Interpretacje — POMIĘDZY

Interpetacje

Podobno muzyka zaczyna się tam, gdzie brak już słów na wyrażenie czegoś. Wychodzi więc na to, że muzyka jest słowom nadrzędna, a co gdyby tę sytuację odwrócić? W naszym cyklu INTERPRETACJE wrzucać będziemy wybrane przez siebie albumy na orbity mknące dookoła jednego, wybranego na dany tydzień hasła. Kierować będziemy się odczuciami, skojarzeniami, sami jeszcze zobaczymy czym. Cykl otwiera słowo-klucz POMIĘDZY. Zapraszamy do lektury!

 

 

 


 

Marta Konieczna

The Caretaker - „Selected Memories from the Haunted Ballroom”

 


 

Miłe przeboje międzywojenne, a może nawet i starsze. Łagodna muzyka do sączenia herbaty lub na elegancki bankiet. A z drugiej strony zerodowany dźwięk, potłuczone, zdarte brzmienie. Słuchaj tego albumu jesteśmy zdecydowanie pomiędzy jednym i drugim. Chociaż tych dwóch aspektów nie da się już rozerwać, wygryzły się w siebie. Jesteśmy też jako słuchacze pomiędzy przeszłością a przyszłością. Zazwyczaj taka lokalizacja oznacza ulotny stan teraźniejszości, ale niestety, nie tym razem. W świecie kreowanym przez The Caretakera nie ma teraźniejszości jako takiej w ogóle. Zamiast tego jesteśmy zawieszeni gdzieś, no właśnie pomiędzy tym co było, a tym co może nadejść. Albo co wciąż nadchodzi. Nawiedza, jak duchy. Ich również nie brakuje na tym albumie. Smętnie przesuwają się pomiędzy czasem, stanami bytu, innymi duchami. Powłócząc tańczą do muzyki ich epoki. Pokiereszowanej przez te eskapady pomiędzy niebytem a rzeczywistością. Nie mogąc się zdecydować, do którego z czadów należą, nagrania rozlatują się. Rozstrojony, pokiereszowany i upiorny efekt to clue pracy twórczej tego wykonawcy. Jak i całej hauntology music, o której obiecuję, że powiem więcej już niebawem.

 


 

Patryk Wojciechowski

Murcof - „Martes"

 


 

Autorem albumu, o którym chciałbym dzis opowiedzieć jest Murcof. Muzyk, który wraz z rozwojem swojej kariery konsekwentnie podążał w kierunku muzyki klasycznej. Świadczy o tym nie tylko ostatni album, ale również kilka wcześniejszych. Jednak dla mnie, szczytem jego muzycznych osiągnięć pozostają dzieła z początkowego okresu twórczości; w szczególności album "Martes". Jest to płyta, które umiejętnie łączy dwa światy – z jednej strony glitchowa elektronika, bardzo zresztą charakterystyczna dla tego okresu, z drugiej samplowane partie skrzypiec, fortepianów i inne silne akcenty zdradzające fascynacje wspomnianą wcześniej muzyką klasyczną. Być może lepszym przykładem płyty, która była dosłownym pomiędzy jest "Cosmos", ale "Martes" jest dla mnie znacznie lepszym albumem dlatego piszę dziś o nim. Swoją drogą, to właśnie tu zaczynała się moja przygoda z muzyką elektroniczną więc łączy mnie z tym dziełem szczególna więź. Jest to idealny przykład spójnego, momentami nawet hermetycznego tworu, któremu udaje się utrzymać uwagę słuchacza. Wykorzystanie go przy okazji dzisiejszego motywu jest dość oczywiste. Murcof był w stanie stworzyć album będący pomiędzy dwoma światami jego fascynacji, który zachowuje przy tym swój unikatowy styl, co nie jest wcale takim łatwym zadaniem. 

 


 

Karolina Kobielusz
Felicita - "hej"

 


 

Relacja pomiędzy tym, co klasyczne, a tym, co cyfrowe jest swoistym przykładem zjawiska synergii i postać ta, bezapelacyjnie, zatacza coraz szersze kręgi. Ma  przeogromny wpływ na rozpowszechnianie pewnej świadomości krytyczno-twórczego uwalniania od zapomnienia tradycji nie zapominając przy tym o postępie i  technologicznym, i światopoglądowym. Przyczynia się tym samym do kolosalnego rozwoju kultury dźwięku i nadaniu jej doprawdy pięknej wartości. O tym, że klasyka sprawdza się w zdekonstruowanej, abstrakcyjnej  elektronice dowodzi Felicita z PC Music, który oczarował świat swoim ostatnim wydawnictwem „hej!” i poniekąd wiążącym się z nim dawniejszym projektem zleconym przez Unsound  - „Soft Power”. Klasyka, która w tym przypadku przyjmuje postać polskiego dziedzictwa kulturowego, wciela się w utwory skomponowane we współpracy z Zespołem Pieśni i Tańca „Śląsk” bazując na muzyce ludowej wykonanej na fortepianie i będących z nią w pakiecie - tradycyjnych słowach. Klasyka ta znajduje się w ścisłej relacji pomiędzy tym, co cyfrowe czyli elektronicznymi impresjami poddanych destrukcji, opartych chociażby na abstrakcji czy rozwiniętej warstwie perkusyjnej znanej dla bubblegum bassu,  UK bassu oraz art popu.  Dzieło „hej” to  wspaniały przykład albumu, gdzie dwa tak różne światy, korelują ze sobą,  dowodząc jednocześnie, że „pomiędzy” w żadnym wypadku nie oznacza „gorzej”. 

 



Filip Preis
Lucrecia Dalt - "EP"


Lucrecia tymi dwoma pozornie skromnymi utworami opowiedziała historię czasu pomiędzy dniem, a nocą. Ile tu delikatności, wysmakowanych szczegółów, specyficznych wrażeń. „Veta” zabiera mnie w czas wieczornych podróży pociągiem, gdzie niebieskości wypełniają każdy kawałek krajobrazów widzianych przez okno, a delikatny chłód powietrza przyjemnie koi rozgrzane policzki. Latarnie jeszcze nie świecą, ten półmrok wydaje się być dziwnie bezpieczny - czas się zatrzymuje a jedyne co nie pozwala nam się wyrwać z jawy to firanka trzepocząca na wietrze oraz głuche odgłosy kół pociągu. „Esotro” jest jak oglądanie falującej wody w jeziorze, które odbija ostatnie przebłyski jasności nieba. Wiemy, że zaraz trzeba będzie wracać, jednak wciąż nie możemy oderwać wzroku od tego spektaklu światła i cienia. Chciałbym, żeby te ulotne chwile trwały wiecznie. Na szczęście muzyka Dalt działa niczym magdalenki z proustowskiego „Poszukiwania straconego czasu” i otwiera drzwi do tych momentów, których już nie ma (a może ich wcale nie było?).

 

Grafika:

Michał Maliński