Między pasją, a pracą – rozmowa z Dtekkiem

Wywiady
O uroku kameralnych wydarzeń i ich organizacji, fenomenie berlińskiego Berghain, graniu z winyli i planach na przyszłość przy okazji wizyty Abdulli Rashima w Łodzi opowiada nam Dtekk - Jędrzej Dondziło, jeden z najciekawszych djów, organizator białostockiego Up To Date'a, Salonów Ambientów i założyciel Technosoul. Zapraszamy do lektury, a jednocześnie do obejrzenia zdjęć!


Progrefonik: Na samym początku chciałbym pogratulować ci sukcesu tegorocznego Up To Date’a! Dwudziestoprocentowy wzrost frekwencji w porównaniu z poprzednim rokiem z pewnością ekscytuje – czy macie już jakieś plany i cele związane z przyszłością białostockiego festiwalu?

 

Dtekk: Bardzo dziękuję – mnie również ten wzrost popularności cieszy, jednak faktycznie chcemy skupiać na tym co będzie, a nie co było. Samych planów leżących na półce, czekających na realizacje jest mnóstwo. Bardzo chcielibyśmy wprowadzić nowe rzeczy, ale także kontynuować te, które nam wychodzą - chcielibyśmy trzymać taką samą linię programowania; żeby było dużo odkrywczej elektroniki, świeżych rzeczy, ale też trochę legend, dobrego rapu, Salony Ambientu - żeby festiwal mógł coraz bardziej wchodzić w przestrzeń miejską, ale nie tracił na huczności imprezy na samym stadionie. Moglibyśmy się skupić na szczegółach ale myślę, że jest trochę za wcześnie żeby mówić, w jakim kierunku pójdzie Up To Date. Na pewno będziemy starali się zachować klimat tej imprezy. Nie interesuje nas masowe zwiększanie skali – raczej wolelibyśmy zrobić więcej mniejszych wydarzeń, aniżeli powiększać imprezę główną, weekendową.

 

Ten sukces mniejszych imprez widać po samych Salonach Ambientu – przecież chyba oba były wyprzedane – to udowadnia, że nawet te małe wydarzenia przed samym festiwalem mają wzięcie.

 

Tak, mają wzięcie – to są wydarzenia skonstruowane w taki sposób, żeby miały kameralny wydźwięk, więc na każdym Salonie jest do dwustu pięćdziesięciu osób. Gdyby Salony był większe, to mogłyby trochę stracić na swoim uroku. Widać, że nasza praca włożona przez te ostatnie kilka lat w celu promowania takiej muzyki opłaciła się. Oczywiście coraz częściej możemy sobie pozwolić na nazwiska jeszcze bardziej rozpoznawalne, na przykład Murcof. Mimo tego, że był i on, to ludzie również przyszli na nazwiska nowe, np. na Verge’a, który debiutował na żywo. Widać więc, że marka Salonu Ambientu już działa i to jest świetne.

 

 

Mówiąc o kameralnych wydarzeniach – może chciałbyś powiedzieć coś na temat łódzkiej L’troniki, nowej inicjatywie na polskiej mapie festiwalowej? Czy masz jakieś myśli związanej właśnie z nią i jak przewidujesz rozwój tego festiwalu?

 

Myślę, że jeżeli organizatorom nie zabraknie zapału, a z tego co widzę to go nie brakuje, to jest  przyszłość w tym przedsięwzięciu. Myślę, że warto skupić się na budowaniu tej imprezy krok po kroku i od razu nie rzucać się na skalę makro. Samo miejsce jest przygotowane pod imprezę, która mogłaby być dziesięciokrotnie większa. Bardzo fajnie, że Łodzianie wykorzystują tę przestrzeń i myślę, że jeżeli organizatorzy wyciągną naukę z tego wszystkiego, co wydarzyło się na pierwszej edycji (a moim zdaniem już to zrobili) to będzie dobrze.

