Podziemna Japonia… razy trzy!

Artykuły

Liczba na dziś to „trzy”. Dlaczego akurat „trzy”? Sam nie wiem. Trzy to dla mnie liczba własnych, niekoniecznie zazębiających się obrazów Japonii. Uprzedzam: kto chce przeskoczyć obszerną dygresję, niech skoczy do akapitu… trzeciego! Szok, co?

 

Z jednej strony mamy technologicznego potentata, „honorowych, ułożonych obywateli”, po prostu sama słodycz, miód i wybitność. Gdzieś obok tego funkcjonuje obraz drugi, jednocześnie wcale się z pierwszym nie wykluczający, raczej dopełniający go, nadający głębi. Kraina samobójców, złamanych salarymanów, hikikomori, molestowania seksualnego, a wszystko to w sosie rozmaitej maści zboczonych, przesiąkniętych seksem, głupotą i zwyczajnym prostactwem przejawów kultury anime i mangi (jak ktoś w tym miejscu czuje się obrażony to nie biorę za to odpowiedzialnośc) – bez zbytniego generalizowania można założyć, że jest skierowana do dosyć, hm, specyficznej grupy społecznej i pod nią skrojona. Dodatkowo mocno zglobalizowana, gdyż większość tych rzeczy jest podkradziona z zachodu i bezczelnie zniekształcona. Zasadniczo, serie o mechach – to, co dalej powiem, to taka trochę gruba wizja, zresztą zerżnięta ewidentnie z Internetu, ale mająca sporo sensu! – można potraktować jako rozciągnięcie amerykańskich opowieści o superbohaterach. Serii ecchi i bardziej prymitywnych shonenów nawet nie skomentuję, obrażają umysł na poziomie równym z polskimi paradokumentami i brazylijskimi telenowelami. W kwestii ecchi, egzotyką pozostaje fakt, że eksponowanie genitaliów i miejscami bardzo skrajnej erotyki – ale bez detali anatomicznych, tak, jakby to miało jakieś znaczenie, zresztą pornografia „dla dorosłych” też jest cenzurowana (tak, cenzurowana, dobrze czytacie) – jest legalne od piętnastego roku życia. A może to po prostu mniejsze zakłamanie od nas, kryjących porno do osiemnastego roku życia?

 

Tylko, no właśnie, póki co mamy „dwa”. Co się kryje pod tajemniczą trójką? Prosta sprawa – kultura alternatywna. Kto pomyślał w tym momencie „heh, będzie Merzbow, w sumie co oni mieli innego?”, ten jest proszony o wyjście lub doinformowanie się. Outsiderski blues, wczesne przejawy noise’u – i bynajmniej nie mówię o Merzbowie właśnie, ale o ludziach takich jak Masayuki Takayanagi czy rozmaitej maści projekty free jazzowe bardziej z tej ‘hałaśliwej strony’, post-davisowskie jazz-fusion, awangardową elektronikę – choćby spod znaku Ryojiego Ikedy, czy scenę Onkyo-key. Wykraczając poza muzykę: sporo rzeczy obśmiewających zarówno wizję pierwszą, jak i trendy kultury z punktu drugiego. Musi się tu pojawić – chyba jeden z najbardziej płaskich, w zasadzie – Hideaki Anno ze swoim Neon Genesis Evangelion, szorstka krytyka kultury otaku, sama zresztą mocno zagubiona, twiedzi się, że Anno kończył serię pod wpływem różnych dziwnych specyfików, na dodatek brakowało im funduszy. Prócz tego – już w świecie kinowym – oczywiście Kurosawa czy postaci takie jak Seijun Suzuki. Ciekawostką pozostaje fakt, że te, bardzo specyficzne, interpretacje sztuki europejskiej tudzież amerykańskiej, wywarły bardzo duży wpływ zwrotny. Na postaci takie jak Suzuki czy Kinji Fukusaku powoływali się choćby Tarantino i Jarmusch. Odsyłam ogółem do poczytania o zjawisku „japońskiej nowej fali” w kinie, które pewnie będę badał ekstensywnie w niedługim czasie. Jednak nie tylko kino miało podobne sprzężenie zwrotne! Gdzie jeszcze go szukać?

 

Googlając ostatnio na temat Kana Mikamiego trafiłem na zestawienie, w którym nikt inny niż Ben Chasny (Six Organs of Admittance, Comts on Fire) wzmiankuje choćby jego oraz Kazukiego Tomokawę. Z miejsca pomyślałem „przecież to, kurwa, oczywiste!”. Niby takie oczywiste, a chyba nie powiązałbym jednego z drugim – ale nie z trzecim, nie tym razem. Albo nie, trójką będzie kwestia podejścia. Jest to droga pełna wolności, eklektyzmu, nowatorstwa i olewania konwencji. Slogany? Może, lecz jak sami poszukacie, to wszystko to znajdziecie, a jeśli mnie spytacie, to wam je wskażę paluchem.

