Interpretacje — PRESENCE

Interpetacje
Podobno muzyka zaczyna się tam, gdzie brak już słów na wyrażenie czegoś. Wychodzi więc na to, że muzyka jest słowom nadrzędna, a co gdyby tę sytuację odwrócić? W naszym cyklu INTERPRETACJE wrzucamy  wybrane przez siebie albumy na orbity mknące dookoła jednego, wybranego na dany tydzień hasła. Kierujemy się odczuciami, skojarzeniami. Cykl kontynuuje słowo-klucz PRESENCE-OBECNOŚĆ w związku z nadchodzącym wielkimi krokami Unsound Festivalem w Krakowie.  Zobaczcie czym dla nas jest ten motyw. Zapraszamy do lektury!

 


Karolina Kobielusz

 

Sarah Davachi  - "Let Night Come on Bells End the Day"


W erze dźwięków generowanych komputerowo; wysokiej technologii i zatracania indywidualności, swoje miejsce wciąż ma to, co piękne w swej klasyce i minimalizmie. Na Unsoundzie tę wyjątkowość reprezentować będzie Kanadyjka - Sarah Davachi, która konsekwentnie od pierwszego wydawnictwa „The Untuning of the Sky” pielęgnuje drone posługując się naprzemiennie pianinem, organami i dodatkowymi syntezatorami. W jej - kreowanym przez repetytywne dźwięki zwłaszcza w „Let Night Come on Bells End the Day” -  świecie, codzienność jest oczyszczającą medytacją; rzeczywistość ma naturę duchową,  a każde zderzenie się z nią jest zjawiskiem iście hipnotycznym i wzniosłym. Jej obecność w całym bukiecie jakże fenomenalnych i wielkich nazwisk prezentuje się skromnie, ale uwierzcie - tutaj wielkość jej twórczości jest nieoceniona i bezwarunkowo zaznacza się na mapie najbardziej przejmujących słuchowisk nie tylko podczas Unsound Festivalu w Krakowie, ale i wszędzie indziej. 

 


Filip Skirtun

 

Alva Noto - "Xerrox Vol. 3"

 


 

Alva Noto - postać na współczesnej scenie okołoelektronicznej zdecydowanie obecna. Propagator gliczy splecionych z ambientem, jednak oczywiście nie wyczerpujemy tym tematu. To także jeden z proponentów używania zupełnie nieobrobionych szumów w roli choćby elementów rytmicznych. Dodatkowo nie ucieka on od współpracy z innymi muzykami - bardzo płodna współpraca z Ryuichim Sakamoto czy choćby pomysłowe "Leaves of Grass", gdzie jest to w zasadzie split Noto & Tarwater, a wszystko to jako podkłady do poezji deklamownej przez Iggy'iego Popa.

 

Wcześniejszaly motyw obecności był może troszkę pociągnięty na siłę, lecz... Lecz rzeczywiście Noto wnosi coś do świata muzyki. Potwierdza on bowiem obecność w niej zróżnicowanych środków stylistycznych, jak choćby w projekcie "_utp" AN&RS, gdzie zakres zastosowanych pomysłów jest przeogromny. Aż dziw, że tak można wpleść smyczki do elektroniki! Penderecki byłby dumny.

 

Jednakowoż na dzisiejszy album wybrałem "Xerrox, vol. 3". Sądzę bowiem, iż utwierdza on skutecznie obecność nagrań bardzo zbalansowanych, a dzięki temu ogromnie szerokich... Wszak zbalansowanie radykalnych zabaw z gliczami i reverbem poprzez dokooptowanie monumentalnych, quasi-orkiestrowych aranżacji to idealny sposób na przepchnięcie tego typu estetyk na szerokie wody muzycznego oceanu. Jednocześnie Noto nie stroni od, momentami nawet troszkę ckliwej, melodyki.  Jednak ta potencjalna wada ani trochę nie obniża wartości przestrzennego, pejzażowego i wręcz pełnego pustki "Xerroxa vol. 3". Przyznam szczerze, że z wielką chęcią odwiedziłbym Noto na Unsoundzie, zwłaszcza po udanym "Unieqav". Pójdźcie koniecznie!

 


Marta Konieczna

 

Terry Riley - „In C“

 