 

Poruszając temat Technosoul Takeoverów, bo właśnie z nimi wiąże się twoja dzisiejsza obecność w Łodzi – niezwykle cieszy mnie to, że wy jako wytwórnia i artyści promujecie twórców, którzy na polskiej scenie muzycznej są mniej znani. W jaki sposób wygląda organizacja tych wydarzeń? Czym kierujecie się podczas wyboru artystów, miejsc i miast, w których ze swym cyklem się pojawiacie?

 

Żeby odpowiedzieć ci na to pytanie, muszę wrócić do samego początku Technosoul i do założeń jego działania. Powstał on po to, by promować muzykę techno na polskiej scenie – a były to czasy, kiedy techno nie było wiodącym gatunkiem na scenie klubowej, tak jak teraz. Nie brakuje miast, w których ludzie chcą zorganizować wydarzenia techno - również z naszym udziałem, co jest świetne. Zawsze chcieliśmy prezentować tę odsłonę techno, której nie było w obiegu. Kiedy zaczynaliśmy, to rządził w klubach koloński minimal, deep house i tech house – nie było tego prawdziwego techno, które pojmowaliśmy jako muzykę z labeli takich, jak Downwards, Blueprint, czy klasyczne detroitowe brzmienia. To było jeszcze przed sensacją Berghain, berlińskiego techno – ta scena zupełnie inaczej wyglądała. W tej chwili my nie inwestujemy naszej energii w bookowanie artystów, których wszyscy znają i ściągają masową publiczność. Staramy się wykorzystać to, co wypracowaliśmy przez lata, aby pokazać ludziom artystów, których uważamy za ciekawych, bardziej poszukujących. Nie będę też udawał, że jesteśmy turboundergroundowcami i zapraszamy ludzi, o których nikt nie słyszał – to artyści, którzy w pewnych kręgach są znani i szanowani, są to czasami też duże nazwiska. Zapraszamy raz na jakiś czas np. Regisa. Up To Date też gości bardziej rozpoznawalnych twórców, ale nie jest to programowanie pod frekwencję; to jest programowanie pod pewnego rodzaju wizję, mamy swój sposób oraz podejście. Myślę, że widać, że nie jest to kolejny booking, który skupia się na tym, by zrobić imprezę na tysiąc osób. Nam chodzi o techno, chodzi nam o muzykę - aby robić trochę pod prąd, ale nie chcemy się pozycjonować jako elita, czy osoby, które zrobią imprezę w piwnicy dla dwudziestu osób i będą się tym szczycić. Nie mam oczywiście nic przeciwko takim inicjatywom, bo sam w takich uczestniczyłem i zdarzało mi się też coś takiego robić. Ciekawie jest zobaczyć jak ludzie bawią się do muzyki, a nie przyszli usłyszeć określonego artystę. To jest mega ważne, dlatego takie inicjatywy są znaczące. My jako Technosoul takich rzeczy nie robimy, bo po prostu brakuje czasu, ale nasza droga jest czymś pomiędzy.

 

 

Odnosząc się jeszcze do ilości wszystkich imprez - gdy uczestniczysz w nich, przy tym nawale pracy nie tracisz inspiracji do grania? Czy twoje dj sety przemyślane są od początku do końca, czy stawiasz bardziej na to, żeby zainspirować się atmosferą lub ludźmi na danej imprezie?