 

Temat prosi się o jakiś głębszy przegląd, ale na dzisiaj trzy propozycje dziwnych, zupełnie niebluesowych – bo outsiderskich – płyt, uderzając także mocno we free folk. Wyjątkowo nie pojawi się tu nic z Keijim Haino, bo jest to postać bardzo oczywista. Należy jednak wyprostować jeden mit: nie jest to zdecydowanie postać tylko ze sceny współczesnej – początki Haino to Lost Aaraaff w latach 70 i od początku była to postać bardzo prowokacyjna. Lecz ja nie o tym… Może innym razem. Uprzedzam: nie znam japońskiego, nad czym ubolewam.

 

Kogo  dzisiaj gościmy? Tak jak wspominałem – Kana Mikami, Kazukiego Tomokawę, a dodatkowo (w trio z Mikamim – bach, kolejna trójka!) Shojiego Aketagawę i Toshiakiego Ishizukę, tego ostatniego razy dwa.

 

 


► Kazuki Tomokawa – Within the Country of Falling Cherry Blossoms (1980) 

 

友川かずき -桜の国の散る中を

 

 


 

Fantastyczna, przedziwna okładka to już dobry starter. Nagrany z kilkoma artystami studyjnymi oraz Toshiakim Ishizuką – członkiem Vajry (z Haino i Mikamim), Sanjah (z Kanem Mikamimi Masayoshim Urabe) – album z roku 1980 to rzecz na wskroś eklektyczna – tak naprawdę mamy tu do czynienia z autorską formą podejścia do… no właśnie, do czego, kurwa, do folku? Zderzenie tradycyjnej muzyki japońskiej z muzyką rockową – transowy bas, w zasadzie spora rola rytmiki oraz jazzem, miejscami luźnym, a pośród tego wszystkiego dziwaczny, bardzo bogaty w odcienie i odmiany, wokal Tomokawy. Miejscami zimne syntezatory, mocno zawahowana gitara, klawisze rodem z jakiegoś fusion, taneczna rytmika, world music i wyśmienite partie fortepianowe, przywodzące na myśl francuskich „impresjonistów”… Gwarantuję wam, będziecie zaskoczeni.

 

I jednocześnie – wszystko jest podporządkowane emocjom i nastrojom. Świat Kazukiego czaruje, porywa, a na pewno nie pozostawia obojętnym, materiał kipi swobodą, pomysłami i niebanalną melodyką. Pozostaje jedynie zadać pytanie – dlaczego piszą o tym trzy, może cztery blogi, i nikt więcej? Istotnie, zagadką pozostaje jak tak mocny materiał może być kompletnie olewany przez świat. Muzycznie to zjawisko wręcz niepowtarzalne i nie mające odbicia w muzyce czy to wcześniejszej, czy to późniejszej. Prawdziwa – co prawda dzisiaj już mająca blisko czterdzieści lat, ale nadal aktualna – awangarda. Wypadałoby w tym miejscu wzmiankować, że Japonia to jeden z jedynie kilku krajów, który ma własne podróby – albo raczej reinterpretacje? – francuskiej Magmy, po takich płytach w ogóle mnie to nie dziwi. Unikatowy album, dla którego podejrzewam, że warto byłoby nauczyć się japońskiego – podobno same teksty Tomokawy są intrygujące i przez niektórych traktowane jak poezja. Nie można tego przegapić, po prostu nie można.

 


 

Kan Mikami – BANG! (1974)

 

 

 


Podobno Station70, w którym występował młody Mikami po przyjeździe do Tokio, było tyglem sztuki – powołując się na wywiad z Alanem Cummingsem odbywały się tam standardowe koncerty, jak i performensy z utworami na biwę oraz taniec awangardowy spod znaku butoh oraz występy postaci takich jak Kaoru Abe (jeden z charakterystycznych japońskich saksofonistów, przećpał w 1978 roku). Intrygująca miejscówka dodatkowo na widowni bywali członkowie Japońskiej Armii Czerwonej (komunistyczna organizacja terrorystyczna, istniejąca do początków XXI wieku).

 

Patrząc na to wszystko, nie jest niczym dziwnym, że sam Mikami też był stuknięty, w końcu jakoś trzeba w takie miejsce trafić. Należy tu wspomnieć, że debiutancki album dla Columbia został zdjęty z półek za „skandalizujące teksty”. W końcu kto by sobie życzył folku wzmiankującego o pedałach i mordowaniu ludzi. Zauważmy, że mowa o wczesnych latach 70, więc była to gęsta sprawa. Pierwszą rzeczą, o której Mikami pomyślał, przybywając do Tokio, była przemoc, jednak nie ma tu na myśli czegoś w stylu brudu tudzież przemocy rodem z „Taksówkarza” – używa ciekawego porównania, mianowicie „coś w stylu sytuacji, gdy zmienia się światło i nagle wszyscy ruszają w jednym kierunku, tak jakby ktoś to wszystko kontrolował”. Przemoc sygnalizacji świetlnej? Nigdy bym o tym nie pomyślał.

