Interpretacje — OBOJĘTNOŚĆ

Interpetacje
Podobno muzyka zaczyna się tam, gdzie brak już słów na wyrażenie czegoś. Wychodzi więc na to, że muzyka jest słowom nadrzędna, a co gdyby tę sytuację odwrócić? W naszym cyklu INTERPRETACJE wrzucać będziemy wybrane przez siebie albumy na orbity mknące dookoła jednego, wybranego na dany tydzień hasła. Kierować będziemy się odczuciami, skojarzeniami, sami jeszcze zobaczymy czym. Cykl kontynuuje słowo-klucz OBOJĘTNOŚĆ. Zapraszamy do lektury!


︎ Bartek Janisz

 

Molly Nilsson - These Things Take Time

 


 

Obojętność to w naszej, środkowo-europejskiej kulturze XXI wieku, to rzecz już nie tylko powszechna, ale pożądana. Banalne jest (po raz kolejny) zwrócenie uwagi na krzywdy i konflikty świata, do których mamy szeroki dostęp dzięki rozwiniętym mediom, nieco mniej banalnym zagadnieniem jest obojętność stosowana w mniejszej skali, wobec osób z którymi utrzymujemy codzienne integracje. Ten dystans służy prawie każdej jednostce, pomagając utrzymać priorytety w ryzach, czyli swój własny rozwój bądź hedonistyczne doświadczanie przyjemności. Zabawne jest to, że równocześnie jedyne rządy które uważamy za cywilizowane opierają się na kolektywnych wyborach, co wydaje się kolidować z priorytetami indywidualistycznego społeczeństwa. `Drastycznie inaczej zaczyna wyglądać sytuacja kiedy to nasze „ja” staje w obliczu problemu, zaangażowanie zasobów poznawczych szybuje wówczas w górę, robimy bezwzględnie wszystko aby zminimalizować dysonans. Jednak co się dzieje gdy to się nie udaje? 
Epizody depresyjne, bądź sama depresja egzogenna (spowodowana czynnikami zewnętrznymi) jest sumarycznie drugą, najczęściej występującą świata. W naszej części europy odsetek chorych wynosi 4-6%, aż trudno sobie wyobrazić zasięg wpływu tak potężnego nagromadzenia silnych emocji w społeczeństwie, które przecież nieustanie tworzy szeroko pojętą kulturę. Po nitce do kłębka, każdy z nas zna ckliwe ballady Elliotta Smitha, słodko-gorzkie wersy Morrisseya i posępne brzmienie Thoma Yorka, jednak dla mnie królową smutku i goryczy wciąż pozostaje niewielka wykonawczyni urodzona w Sztokholmie, Molly Nilsson.

 

Najlepszą próbką mierzącą wyjątkowość Molly wydaje się być debiutancki album, „These Things Take Time”. To lo-fi dream pop w najlepszym wydaniu, łączący w sobie bezpretensjonalność prostych melodii z dojrzałymi, sceptycznymi tekstami. Szwedka ma w sobie coś takiego, co nie pozwala nam wątpić w jej autentyczność. Trzynaście prostych, czasem autoironicznych pozycji, które raz przypominają zbiór myśli połączonych zgrabną analogią, raz gorzką anegdotę a czasami pościelową balladę. Podkład dźwiękowy przypominający melodie wygrywane na rytmice w przedszkolu, skutecznie zabija patos, nieraz naprawdę mocnych tekstów, przez co muzyka Molly zyskuje na uniwersalności. Jednak to nie jest wszystko za co tak cenię wciąż młodą artystkę, Nilsson ma niezwykłą umiejętność sprzedawania codziennych sytuacji i stanów emocjonalnych z którymi prawie każdy może się utożsamić,  jako coś ważnego. Dostępność refleksji artystki daje poczucie zrozumienia które działa w obydwie strony. Dzięki „These Things Take Time”, odwilż przeżywają rzeczy, które jednostkowo prawie nie zwracają naszej uwagi albo nie wychodzą z wyuczonego cienia obojętności, chociaż z tego przecież składa się nasze życie.

 


 

︎Marta Konieczna

 

 

Jenny Hval – Blood Bitch

 


 

To tak do bólu szczery album. Może i ekshibicjonistyczny miejscami. Jednak gdy sami potrzebujemy ogołocić się, by dać wyraz uczuciom, ale za mało w nas odwagi a za dużo wstydu, to dobrze, że ktoś robi to za nas. Że możemy się w tym odnaleźć. Jenny tak pięknie snuje swą uzewnętrzniającą opowieść. Raz owija gorzkie słowa w woal melizmatów, raz wyrzuca je wprost. I słyszymy jak jej ciężko, jak mozolna jest praca nad własnym cierpieniem i sobą samym. To szukanie siebie we własnych odmętach, w których tak łatwo przecież się zgubić. Tym bardziej, gdy pozbawiamy się kontekstu ukochanej osoby, gdy zostajemy w tym sami. Co pozostało artystce? Tylko budowanie siebie udając, że fundamenty to wcale nie zgliszcza. Tułaczka Hval jest tym trudniejsza przez niezrozumienie, innych i własne, zwątpienia. Nie pojmuje swojej roli w świecie,  prześladuje ją własna cielesność, przeraża mentalność. A to wszystko dla kogoś. Rozpaczliwie starając się siebie nie zgubić po drodze.

