Interpretacje – ZDERZENIE

Interpetacje
Podobno muzyka zaczyna się tam, gdzie brak już słów na wyrażenie czegoś. Wychodzi więc na to, że muzyka jest słowom nadrzędna, a co gdyby tę sytuację odwrócić? W naszym nowym cyklu INTERPRETACJE wrzucać będziemy wybrane przez siebie albumy na orbity mknące dookoła jednego, wybranego na dany tydzień hasła. Kierować będziemy się odczuciami, skojarzeniami, sami jeszcze zobaczymy czym. Cykl kontynuuje słowo-klucz WSCHÓD. Zapraszamy do lektury!

 

 


⎕ Filip Skirtun 

 

Toshimaru Nakamura — „No-Input Mixing Board 2”

 


Szokującym zderzeniem z rzeczywistością może być dla was fakt, że tak w zasadzie każde urządzenie elektroniczne ma pewne ograniczenia. Nie wchodząc w detale (eheh, w zasadzie to moja wiedza elektroniczna jest bardzo mało imponująca, ale i na to przyjdzie czas w życiu), ale to akurat wystarczy nam na potrzeby tego materiału – każdy wzmacniacz operacyjny ma jakiś poziom odstępstwa sygnału od szumu, po prostu inaczej się nie da. Wyobraźmy sobie to jak taką linię, powyżej której mieści się (albo przynajmniej chcecie, żeby się mieścił) wasz sygnał docelowy, a poniżej której zostaje zabrudzony… czymś. Jakieś losowe sygnały, zniekształcenia, krótko mówiąc – wszystko to, co nie jest tym czego chcemy. Przynajmniej teoretycznie. Przypuśćmy, że jakiś maniak wpadnie na pomysł podłączania sprzętu tak żeby, puszczać sygnał w pętli. Co się stanie, jeżeli współczynnik wzmocnienia wynosi więcej niż 1? Jak powie nam prosta matematyka – najpierw dostaniemy dwukrotną głośność, po chwili czterokrotną, potem ośmiokrotną i tak dalej, aż w pewnym momencie dostaniemy do dyspozycji… ten utajony, niechciany szum sprzętu, przy należytej, sensownej głośności. 

 

Krótko mówiąc, zderzamy sprzęt z nim samym, wiele razy.

 

Gdyby teraz móc… a nie, czekajcie, zaraz, przecież zawsze mogę przekierować ten pozyskany szum na coś innego, zapętlić, przetworzyć i bach, nagle, przy użyciu zupełnie niechcianego sygnału – mam dźwięk do dalszej obróbki! Dodając do tego wszystkiego pogłosy, efekty i inne nagle okazuje się, że mamy do dyspozycji najzwyczajniejszy sygnał rodem z syntezatora. Sześć fajowych, rytmicznych, pełnych niespotykanych nigdzie indziej dźwięków i zupełny klasyk glitchu i generalnie korzystania z tego, na co mądrzy, duzi panowie machają palcem, i mówią „nie no, stary, tego to my nie chcemy, my chcemy tylko prawdziwej muzyki”.

 

Jasne, możecie teraz powiedzieć „hah, kogo obchodzi metoda pozyskiwania dźwięku?”. Moment, ale czy chcecie je zadawać? W jakim celu? Za to pytaniem na miejscu będzie bardziej „dlaczego akurat NIMB2, skoro wyszło tego od ch--- znaczy, całkiem sporo?”. Myślę, że podstawowy NIMB jest zdecydowanie bardziej abstrakcyjny, zaś już dwójka wchodzi w rejony abstrakcyjnej, ciekawej muzyki elektronicznej, nawet tanecznej, na srogo zakrapiane i przećpane imprezy. Zupełna lektura obowiązkowa i dowód na to, że czasem nie należy patrzeć na to, czego nie ma, tylko szukać tego, co jest. Podręcznikowy przykład akceptacji wad.

