Oblicza Sakamoto

Artykuły
Ryuichi Sakamoto jest dla mnie jednym z najważniejszych żyjących artystów. Wiecznie poszukujący, rozwijający się i otwarty na współpracę. Nie jest jedynym twórcą, który odznacza się takimi cechami, ale jest jednym z niewielu, którzy robią to z ogromnym powodzeniem. Kiedy 10 lipca 2014 świat obiegła wieść o jego chorobie, a dokładniej raku krtani, zamarłem w bezruchu. Bycie fanem muzyki w obecnych czasach wiąże się często z brakiem szczególnych więzi z artystami. Sakamoto jest jednak postacią, która stała się przyczynkiem do zmiany mojego podejścia.

 

Ten człowiek orkiestra jest niesamowitym źródłem ciekawostek przekazywanych w bardzo przystępny i sympatyczny sposób. Jako kompozytor, producent muzyczny, kurator sztuki, artysta, działacz społeczny, aktor a także członek jury wielkich festiwali filmowych(w tym roku w Berlinale, wcześniej m. in. na festiwalu w Wenecji) ma do powiedzenia sporo. Jednak celem tego artykułu nie jest opisywanie całej jego życiowej aktywności bowiem z łatwością znaleźć można świetne teksty i wywiady, które przybliżają tę postać. Chciałbym opisać po krótce 3 albumy, które mogły fanom muzyki z jakiegoś powodu umknąć. Zapoznałem się z większością dzieł Sakamoto i to, co imponuje najbardziej to kwestia jego rozwoju i poddawania się wpływom innych artystów. ASYNC jest właściwie sumą wszystkich fascynacji tego twórcy, ale też dowodem na to, że każda współpraca jakiej się podejmuje jest dla niego okazją do nauczenia się czegoś nowego i daje mu możliwość do późniejszego wykorzystania tej wiedzy. Jeśli więc jesteś fanem/fanką tego albumu to z pewnością przynajmniej jedna z zaproponowanych niżej płyt powinna przypaść wam do gustu.

 


 

Alva Noto + Ryiuchi Sakamoto – Summvs (2011)

 


 

Trzeci długogrający album tego duetu jest dla mnie póki co również najbardziej udanym efektem współpracy tych artystów. Pozbawiony nadmiernej ilości glitchowych wstawek i dźwięków przyprawiających czasem o ból głowy, które można było usłyszeć na poprzednich abumach. Summvs jest dowodem na to, że staż w przypadku współpracy jest istotnym elementem. Na tym albumie ciężko jednoznacznie określić zakres działania obu twórców. Dzieło wydaje się być raczej efektem pracy jednego organizmu aniżeli dwóch autonomicznych jednostek. Przepełnione gęstą nieco apokaliptyczną atmosferą mogłoby się sprawdzić jako ścieżka dźwiękowa do nocnego letniego spaceru po wielkomiejskich zakamarkach. Podczas odsłuchu tej płyty czuć pewien rodzaj narastającego niepokoju, który jednak nigdy nie zostaje całkiem uwolniony. Świetne brzmienie i przecudowna zabawa umiejscowianiem dźwięków w panoramie, co zresztą jest jedną z rzeczy, którą Sakamoto wykorzystał potem na swoim ostatnim solowym albumie.

 


 

Fennesz + Sakamoto – Cendre (2007)

 


 

Fennesz znany jest ze swojego specyficznego brzmienia, które możnaby określić jako wczesnego Briana Eno poddanego cyfrowej obróbce z dodatkiem czasem niezdecydowanych, a czasem dość odważnych wysokich dronów. Na albumie Cendre od pierwszych minut słychać w jaki sposób artyści postanowili podzielić się przestrzenią w utworach. Fenneszowi przypadło zajęcie się okolicą wysokich tonów plus okazjonalne zapełnienie niższych pasm, które mogą zostać upchnięte pod dźwiękami fortepianu Sakamoto. Mimo tego dość wyraźnego podziału album potrafi urzec swoją spójnością, co z kolei dowodzi, że czasem i przypisywanie dość sztywno określonych roli może prowadzić do sukcesu. O ile współpraca z Alvą Noto to opowieść o poszukiwaniu przeróżnych oblicz rytmu i pulsu, tak album Cendre jest próbą umiejscowienia fortepianowych improwizacji naszego bohatera w dość zdecydowanie nakreślonym muzycznym pejzażu Fennesza stworzonym przy wykorzystaniu linearności i nieustannie zmieniającej się strukturze dźwięków. Idealna płyta na wczesnowiosenną sesje na leżaku pod kocykiem, który zapewnia komfort w chwilach gdy słońce toczy nierówną walkę z napływającym agresywnie chmurami. Zupełnie jak subtelne dźwięki Sakamoto walczące czasem o swoje miejsce w utworach na tej płycie.

 


 

Ryuichi Sakamoto – Three (2012)

 


 

I tym sposobem dochodzimy do esencji czyli tego bez czego żadna z powyższych płyt nie miałaby większego sensu – maestrii mistrza. Środowisko, w którym Sakamoto czuje się najlepiej i przypomina dlaczego zakochałem się w jego twórczości. Przepełnione zmysłowością i ogromną dawką emocji najważniejsze kompozycje powstałe w trakcie trwania jego kariery wzbogacone o wzmacniające wydźwięk skrzypce. Mamy tu właściwie wszystkie najważniejsze utwory, który wyszły spod rąk Sakamoto, osobiście brakuje mi jedynie Sheltering Sky i Amore, ale jak głosi znana wszystkim maksyma – nie można mieć wszystkiego.

 

Chyba nigdy nie przestanę podziwiać człowieka, który po tym jak uzyskał najwyższy stopień panowania nad melodią, postanowił skupić się na eksploracji samego dźwięku i robi to do dziś z takim powodzeniem. Marzy mi się by takich twórców było więcej – artystów, którzy są wystarczająco odważni by podejmować takie ryzyko, a zarazem odpowiednio pokorni by zrobić to jak należy i szukać wiedzy u tych, którzy poświęcili temu często całe swoje kariery.
Autor:

Patryk Wojciechowski