 

Pośród tego wszystkiego, między graniem w Station70 w Shibuyi i nagrywaniem płyt jako gwiazda folku – bo takie były początku Mikamiego, całość przysiadła między rokiem 1978 i 1979 – nagle wyskakuje BANG!, rezultat jam session z Yosuke Yamashitą i Ryojiro Furuzawą, pojawia się także Akira Sakata – grał m.in. z Manfredem Schoofem. Yamashita i Furuzawa, dwoje jazzmanów, jak to się stało, uroczo opisuje sam Mikami „skoczyłem na drinka z Furuzawą, który akurat grał z Yamashitą no i tak jakoś wyszło”. Proste, prawda?

 

  Dziwaczny album, pełen freejazzowych odskoków, eksperymentów z taśmami oraz – miejscami – niby bardziej konwencjonalnej melodyki po dziś dzień robi spore wrażenie. Dodajmy do tego wrzaski, zaśpiewki i inne cuda wokalne samego Mikamiego, a dostaniemy – tak jak u Tomokawy – zupełnie autorski, niepowtarzalny i niepodrabialny styl, mieszający bluesa, folk, muzykę współczesną, jazz i różne dziwaczne pomysły. Kreatywnie, nowatorsko, intrygująco, a przede wszystkim z dużą wolnością i po swojemu. Nowy, autentyczny, język japońskiego bluesa i nie tylko, najprawdziwsze BANG!

 

 


 

► Shoji Aketagawa, Kan Mikami, Toshiaki Ishizuka – Daikanjyo (2002)

 

 


Docieramy do najbardziej współczesnej z tego opętańczego trio krążka. Muzyka dwóch weteranów – przypominam, że Ishizuka grał razem z Tomokawą! – sceny japońskich dziwactw, nagrana z pewnym – oczywiście mało znanym – awangardowym pianistą, który miejscami całkiem zauważalnie przemyca wręcz ceciltaylorowskie podejście do gry na fortepianie. Płyta ukazała się na Aketa’s Disk – jak nietrudno się domyślić jest to label Aketagawy. Spoziera na nas – a my zwrotnie na nią – niepokojąca okładka.

 

W przeciwieństwie do BANG!, mamy tutaj późnego, zdecydowanie innego Mikamiego – jego styl po latach dziewięćdziesiątych poszedł w zupełnie innym kierunku, budząc skojarzenia bardziej z grą Haino czy ogółem z bardziej, hm, fragmentarycznym(?) podejściem do gry na gitarze – nie są to typowe, bluesowe licki czy gra ostrymi solówkami rodem z Acid Mothers Temple, w sumie… nie przypomina to zbyt wielu rzeczy, poza samym Kanem Mikamim oczywiście, muzyk zmienił styl od kiedy zaczął nagrywać dla labelu PSF (na tymże PSF dwie świetne płyty z Keijim Haino oraz Motoharu Yoshizawą). Gdybyście jednak zapomnieli, kogo słuchacie, to jęki raz-dwa wam przypomną.

 

Przadziwy dramat otwierającej „Basary” daje nam jasno do zrozumienia, że łatwo nie będzie. Tutaj właśnie wychodzą wpływy Aketagawy – mocno perkusyjne, po prostu głośne jak diabi podejście do fortepianu, zresztą, w zupełnej z godzie z grą pozostałej dwójki, miesza się tu z melodyjnym, bogatym w dźwięki i odcienie grani----

 

Gdy zaczynamy czytać o albumie przychodzi drugi szok, gdyż często w tagach figuruje „free improvisation”. Chcecie mi powiedzieć, że ten, pełen idealnie zgranych, przemyślanych i świetnie pasujących do siebie, koherentnych, genialnie budujących napięcie, utworów jest albumem improwizowanym?! Czapki z głów za coś takiego. Naprawdę MOCNO w to wątpię, zważywszy chociażby na utwór drugi. Cała płyta w zasadzie kipi momentami w stylu „jak oni mogli się tak zgrać?!”

 

Zupełnie bez przesady uważam, że jest to jedno z arcydzieł obecnego stulecia, choćby dlatego, że drugiej takiej płyty po prostu nie ma. Nikt inny tak nie grał, – ani nie gra – wielka szkoda!

 

 

Podsumowując… tak naprawdę takie mikrozestawienie w ogóle nie wyczerpuje tematu, koniecznie chciałem się podzielić czymś z tego, co już znam, bo pewnie u Mikamiego da się wybrać lepszy materiał od tego, który widnieje tutaj – podobno fani Mikamiego wskazują bardziej na jego album z 1975 jako najciekawszy, ale sam nie wiem… Zresztą, pewnie jeszcze kiedyś do tego wrócimy. Zostawiam was z prawdziwie dziwnymi wizjami na muzykę i trzymajcie się!

 

Autor:

Filip Skirtun