 

Jenny tak szczerze przyznaje się do słabości, że to po prostu musi chwytać za serce.
Nie sposób przejść obok tego obojętnie. Samej artystce daleko do obojętności w ekspresji, w przekazie. Co więc ten album robi w dzisiejszych Interpretacjach? Nie mogę po prostu uwolnić się od wrażenia, że zbyt długo i zbyt wiele osób pozostawało obojętnych wobec Jenny Hval, wobec jej uczuć.

 


 

︎ Patryk Wojciechowski

 

 

Tropic of Cancer - Stop Suffering

 


 

Tropic of Cancer. To musi być muzyka obojętności. Wypadkowa cieknących emocjami gitar, zimnych perkusji i rozmytych wokali. To muzyka generująca klimat, który przejmuje narracje i zwraca uwagę. Skoro tak, to niby czemu obojętne? A to dlatego, że gdyby tak oddzielić wszystkie składowe, nie dostalibyśmy nic nazbyt wyjątkowego. W tym tkwi cała moc tego projektu, co szczególnie słychać na EPce 'Stop Suffering'. Nie jest łatwo stworzyć coś tak przekonującego, z tak nieszczególnych elementów. Mimo tego, że zespół w 2012 roku opuścił Silent Servant(jego solowe rzeczy to piękne, hipnotyzujące muzyczne tripy) i z duetu Tropic of Cancer stał się projektem Camelli Lobo, wpływ Johna Mendeza jest odczuwalny nawet w późniejszych wydawnictwach. O 'Stop Suffering' Camela Lobo mówi tak: 'Tak, jest to muzyka o smutku, ale zupełnie pozbawiona rozczulania się nad sobą'. I coś w tym jest. Wolno budujące się utwory przywodzą na myśl stan walki z emocjami. Na końcu zawsze czai się obojętność. 

 


︎ Karolina Kobielusz

 

                   SARS - Письмо

 


 

 

Może wygłupiam się pisząc o SARS zaledwie trzy zdania i kilka epitetów, ale czuję, że mówią one wszystko, co chciałabym powiedzieć. Jej album to inny świat. Surrealistyczny, mglisty, oziębły, wyzuty z emocji, a jednocześnie przepełniony nimi. To świat obojętny na wszelkie zewnętrzne bodźce. Samoistny.

 


 

 

︎ Filip Skirtun

 

 

Jim O'Rourke - Insignificance

 


 

Obojętność? A może "Insignificance", czyli raczej nieistotność, lecz przecież nieistotność, to tylko trochę inna obojętność.

 

Po zupełnie innej stylistycznie "Eurece", Jim O'Rourke (spoko gość, gra free i takie tam inne kolaboracje, i pierdoły... - tak, popadam w powtarzalność, niestety) uderzył w bardziej alt-rockowe brzmienie. Chyba pierwszym, co rzuca się w oczy, jest ta paskudna okładka - chociaż musiałbym skłamać, że akurat to ona, a nie ta "Eureki", skradła me serce. Nie wiem dlaczego, ale tak szczypiący w oczy prymitywizm pasuje wprost genialnie do nazwy. Jarząca, perfidna nieistotność, mimo wszelkich prób walki z nią, i tak prędzej czy później nas dopadnie. 

 

Można mieć zarzuty do tekstów, jednak myślę, że ten - zresztą, chyba mocno mu wytykany, co nie dziwi - "edginess" jest tu koncepcją świadomą, a nie odlotem gimnazjalisty rozczarowanego światem po raz pierwszy. Przypuszczam, że zgodzicie się ze mną, że zabawa wizerunkiem cynicznego, wrednego, dupka, potrafi być zarazem zabawna i pouczająca. 

 

Jak gdyby zgubiwszy poprzednie korzenie folkowe i prymitywistyczne, uderzamy w Rhodesy, w dziwaczne tuningi, bogactwo rytmów i pomysłów, okrutnie zgorzkniałe teksty, trochę rezygnacji ("Good Times" - ech, tak perfidnie zaznaczona ironia to też nie jest rzecz czesto spotykana, tym bardziej, gdy dorzucamy piękne lapy), okrutne "Get a Room"... 

 

Tak, właśnie: okrutne, bo co prawda "It's quite a gamble to speak out of place \ Those things could kill you but so could your face" z "Memory Lame", które, ze swoim uroczym wrzutem na twarz słuchacza, jest przecież zupełnie urocze, a z kolei tutaj mierzymy się z pewną dramatyczną historią - już nie cynicznym wrzutem albo obrazą, lecz z prawdziwym dramatem. Mistrzostwo aranżacyjne, mistrzostwo prostoty. I tutaj właśnie możemy założyć klamrę: zabawa wizerunkiem dupka osiąga apogeum, wręcz granicząc z... Zaraz, a może O'Rourke jednak po prostu JEST dupkiem? Zastanowiwszy się dłużej, przypuszczam, że po prostu mamy tutaj geniusz aktorstwa, i już. Możemy chórem stwierdzić, że nikt z nas nie chce znaleźć się w rolach postaci, do których potencjalnie bohaterzy mogliby kierować swe słowa

 

Rzuciwszy zupełnym klasycznym czerwonym śledziem: za każdym odsłuchem odkrywam tu coraz dalsze płaszczyzny i kolejne połacie dźwięku... Możecie mnie nazwać sentymentalnym, ale po prostu chyba do końca swych nędznych dni... będzie mnie to gryzło w dupsko. I pamiętajcie: jeśli schodzić ze świata, to z takim pierdutem, jak na końcu "Life Goes Off!". Iście niespodziewana puenta tego krótkiego i bogatego w pomysły krążka.
 
Grafika:

SANDRA SYGUR