 


⎕ Karolina Kobielusz

 

Vincent Gallo — „When”

 


Zderzenie jednoznacznie kojarzy mi się z bólem. Zwłaszcza po ostatniej konfrontacji z szybą i momencie, kiedy przeszło mi przez myśl, że prawdopodobnie złamałam nos. A gdyby tak dać się ponieść pierwszej lepszej metaforze i dopuścić do podświadomego zderzenia się człowieka ze ścianą smutku, samotności i goryczy tęsknoty? Czy ból może być w tej sytuacji poddany efektowi synergii?  Myślę, że skutkiem podobnych refleksji jest popełnienie albumu „When” przez Vincenta Gallo. 

 

W jego przypadku ból, wskutek zderzenia się z wyżej wymienionymi zjawiskami, przybiera różne postaci - począwszy od obłędu spowodowanym przez nieograniczoną tęsknotę, a jednocześnie świadomą izolację, skończywszy na dojmującej reminiscencji. Wszystko to głęboko zakorzenia się w wystarczająco znękanej duszy pana Gallo, jednak on mimo to postanawia wykorzystać swój stan, manipulować nim, eksperymentować w sposób, można by rzec, niemalże groteskowy.

 

Odnoszę wrażenie, że wszystko to spowodowane jest tak śmiałym i dość swawolnym podejściem do tworzenia dźwiękowej narracji pod emocjonalną walkę uchwyconą w warstwie lirycznej. Narracja ta jest zdecydowanie zróżnicowana, absolutnie wolna od jakichkolwiek skonkretyzowań i przypisywań, chociażby gatunkowych. Akustyczne dźwięki gitar wytężone są najwyższym uniesieniem, a jednocześnie dekorowane są rzewnym pogłosem szmerów i szumów.  Składają się one z ciągłych powtórzeń, przypominając jednocześnie o nieustannym zderzaniu się z miłością nieskończenie smutną.  

 


⎕ Bartek Janisz 

                                   Boards of Canada —  „Music has the right to children”

 


Równo dwadzieścia lat temu, przekonano się, że muzyka robiona na komputerze ma duszę. Mówimy oczywiście o debiutanckiej płycie legendarnego już w tej chwili duetu, Boards of Canada. „Music has the right to children” to nieco ponad 1h układanki dźwięków o nieznanym dotąd charakterze i porównania z ówczesną muzyką elektroniczną nie działały ze względów metrycznych. 

 

Więc co takiego wniosła dwójka Brytyjczyków w swoją odnogę muzyki? Z perspektywy czasu, odpowiedź jest śmiesznie prosta - melodię. Do tamtej pory zestawienie około ambientowych szumów z klubowymi beatami (jak np. Autechre) kojarzone były z fascynacją rytmiką, tutaj jak sami artyści wspominają, bardzo ważna była linia melodyczna, która również miała pierwszeństwo w chronologii powstawania poszczególnych utworów. „Cenimy sobie bowiem emocjonalny ładunek melodii, za jej pośrednictwem staramy się nawiązać pewien rodzaj kontaktu z naszymi słuchaczami; chcemy zaszczepić w nich nasze emocje na jak najdłuższy czas” - uzasadniając swoje słowa poczynaniami, album w fascynujący sposób empatyzuje z odbiorcą, nie jestem w stanie przywołać drugiego dzieła które tak silnie angażuje, zabierając w podróż która długo zostaje w pamięci. BoC robią to ponadto z wyczuciem, z jednej strony rzucają nas w tajemniczą dżunglę dźwięków, lecz nie zostawiają nas samych ze sobą. Część sampli bez trudu rozpoznajemy, są to najczęściej ludzkie głosy poddane obróbce. Efekt tego zestawienia robi wrażenie zależne od kontekstu, raz czujemy się dzięki temu oprowadzani przez autorów za rękę, aby nie zagubić się zupełnie w wykreowanej przestrzeni, aby później podobnie przesterowany głos wywoływał ciarki na plecach, niepokojąc samą swoją obecnością. Kto by pomyślał, że syntezator postawiony w kamienicy Edynburga, może podobnie grać na uczuciach co fortepian w filharmonii wiedeńskiej. 

