Najlepsze momenty na OFF FESTIVAL 2018

FestiwaleRelacje
Pierwszy weekend sierpnia tożsamy jest już z bieganiem. Dlaczego? Odbywający się w tym czasie OFF Festival to wydarzenie pełne niespotykanych kontrastów i zdumiewającej różnorodności. Zobaczyć wszystko, rzecz jasna, nie sposób. Ale próbować można, a nawet trzeba. Poniżej telegraficzna, bo przecież moglibyśmy opowiadać godzinami, relacja koncertowa zabieganych, ale zachwyconych, członków PROGREFONIK.

 

▪ Egyptian Lover
Na występ Egyptian Lover przyszedłem z zupełnie neutralnym nastawieniem – nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Trzymała mnie także myśl o rychłym powrocie na występ Jona Hopkinsa, lecz to, co zastałem na scenie eksperymentalnej w pełni mnie tam zatrzymało. Niezwykle wyraziste elektro, którym raczył ten Egipski Kochanek porywały wszystkich do dzikiego tańca. A do tego charyzma działała na każdą osobę w namiocie i wokół niego. To było naprawdę świetne zakończenie pierwszego dnia festiwalu.
 
▪ Moses Sumney
Od pierwszej minuty jego występu Scenę Trójki wypełniła naprawdę niespotykana aura. Wszyscy w mgnieniu oka jak zahipnotyzowani słuchali głosu Mosesa, który koił i wzruszał. A ludziom zgromadzonym wokół namiotu nawet nie przeszkadzał padający deszcz, który pojawił się tuż przed rozpoczęciem koncertu. Jego wokal niemalże lśnił, a delikatny akompaniament wydobywał z niego to, co najlepsze. To ciche spotkanie z Mosesem wybrzmiało głośniej niż niejeden punkowy koncert w OFF-owej historii.
 
▪ Wednesday Campanella
Ta niepozorna Japonka wywróciła Scenę Eksperymentalną do góry nogami! Swym urokiem i wdziękiem porwała wszystkich w wir j-popowej ekstazy, nie tylko za pomocą muzyki, ale i całego przedsięwzięcia! Kroczenie pośród tłumu, ogromne, foliowe błony wypełnione powietrzem przypominające meduzy, intensywne światła – to wszystko złożyło się na sukces tego  występu. Ale bez wokalistki to wszystko nie znaczyłoby nic, bo to ona była tutaj najjaśniejszą gwiazdą. Wszystkim uczestniczącym z pewnością Wednesday Campanella zapadnie w pamięci na bardzo długo.

 

 

 

▪ Charlotte Gainsbourg
Na koncert Charlotte Gainsbourg poszłam z niemałym uprzedzeniem wynikającym z faktu, że jej muzyka, szczerze mówiąc, zwyczajnie mi się nie spodobała. Wydawała mi się zbyt mdła i obawiałam się występu, który będzie po prostu odegraniem kolejnych utworów. I zostałam zaskoczona. Wizualnie koncert był nie tylko przepiękny, ale też fascynujący - nie mogłam napatrzeć się na ruchy muzyków, wyjątkową chemię pomiędzy nimi na scenie (a od syntezatora nie mogłam wprost oczu oderwać!); z wielką przyjemnością chłonęłam świetlne widowisko współgrające nie tylko ze scenografią, ale i muzyką oraz wykonawcami (nawet mała katastrofa z udziałem dekoracji miała swój... urok?). Nacieszyłam nie tylko wzrok, ale przede wszystkim odkryłam piosenki Charlotte na nowo, podczas tego koncertu oczarowała mnie ona tak mocno, umieściła w tym tyle emocji, że jej twórczość odkrywam teraz na nowo. Występ na żywo nie może chyba dać więcej.
 
▪ Shortparis
Chociaż czasu na przesłuchanie grupy z Sankt Petersburga było dość niewiele - to jeden z wykonawców ogłoszonych przecież na ostatnią chwilę - ich twórczość naprawdę mną zawładnęła. Zderzenie tak różnych stylistyk, współgranie zupełnie odrębnych estetyk (industrializm i cerkiew) zaskutkowała iście wybuchową mieszanką, która dała mi nadzieję na jej detonację na scenie. I dokładnie tak było! Energia, z którą wystąpili Shortparis była zjawiskowa, ich ruchy, to taneczne miotanie się, fascynowało i wręcz uwodziło. Nie wiem który jeszcze koncert tego OFFa grany w pełnym słońcu był tak mocno elektryzujący. Wysokie oczekiwania wobec występu na żywo wzięły się również z zachwytu nad techniką śpiewu wokalisty, a ja znów się nie zawiodłam. Brzmiał doskonale.
 
▪ Hańba
Uwielbiam koncept Hańby - podwórkowej, przedwojennej orkiestry grającej solidny punk. Długo już czekałam żeby przekonać się jak sprawdza się on na żywo - otóż sprawdza się wybornie. Scena leśna wraz z licznie zgromadzoną pod nią widownią przeniosła się nie tyle w czasie, co w inny, równoległy wymiar, gdzie wspomniany koncept twórczości hula sobie w najlepsze. Był to zdecydowanie najbardziej roztańczony punkowy gig, na jakim miałam okazję skakać. Po zakończeniu zauważyłam dziwny paradoks, byłam wymęczona, zgrzana, a jednocześnie miałam p niebo więcej energii. Takiej iskrzącej, takiej do działania.