 

Przy takim ogromie pracy i ilości wyjazdów trudno jest znaleźć czas na jakąś refleksję nad muzyką. To jest trudne i walczę ostatnio z tym, bo brakuje mi czasu by stanąć przed półką z płytami i je porządnie przejrzeć oraz zastanowić się, co tak naprawdę chciałbym ze sobą spakować. Ja nie stosuję takiego „zero-jedynkowego” podejścia, że albo gram na sto procent spontanicznie, albo gram tylko zaplanowane sety. Dla mnie to jest coś takiego, co powinno się ze sobą łączyć. Jak się pakuję i myślę, co chciałbym ze sobą wziąć, to przede wszystkim zabieram dużo płyt. Gram tylko z winyli, więc jest to trudne. Noszę ciężkie torby, ale robię to z myślą, żeby nie mieć wąskiego pola do popisu. Zawszę lubię mieć możliwość jakiegoś alternatywnego zagrania, pójścia w innym kierunku. To musi być też otwarte na publiczność – na przykład wczoraj w LABie myślałem, że będę grać inaczej niż grałem, a na występ w Berghain zabrałem ze sobą pięćset płyt, cały bagażnik w samochodzie. Tam set trwa minimum trzy godziny, więc płyt nie może ci zabraknąć. To jest trudne, bo nie gram z CDJów, dodatkowo na granie z winyli trzeba mieć czas. Oprócz selekcji, poszukiwania płyt (co jest czasochłonne i niestety za mało czasu na to poświęcam) to muszę mieć jeszcze na pakowanie fizyczne. Tak to wygląda.

 

A planujesz niedługo jakąś pracę producencką?

 

(śmiech) planuję tak naprawdę od piętnastu lat. Ten temat idzie powoli do przodu. Ja z tym na ogół nie afiszuję, choć w teorii dosyć sporo wiem o produkcji muzycznej i bardzo mocno się do tego przymierzam. Na razie skupiam się na kwestiach typowo życiowych – organizuje sobie przestrzeń, staram się mniej pracować, by mieć na to więcej czasu. Chodzi o to, żeby znaleźć jakąś siłę w sobie aby się na tym skupić, bo spontaniczne działanie nie jest w moim stylu. Wiem, że muszę najpierw sobie wszystko zaplanować.

 

W takim razie trzymam kciuki i życzę ci powodzenia. Ja, patrząc na to co robisz w sferze djskiej, jestem bardzo ciekaw twojego producenckiego oblicza. Co do tej strony djskiej, chciałem się odnieść do twojego występu we wcześniej wspomnianym Berghain – jakie są twoje wrażenia związane z tym wydarzeniem?

 

Samo zderzenie z tą „machiną” Berghain było trudniejsze niż sam występ, to był mój pierwszy raz w środku. Wydawało się to być jakimś wielkim sprawdzianem dla mnie, ale przede wszystkim to miejsce prowadzone jest bardzo profesjonalnie - tam po prostu wiedzą co robią. Gdy przyszedł na mnie czas, to zacząłem grać i było wszystko okej (śmiech). Wyszło tak, że zagrałem inaczej, niż planowałem. Wszystkie legendy, które słyszałem na temat tego, że trzeba tam grać ostro, w moim przypadku się nie sprawdziły. Zagrałem bardzo deep’owego seta i miało to pozytywny rezultat. To też była taka godzina, że pierwsza fala ludzi w Berghain kończyła imprezowanie, a dopiero pojawiała się ta dzienna fala – grałem od szóstej do dziewiątej rano w niedzielę. Był to taki moment przejścia. Grałem głęboko i byłem bardzo zadowolony z tego seta, ale tak naprawdę niewiele z niego pamiętam, bo silnie to przeżyłem. Cieszę się, że mogłem tego zaszczytu dostąpić, bo jest gigantyczne wydarzenie. Nie chcę tak naprawdę osiadać na laurach, bo to na pewno ważny punkt w mojej karierze, ale były też takie imprezy, które z pewnością znaczyły dla mnie więcej. Moich motywacji i dążeń to nie zmienia, dalej chcę iść swoją ścieżką, bo ona mnie w jakiś sposób tam doprowadziła.

 

 

A jeżeli chodzi o te najbardziej zapamiętane występy, to które wydarzenie z cyklu Technosoul Takeover najmocniej zapadło ci w pamięć i zrobiło na tobie największe wrażenie?