 

 

Longplay całościowo wywiera spójne i przygniatające wrażenie. Michael Sandison i Marcus Eoin, stworzyli wizjonerskie dzieło, eksperyment który udał się dzięki upuszczeniu bezpiecznych barier gatunkowych. Wydanie „Music has the right to children” stało się zdarzeniem, które nadało nieco inny odcień muzyce elektronicznej, a skalę wpływu możemy w pełnej krasie podziwiać dopiero teraz.

 


 

⎕ Patryk Wojciechowski 

 

Vex’d — „Degenarate”

 


Mamy 2009 rok. Sporo czasu spędzam na hiphopowym forum ślizg w dziale electronica/beats. Jako klasyczny hiphopowy fan w świat elektroniki wchodzę poprzez gatunek, który mocno opiera się na rapowej rytmice, czyli dubstep. Był to czas, kiedy praktycznie cały muzyczny światek został zauroczony przez to zjawisko. Pitchfork pisał recenzje wydawnictw Digital Mystikz i późniejszych bardziej popowych popisów Skreama i Bengi, Unsound bookował artystów, którzy przebywając w szufladce z tytułem dubstep eksplorowali jego mniej oczywiste strony, zaś w Warszawie każdego miesiąca mieliśmy okazje usłyszeć bardziej przystępnych przedstawicieli tej sceny. Samo zainteresowanie dubstepem było jednak praktycznie wszechobecne.

 

Vex'd to duet dwóch całkiem rozpoznawalnych obecnie muzyków, a mianowicie Roly Portera i Kuedo. Zanim ich ścieżki się rozeszły i skupili się oni na swoich solowych karierach, zdążyli wypuścić dwa bardzo istotne dla rozwoju dubstepu albumy: Degenarate z 2005 i Cloud Seed z 2010. Dziś będę pisał o pierwszym z nich, który z jednej strony wydaje się być muzyką bardzo prostą i generyczną, jednak ma w sobie coś przyciągającego, pewien rodzaj uzależniającej energii. Jest to nagranie, które może służyć za bardzo dobry przykład tego, co może się stać gdy artyści pozwolą sobie na proces tworzenia pozbawiony skrępowania. W jaki jednak sposób można tę muzykę powiązać z hasłem zderzenie? Postanowiłem wyobrazić sobie zderzenie dwóch przedmiotów i pomyśleć o ścieżce dźwiękowej, która miałaby wzmocnić tego efekt. To właśnie doprowadziło mnie do odświeżenia tej płyty. Metaliczne brzmienie perkusji, która pozostawia dużo przestrzeni dla głównego bohatera płyty czyli bassu i różnego rodzaju wobbli. Nie jest to pozycja, która zaspokoi pragnienia poszukujących spektakularnego i wymuskanego sound designu. Jej zaletą jest właśnie ta pewnego rodzaju nonszalancja i imperfekcja. Defaultowe dźwięki automatów perkusyjnych i proste loopy pozbawione szczególnych progresji i aranżacji. A jednak odsłuch Degenarate dostarcza frajdę, nawet dziś, po 12 latach i po śmierci muzycznego trendu skrytego pod nazwą dubstep. Zresztą, ograniczenie się w opisie jedynie do tego gatunku jest zdecydowanym nadużyciem i niedoprecyzowaniem. Z pewnością znajdzie się ktoś, kto wspomni o elementach grime’owych i jak najbardziej będzie to trafna uwaga. Nie chodzi tu jedynie o rytm i brzmienie, lecz również o emocje jakie ten gatunek generuje. Degenerate jest zbiorem agresywnych tracków, które często służyły mi do rozładowania negatywnych emocji i nadmiaru energii. Ich zderzenie z dźwiękami z tej płyty za każdym razem kończyło się pewnego rodzaju katharsis. 

