Nowa fala oniryzmu – Genome 6.66 Mbp, Svbkvlt, Danse Noire

Artykuły

 

Myśląc o oniryzmie, śmiało mogę powiedzieć - przypominam sobie rozmyte pejzaże dźwiękowe spod znaku  brytyjskiej wytwórni 4AD, czy amerykańskiej kranky. Wspomnieniem wracam do moich początków z dream popem i shoegaze z lat 80. w wykonaniu Cocteau Twins i Slowdive, a później fascynacji Beach House, soundtrackiem „Twin Peaks” autorstwa  Angelo Badalamentiego, czy do pierwszych ambientowych odsłuchów eksperymentów Grouper, Tima Heckera czy Julianny Barwick. Z czasem oniryzm ten zaczęłam dostrzegać nie tylko w tym, co rozmyte,  abstrakcyjne i nielinearne, ale także w tym co wyraziste, egzotyczne, surowe i poddane dekonstrukcji. 

 

Szczególnie moją uwagę przyciąga działalność szanghajskich labeli Genome 6.66 Mbp i Svbkvlt oraz szwajcarskiego Danse Noire,  które łączą kruchość, melancholię i romantyzm z siłą destrukcji, czasem z brutalnością. Ta muzyka nie chce być kojarzona z gatunkami, wręcz przeciwnie - towarzyszą jej intymne doznania twórców, próby zrozumienia siebie i rzeczywistości, która ich otacza poprzez dźwięk, badania jego wpływu na relacje ciało-umysł-emocje. To, co również okazuje się realną wartością ich twórczości, to bez wątpienia tradycja, a jako że pochodzą z najodleglejszych państw świata, pozwalam sobie doszukiwać się w ich muzyce czegoś zupełnie dla  mnie innowacyjnego. 


Wymienione przeze mnie labele proponują bogatą w różnorodność ofertę. Wachlarz ten zaczyna się od tego, co nasycone nieregularnymi rytmami, a kończy się na tym co ogranicza się tylko i wyłącznie do ludzkiego głosu przekraczającego kolejne bariery. Pomiędzy tym znajdują się przejmujące, nieskażone wręcz melodie, wydobywane w wyniku eksperymentów z instrumentami czy komputerem, które układają się w coraz to różniejsze pejzaże dźwiękowe. Ich wspólnym mianownikiem jest to coś, co nie tylko wzbudza wszechobecne zainteresowanie, ale i wprowadza w wyimaginowany świat osłonięty woalem oniryzmu.  


Nicholas Zhu -  𝙗𝙤𝙙 [包家巷] - w jednym z naszych cykli na pytanie, jakiej emocji najbardziej poszukują w muzyce, odpowiedzieli : „Szukam domu. Miejsca, które będzie czymś więcej niż tylko pokój, w którym śpię.”. Zabrzmi to patetycznie, ale właśnie to, co tworzą m.in. Nicholas pozwoliło mi takie miejsce znaleźć. Założony przez Aishe Devi - Danse Noire, prócz ostatniego wydawnictwa Boda „The Recurrence of Infections”, wręcz oczarowuje dźwiękowym obnażeniem Réelle czy nawet mistycznym wymiarem Meuko! Meuko!. Wyraźnie można odczuć wpływy odległych kultur Kuby czy Taiwanu, skąd pochodzą twórcy, a  czym te z pozoru eksperymentalno-noisowe utwory zostały przeniknięte. Nie tylko słychać to w strukturze dźwięku, ale także czuć tętniącą w nich niespotykaną tajemnicę. Sama Aisha Devi wyraźnie dba o atmosferę swoich produkcji, tak więc nie ulega wątpliwości fakt, iż to, co proponuje odbiorcom jej labelu, kusi dwukrotnie. 


A kiedy brakuje już słów i sił, na ratunek przychodzi Genome 6.66 Mbp z EP-ką mieszkającego w Stanach Neo Petala aka 7038634357 - „Love Unbound”  , która pozwala całkowicie zatopić się w smutnych, zdekonstruwanych melodyjkach. Absolutnie warto również sięgnąć po Rui Ho, która w „ 戰記 Tales” zupełnie abstrahuje od swojej DJ-skiej hardstylowej natury na rzecz subtelności  czy przebywającego obecnie w Polsce i odpowiadającego niegdyś za cykl imprez Turbocabra  - Portento, który w w ostatnim wydawnictwie „Un jardín de lamentos” zbliża się do Arci i pokazuje egzotycznie brzmiące rejony ambientu.


Także Svbkvlt, pomimo obecnego w swej palecie hardcore’u, gabberu czy techno w wykonaniu Osheyacka czy 33EMYBW, może pochwalić się prawdziwymi zjawiskami, które poprzez dźwięk ukazują rzeczywistość na kształt marzenia sennego. Dodając do tego duetu Scintii czy Hyph11e  bezsprzecznie rodzi się coś wielkiego. Każdy z nich ma w sobie coś drapieżnego i niebezpiecznego, a jednocześnie przyciągającego, jak nie koszmar, a senna fantazja o czymś upragnionym, a poniekąd nieosiągalnym.   

 


Te niebanalne konstrukcje dźwiękowe, a jednocześnie wielobarwne muzyczne opowieści z całego świata, okazują się niezwykłą podróżą wgłąb marzeń sennych, ale i również koszmarów. Idąc za definicją oniryzmu - dźwięki kuszą swą transgresją,  irracjonalnością, absurdalnością, ale i tajemnicą, która tkwi  głęboko w nich. Mamy do czynienia z nową falą oniryzmu, która sprawdzi się nie tylko w odprężających ambientowych słuchowiskach, ale także w dusznych setach, dając muzyce klubowej nowe życie. 

Autor:

Karolina Kobielusz