Minimalny uśmiech, proszę! O muzyce Terry’ego Rileya

ArtykułyFelietonySŁOWA
Z pełną świadomością pretensjonalności tego wyznania stwierdzam, że na ogół lubię muzykę, która podkreśla mi zły nastrój. Dwa minusy dają plus, może to dlatego. A może chodzi o to, że smutna muzyka, jak sztuka w ogóle, jest paradoksalnie łatwiejsza w odbiorze. Śmiech obecny w tragedii - to da się ubrać w groteskę, ale brak śmiechu w komedii? Tego nie uratuje już nic. Wreszcie, wesołość na ogół trudniej się udziela. Podana w nieodpowiednim momencie drażni. A jednak jest taki twórca, który absolutnie zawsze wywoła uśmiech na mej twarzy. Jest nim Terry Riley i w sumie nie wiem dlaczego tak się dzieje.

 
Amerykanin uchodzi za jednego z najważniejszych kompozytorów utożsamianych z nurtem minimalistycznym, ale to przecież już wiemy. Ruch ten najsilniej kojarzy się z repetytywnością oraz okrojonym materiałem dźwiękowym. I rzeczywiście tak jest, chociaż same te dwie cechy o całym minimal music oczywiście nie stanowią. U Rileya są jednak wciąż bardzo istotne, szczególnie gdy mówimy o jego twórczości przypadającej na lata 1964-75, czyli okres przez wielu uważany za najbardziej charakterystyczny, a przynajmniej najmocniej minimalistyczny w jego dorobku. Cechy te wiążą ze sobą wszystkich czterech największych kompozytorów minimalu, a jednak twórczość Rileya odcina się od tej Younga, Reicha i Glassa wyjątkowo wyraziście. W sposób kolorowy, lotny, frunie gdzieś ponad nimi, wije się jak ornament.
 
Wydawać by się mogło, że dzieje się tak za sprawą niekwestionowanego uduchowienia Rileyowskiej muzyki. Naleciałości z filozofii oraz sposobu życia Wschodu obecne są u niego od materiału dźwiękowego, przez okładki płyt, po jego własne ubrania. Grzechem jest jednak odmawiać tej samej duchowości pozostałym z owej Czwórki, spośród której każdy studiował muzykę Indii. Oprócz Reicha, ten zgłębiał gamelan i rytmikę z Ghany. Ale powracając do tematu tego tekstu, ani jego muzyka, ani Glassa ani Younga, takiej pogodności we mnie nie wzbudza. Czyli widocznie nie tędy, to znaczy nie na Wschód, wiedzie droga.
 
Orientalizm, choć sam tropem do wyróżnienia twórczości Rileya nie jest, warunkuje obecność tropów innych. Na przykład rytmu. Pulsacja i trans to wręcz wyznaczniki stylu minimal music. Nie wszystkim jednak chodziło o stateczność i do repetycje wprowadzali mikroskopijne, powolne ewolucje uzyskiwane przez zmiany dźwięków, jak Young, czy poprzez zmiany akcentów w strukturze rytmicznej, jak Riley. Kojarzyć się to może słusznie z przesunięciem fazowym Reicha, chodzi tam jednak o coś innego i wciąż przy Rileyu wypada dość... mechanicznie? Skąd bierze się tak subiektywne wrażenie?

 
Nie bez znaczenia są z pewnością osadzone w tym rytmie melodie. W najważniejszym chyba dziele Rileya, In C, motywy są osadzone w jońskiej skali od dźwięku c, prototypie C-dur (choć występują i odchylenia, ale nieważne). Jest to skala bardzo pogodna, tym bardziej, gdy występuje w stroju nierównomiernie temperowanym. Upraszczając sprawę, wysokości poszczególnych dźwięków różnią się od tych, do których jesteśmy przyzwyczajeni, przez co instrument wydaje się nam być rozstrojony. Zwrot ku strojowi naturalnemu ciut bardziej kojarzy nam się jednak z poczynaniami Younga. U Rileya pojawia się ten zwrot chociażby na albumie Shri Camel, gdzie kompozytor improwizuje na zmodyfikowanym pianinie Yamahy. I to właśnie improwizacja stanowi element w jego twórczości najbardziej wyróżniający, nawet jeśli nie on jedyny z tej grupy oddawał się improwizacji. Co jednak ważne, zawsze był trochę bardziej wykonawcą niż kompozytorem, nawet, a raczej przede wszystkim, własnych utworów. Nie bez wagi okazały się lata spędzone przez niego na ogrywaniu ragtime'u oraz inspiracje jazzem. Podobno grając dochodził do chwil takiej ekstazy, że odczuwał własne ręce jako dwa niezależne byty. To łączy się ze wspomnianym przeze mnie odczuciem ornamentyki w odniesieniu do jego muzyki. Ozdobne, ale i szczere, bo w gruncie rzeczy proste frazy meandrują w jego muzyce poprzez nadrealistyczne brzmienia. Czyżby więc to właśnie melodie rozwijające się pod wpływem chwili stanowiły o wiszącej wciąż nad nami zagadce dobrego samopoczucia?

 
A raczej czy jest w ogóle sens się nad tym zastanawiać? Pewnie mam po prostu w głowie obraz jego twarzy - zawsze pogodnej, o bystrych oczach otoczonych roześmianymi zmarszczkami. Pewnie pamiętam też o wypowiedzi odnośnie nagrania A Rainbow Curved Air:

I nastąpił koniec wszystkich wojen. Całe uzbrojenie zostało zakazane i ku radości tłumów przekazane hutom, które stopiły je i pod postacią metalizwróciły ziemi... Energia zdemontowanych karabinów dała bezpłatne ciepło i światło...

Brzmi naiwnie i hippisowsko? Dokładnie za tydzień o tej porze, w kopalni soli w Wieliczce, będę bezgranicznie ufać tym słowom i uśmiechać się, aż twarz będzie mnie boleć. A wszystko to w ramach Unsoundu, który zorganizował Terremu Rileyowi pierwszy występ w Polsce.



Zanim napisałam, przeczytałam:
Michał Mendyk - Cały ten minimalizm, czyli o muzyce Terry'ego Rileya (Glissando, grudzień 2005)
Wim Mertens - Podstawowe idee minimalizmu
Kyle Gann - Niewdzięczne zadanie zdefiniowania minimalizmu
AUTOR:

Marta Konieczna