 

Technosoul Takeover jest świeżym cyklem -  był tak naprawdę zaplanowany na ten sezon. To głównie pomysł Essence’a. Pierwszy Takeover był Boiler Roomem w 2014 roku. Nazwę nadał tak naprawdę właśnie Boiler Room - my to trochę podchwyciliśmy, bo rzeczywiście przyjeżdżamy i przejmujemy, robimy coś w naszej wizji. To, co robiliśmy przez ostatnie kilka lat było bardzo intensywne – trzy, cztery imprezy w miesiącu, które organizowaliśmy lub współorganizowaliśmy. Tego jest bardzo dużo i gdybym miał wybrać którąś z tych ostatnich, to musiałbym przyznać, że jedne z najbardziej wyjątkowych to były te w klubie Jasna 1, tworzone przez nas zanim klub oficjalnie się reaktywował. To nie były imprezy z cyklu Takeover – to była impreza z Vatican Shadow i Stanislavem Tolkachevem oraz ta z Rrose, Vargiem i Mareeną. Te dwie imprezy, które odbyły się na początku roku mocno utkwiły w mojej pamięci, bo kształtowaliśmy je od początku do końca. Począwszy od konceptu, promocji, do hasła, które miało wpływać na odbiór tej imprezy i charakteryzować program tego co się miało wydarzyć w miejscu, które było bardzo surowe, nietknięte infrastrukturą klubową. Nie było wentylacji, gorąco, mnóstwo dymu, ogrom ludzi. To było bardzo duchowe przeżycie, bo imprezy organizowane co weekend w klubach są traktowane często pobłażliwie, brakuje tego specyficznego odczucia. W imprezach organizowanych od początku do końca przez nas czasem udaje się wzbudzić w ludziach ciekawość, ekscytację - przychodzą, by te imprezy „przeżyć”.

 

Zamykając pytaniem związanym z końcem 2017. roku: Co w tym roku było dla ciebie wyjątkowe pod kątem muzycznym? Czy pojawiły się jakieś wydawnictwa, które szczególnie zapamiętałeś i powracały do ciebie co jakiś czas?

 

Gdy ktoś zadaje mi takie pytania, to moją głowę zawsze wypełnia pustka, mimo to, że zawsze mam jakieś ulubione płyty, albo takie które są dla mnie jakimiś punktami zwrotnymi. Dla mnie ten rok jest rokiem powrotu do głębszych brzmień – to co robi ostatnio wytwórnia Spazio Disponibile to jest coś wyjątkowego, tak samo jak wydawnictwa Marco Shuttle. 2017. rok to dla mnie także mocny powrót do electro – detroitowego, bardziej połamanego, melancholijnego. Zacząłem te rzeczy odważniej grywać, bo wcześniej myślałem w zupełnie inny  sposób - że jesteśmy Technosoul, ja jestem Dtekk i ludzie kojarzą mnie z techno, więc na tym powinienem się skupiać. Ale tak naprawdę, chce grać to, co mi się podoba, więc coraz częściej zacząłem pakować płyty electro, trochę house’u oraz innych rzeczy - i to działa. Byłem ogromnie zaskoczony przyjęciem mojego seta na Nowej Muzyce, który praktycznie nie był techno w takim współczesnym mniemaniu, kojarzonym np. z Berlinem. To jest coś, co we mnie siedzi i chciałbym tak grać o wiele częściej. Nie ma wielu takich okazji, a granie takich setów uważam za pewną wyjątkowość – nie grywam tego co tydzień i staram się to jakoś profilować. Wydaje mi się, że znaczące jest również to, że tak naprawdę najwięcej płyt, jakie kupiłem w tym roku to płyty ambientowe (śmiech) – nadrabiam zaległości w tym temacie i to się u mnie bardzo rozwija.

Autor:

Filip Preis


Zdjęcia:

Filip Preis