 


⎕ Marta Konieczna 

 

Pharmakon — „Abandon”

 


Tak, to musi być Abandon. Wybrałam go pod wpływem pierwszego impulsu, który naznaczony był silnym sentymentem. To pierwszy album, który zderzył mnie tak mocno z estetyką muzyki noisowej. Nie był może pierwszym, który taką muzykę pokazał, ale kiedy te kilka lat temu odpaliłam twórczość Pharmakon, zderzona zostałam z zupełnie nie pojmowaną przeze mnie wcześniej estetyką hałasu. Z tym, jak wielkie po prostu piękno i emocjonalność potrafi za sobą nieść. Poległam wręcz w obliczu siły głosu Amerykanki, jeszcze mocniejszego i jeszcze bardziej niepokojącego od ściany hałasu i zgrzytu. W dodatku artystka nie operuje tylko ciemną i charkoczącą masą. Są przecież na tym albumie i melodie, i sample i śpiew. Nawet ten hałas śpiewa. Wszystko brzmi tak jakby Chardiet próbowała ugryźć problem z różnej strony, każdy utwór jest inny. I każda kolejna fraza, motyw i dźwięk to zderzenie. Nie chodzi nawet o onomatopeiczne podobieństwo z odgłosami rzeczywistych uderzeń. Te zwalające się na nas emocje (jakie - nie powiem, bo każdy odnajdzie i zrozumie inne) są niepokojąco cudowne. A przebywanie pod ich rumowiskiem wprost oczyszczające. Słuchanie tej muzyki zderza nas ze świadomością o potędze ludzkiej wrażliwości.

 


⎕ Filip Preis

 

Lotic – „Agitations”

 


W zderzeniu zawiera się wiele wrażeń – ból, brak kontroli, niepokój, ale także i ogromna siła, ulotność chwili. Tym w pewnie sensie jest dla mnie właśnie „Agitations”. Przy pierwszym spotkaniu potrafi odrzucić z racji na swą intensywność dźwięków – gra ze słuchaczem, prowokuje go, sprawdza jego możliwości. Ta mieszanka sonicznych doznań często z psychicznych zamienia się w czysto fizyczną, konfrontując słuchacza z niespodziewanymi, choć nieuniknionymi doznaniami. Otwierający album „Trauma” samym tytułem reprezentuje to, co zawarte zostało na utworze. Mutujące się sekwencje elektroniczne wypełniające cały utwór, ciągle zmieniając swój ton i brzmienie wywołują stan niepokoju, mogłyby być motywem muzycznym powracających, złych wspomnień. Dźwięki na „Carried” są tak przeszywające, że nie jednym mogą sprawić ból. Do tego ten niezwykle rytmiczny, miażdżący bas, który wzbudza wrażenie możliwości niszczenia. „Banished” to post-industrialny kolaż posiekanych dźwięków, w który został wpleciony specyficzny, glitchowy charakter budujący obraz ciągłego rozpadania się melodii. Z niepokojem po raz kolejny zderzamy się na „Bravado”, gdzie dawkowany jest powoli, wprowadzając poszczególne elementy muzyczne, aby w finalnym momencie wybuchnąć ogromem dźwięku. Następujący po nim „Nuance” zawiera w sobie przeszywający chłód spowodowany bardzo wysokimi dźwiękami syntezatorów, przypominając w pewnym sensie dźwięki organów. Ten chłód zostaje również na „Unwound” – jednak w tym utworze czuć swego rodzaju ulotność i dziwne wrażenie wolności. „Surrender” zamykający cały album powraca poprzednich rozwiązań muzycznych, dokładając do tych wyraźnych wrażeń pojawiających się wcześniej – niekontrolowane napięcie, fizyczność dźwięku i jego wielka siła. „Agitations” zderza nas z potęgą, jaką zawiera w sobie post-industrial i sprawia, że przekraczana jest granica czucia muzyki. To ogromnie interesujący album, przemierzający najciemniejsze zakamarki ludzkich lęków i słabości. Jednak chyba to właśnie czyni go tak niezwykle przyciągającym.