większym niepokojem. 

 

Czy w świecie, w którym żyjemy jest miejsce dla uczuć? 

 


 

Patryk Wojciechowski

 

 

Mica Levi - Under the Skin 

 


 

Mica Levi znany również jako Micachu to urodzony w '87 Brytyjczyk. W muzycznym świecie kojarzony głównie jako postać, która współpracowała m. in. z Arcą czy Deanem Bluntem. Fani kina powinni go jednak znać jako autora ścieżek dźwiękowych do takich filmów jak Jackie czy Under the skin. Dziś chciałbym pomówić o drugim z nich. Wypuszczony w 2013 roku film reżysera Jonathana Glazera to bardzo intrygująca opowieść, w której nie ma miejsca na półsrodki i kompromisy. Skrajnie autorski i bardzo dobrze przyjęty przez krytykę, zachwyca swoim wizualnym rozmachem i perfekcyjnym połączeniem obrazu z fonią. Obawa kojarzy mi się z suspensem i ciężko w tym wypadku nie wspomnieć o Under the skin. Wracając do Leviego, ścieżka dźwiękowa, którą stworzyl idealnie dopełnia wizję reżysera. Jest też przez to oczywistym wyborem przy dzisiejszym motywie przewodnim jakim jest obawa. Wprawdzie zalecałbym zacząć od obejrzenia filmu, ponieważ w ten sposób można w pełni zrozumieć i odczuć kontekst i wrażenia jakie stara się wyzwolić Mica Levi, jednak sam soundtrack jest w stanie obronić się jako niezależne dzieło i przez to zachęcić do seansu. To muzyka ciągłej niepewności i nieopadającego napięcia. Dźwięki, które wypełniają głowę, kiedy idąc w nocy, wolimy nie spoglądać za siebie. 

 


 

Filip Skirtun

 

 

John Cale - Sabotage/Live (+ Animal Justice EP) \\\\\ This Heat - This Heat & Deceit

 


 

A dzisiaj trzy płyty. Czemu? Taki maleńki sabotaż ode mnie. Tylko o tych dwóch dalej nie poczytacie, bo mi się nie chce nic o tym pisać. Posłuchacie - zrozumiecie. Tylko obawiam się, że będziecie się potem obawiać.

 

Naćpany, zrażony do całego świata John Cale, mający w tamtym czasie w składzie choćby basistę George'a Scotta, związanego z 8-Eyed Spy i Raybeats, oraz kilku mniej znanych ludków, 16 czerwca 1979 zaserwował świetny koncert w CBGB, który właśnie tutaj mamy zarezerwowany. Płyta przepełniona obawami, a także sarkazmem i ironicznymi tekstami, brzmiąca raczej w rejonach no-wave, może trochę nowej fali, brudna i cholernie wciągająca.

 

Obowiązkowe słuchanie, szczególnie, że niektórze z wydań zawierają EP-kę Animal Justice, na której są zupełnie bezbłędne "Hedda Gabler" i "Rosegarden Funeral of Sores" - tak, to samo "Rosegarden Funeral of Sores", za które potem brało się Bauhaus. Gdyby ktoś wam powiedział, że solowy Cale nie był wpływowy, to macie tutaj ładnego prztyczka w nos dla takiego konusa.

 

Wchodząc w temat, nie sposób nie pochylić się nad Dżonem: jak bardzo Cale bywał naćpany od okolic 1977 roku - a i nawet wcześniej? Ten konfrontacyjny okrutnik, w trakcie jednego z koncertów w brytyjskim Croydon, chwycił tasak i obcinawszy kurczakowi głowę, (który, o czym nie wiedział nikt poza samym Johnem) - która wedle anegdot wpadła komuś do napoju, być może nawet w locie sikając krwią (uwielbiam wyobrażać sobie ten scenariusz) - potem skutecznie pozbył się swojej sekcji rytmicznej... gdyż była nią dwójka wegetarian, którzy, zresztą, rzekomo najpierw pełni obaw przepytali go, co zamierza robić z tymże kurem. A potem tak po prostu sobie odeszli z zespołu - dziwne, co nie? 

 

Może jednak powinniśmy w tym miejscu mieć obawy o własne zdrowie psychiczne, skoro tak w zasadzie wytwór człowieka na ostrym kokainowym haju, paranoiczny, gęsty, wręcz brzydki i wściekły jak cholera, nie robi na nas wrażenia? Znaczy - no bo na pewno nie jest tak, że tylko na mnie nie robi aż takiego. JEST TAK, PRAWDA? Przechodząc jednak do sedna sprawy: tak, jak "Mercenaries (Ready For War)" można skwitować uśmieszkiem i nazwać trywialnym, acz i tak paranoicznym, tak nie da się wyśmiać znakomitego, wręcz chorego "Dr. Mudd", które łączy  trochę kiczowate, trochę funkowate disco-melodie, z zupełnie przewrotnymi tekstami odnoszącymi się do bombardowania Hiroszimy i Nagasaki - to wszystko w akompaniamencie pań robiących DUDUDUDU DUDU DUDU DU DU, szorstko zafeedbakowanych solówek i oczywiście paranoicznego, przejętego (być może nawet przesadnie!) wokalu Cale'a. I pytaniu, co zamierzamy zrobić, gdy Chiny zrzucą na nas takiego małego skurczybyka pełnego uranu. 

 

Z kolei "Sabotage" ma w sobie pewien bardzo specyficzny, sabotażowy właśnie urok: długo mi zajęło, pojęcie tego, że samo instrumentarium brzmi tu tak, a nie inaczej właśnie dla tego kontekstu sabotażu klasycznej struktury utworu - jestem na siebie wściekły, że tak wolno byłem w stanie to załapać. Tutaj chyba ćpuństwo Kejla daje się najmocniej odczuć: paranoik skandujący "niszczcie wszystko, co znajdziecie w prasie!". O książkach nie wspomnę, wszak jestem pismakiem, a każdy pismak musi starannie bronić swojego gniazda, więc proszę was - bardzo serdecznie - nie niszczcie prasy, bo będę smutny :( A książki niech idą do diabła.

 

Ta przydługa dygresja służy tu do zakreślenia wyraźnego, wyrazistego - jak zresztą sama monochromatyczna okładka wydania z 1999 roku - tła. Oczywiście, w obecnych latach, zderzywszy się już ze scenami harshu, rozmaitej maści szorstką awangardą, muzyką konkretną, i zbliżonymi, nie odbierzemy może Sabotage/Live jako czegoś kompletnie nieprzystępnego. I co z tego, kurdeczka? Mało jest takich autentycznie paranoicznych i pełnych zmartwień krążków, na dodatek śpiewanych tak zachrypniętym głosem. Dziwaczne kompozycje, dziwaczny skład osobowy, dziwaczne pomysły - czyli chyba Kejl w pigułce.

 

Obiecałem nie napisać o This Heat - ups, jestem niesłowny. Hayward, Bullen i Gareth Williams wspominali swego czasu o swych inspiracjach całą jazdą wokół wojny nuklearnej jako motywacją dla albumu: to chyba jeden z najbardziej chorych i pionierskich krążków, jakie kiedykolwiek powstały i cholernie silne emocjonalnie przeżycie - chyba nigdy nie wyprę z głowy swojego stanu psychicznego z koncertu This is Not This Heat na Offie. A na debiucie zwróćcie uwagę na "Not Waving". Arcydzieło.