Muzyka minimalistyczna w ogóle zawiera w sobie dla mnie znamię szczególnej obecności, pewnego absolutu, który przejawia się w jej repetycjach. Dokładniej zaś mówiąc - w odczuciu umysłu, który błądzi w transie powtarzanych motywów. Kiedy wszystko płynie, łatwiej nam złapać moment teraźniejszy, który staje się na tę chwilę pewną nieskończonością zamkniętą w krótkim „teraz“. Jeden z największych przedstawicieli tego typu muzyki będzie obecny już za kilka tygodni w Wieliczce i jest to obecność niezwykle cenna. Amerykanin skomponował też dzieło, chyba najbardziej znane z jego dorobku, które przepięknie redefiniuje „obecność“ muzyka w utworze. W „In C“ wykonawcy nie zaznaczają swojej obecności zbyt nieśmiało, starając się podołać wskazówkom dyrygenta ani poprzez wybicie się na tle pozostałych grając znakomitą solówkę. Utwór jest materią, wyjątkowo żywą, która bardzo nowatorsko zrównoważyła te role, tak naprawdę wykreowała nową. Partytura „In C“ to zaledwie trzy strony. Dwie zajmuje słowne wyjaśnienie idei oraz wskazówek wykonawczych, trzecią zapełniają 53 krótkie motywy muzyczne zapisane nutowo. Każdy z wykonawców (a liczba ich oraz obsada instrumentalna jest dowolna) gra je po kolei, jednak powtarzając tyle razy, ile uzna za stosowne. Każdy z obecnych w składzie zmienia trochę nurt tej rzeki, płynąc w swoim tempie, na swój sposób, ale w tym samym, co inni kierunku. Można też się zatrzymać. Powrót do gry kompozytor określa mniej więcej  tak: wykonawca musi być świadom tego, jaki wpływ na kurs całego utworu będzie miało jego wejście. Co zmieni jego obecność. Trzeba się słuchać uważnie i być świadomym obecności pozostałych muzyków. Obecności siebie wśród nich. W utworze. Oczywiście, to ważne dla każdej orkiestry wykonującej każdy utwór. Ale uduchowiona kompozycja Rileya nie przewiduje nadzoru dyrygenta, tylko owo uczucie obecności w każdym z obecnych. Tak przynajmniej to rozumiem.

 


Patryk Wojciechowski

 

Eliane Radigue  - "Trilogie de la Mort"

 


Eliane Radigue to chyba najważniejsza kompozytorka powiązana z muzyką dronową. Lata poświęcone eksploracji róznego rodzaju syntezatorów doprowadziły ją do pozostania i zbadania granic jednego z nich, a mianowicie ARP 2500, z którym jest nierozerwalnie kojarzana. To właśnie z jego pomocą stworzyła swoje największe dzieła tj. Adnos czy Trilogie de la Mort. Dziś chciałbym napisać o drugim z nich. Trilogie de la Mort to trzy okołogodzinne utwory, których powstanie wiążę się ściśle z wieloletnią fascynacją Radigue buddyzmem i Tybetańską Księgą Umarłych. Sposób w jaki kompozytorka prowadzi narrację na tym albumie to dobry punkt wyjściowy do omówienia dzisiejszego hasła przewodniego jakim jest obecność. Już od pierwszych minut słychać bowiem, że Radigue nie zależy wcale na doprowadzeniu do jakiegoś kulminacyjnego punktu. Celem jest raczej zatracenie się w teraźniejszości, w chwili obecnej. Porzucenie rozmyślania o tym co już nastąpiło i co jeszcze nastąpi. Te dźwięki, w specyficzny sposób, walczą o uwagę słuchacza. Chcą by ten się w nich zatracił, wsłuchiwał w ich strukturę i barwę. Nie jest łatwo zachować skupienie przy tak mikroskopijnych i minimalnych zmianach, kiedy co chwilę atakuje nas kolejna dawka myśli i bodźców. A jednak warto wykazać się cierpliwością i zaangażowaniem. Jak mówi sama Radigue: "Moja muzyka może funkcjonować jako lustro odbijające mentalny stan słuchacza. Jest w stanie odtworzyć nastrój jaki ten w danej chwili posiada, ale by to osiągnąć, potrzeba otwarcia się na to doznanie, szczere wsłuchanie się w dzieło i poświęcenie mu swojej uwagi." Kwestia obecności, przeżywania teraźniejszości w pełnym skupieniu to zresztą bardzo istotne zagadnienie. A przekaz Eliane Radigue doskonale to potwierdza.

 


Filip Preis

 

SOPHIE – „Oil Of Every Pearl’s Un-Insides”

 


Debiutancki album SOPHIE to moment, kiedy  wychodzi z kuluarów syntetycznych grafik i cienia anonimowej persony by jak motyl rozłożyć swe przepiękne, barwne skrzydła. Obecność teraz idzie w parze z widocznością – i ta widoczność jest tutaj najistotniejsza. „Oil Of Every Pearl’s Un-Insides” zawiera w sobie nie tylko niezwykle eksperymentalną, popychającą granice gatunkowe produkcję, ale także i magię oraz moc, tak bardzo specyficzną i kojarzoną tylko z twórczością tejże producentki. Jest również idealnym przykładem tego, jakie formy może przybierać współczesna muzyka, w jaki sposób może się mutować i jak szerokie są jej horyzonty. Niech SOPHIE dalej będzie obecna, niech prowadzi nas wszystkich przez jej wyjątkowy świat, niech wciąż będzie najjaśniejszą gwiazdą we wszechświecie, a „Oil Of Every Pearl’s Un-Insides” niech będzie mapą i instrukcją tego, jak odnaleźć się w teraźniejszości.

Grafika:

Michał Maliński