Odsłuch – Lensk, JAAA!, Sebastian Milewski

ArtykułyOdsłuch

Dzisiejszy Odsłuch to edycja wyjątkowo zróżnicowana. Każdy z prezentowanych dziś twórców znacząco odstaje czymś od pozostałych. Lensk turbulentnością, JAAA! pozytywną energią, Sebastian Milewski zaś tym, jak wrażliwe są jego hałasy. Posłuchajcie ich wszystkim wraz z nami. 


Lensk - Flatline
bandcamp


O ile Mestiçojest egzotyczne, ciepłe i słoneczne, o tyle Lensk zaskoczył nas dekadenckim nastrojem swojego mini-albumu. Śmiały, zdekonstruowany ambient chłodzi obojętnością jednak tylko z pozoru. W środku zaś żarzy się i parzy. Flatline to materiał, który wyraża wiele. Lensk bardzo ciekawie operuje melodiami. Zdając sobie sprawę z ich mocy, dawkuje je, przykrywa warstwami dronów i szumów, randomowymi dźwiękami stopy, a mimo to słuchacz nie ma wątpliwości, że to one są najistotniejszym głosem. Nasuwa się tu pewne podobieństwo z takimi postaciami jak Andy Stott czy Tim Hecker. Tym, co jednak Lenska wyróżnia, jest otwartość na kontrolowany chaos. Mamy tu do czynienia z dość luźno korespondującymi ze sobą ścieżkami. Momentami elementy zgrywają się, tworząc złudzenie istnienia jakiegoś rytmu i pulsu, a chwilę później rozjeżdżają, walcząc o swoje miejsce w spektrum. Gdzie toczy się spór człowieczeństwa oraz jego kompletnego braku. To utopijny, robotyczny świat mający być w pełni zaprogramowany, jednak wciąż ludzkie emocje wypływają na wierzch. Niezwykle atmosferyczne kompozycje poprzełamywane mnogością elementów dźwiękowych niszczą delikatność, na której są zbudowane. To trochę soundtrack do jakiegoś post-apokaliptycznego filmu, gdzie ludzie próbują ocalić swe resztki emocjonalności przed zupełną, industrialną znieczulicą. Materiał zawiera także świetny remix w wykonaniu N1L'a, który prezentuje nam całą gamę potężnych kicków jakby przepuszczonych przez delay. Zdecydowanie warto śledzić obu tych artystów, ale dziś to właśnie Flatline określamy jako jedną z najbardziej kuszących produkcji tego roku.


JAAA! - Bujillo
spotify


Bardzo kolorowa propozycja. Barwy instrumentalne migają, biegną (to muzyka z naprawdę solidną dawką energii), ale ich trajektorie są jasno określone. Odnosi się takie wrażenie z powodu tego, jak zwyczajnie dobrze są napisane te utwory, przede wszystkim pod względem formy. Pętle rozpoczynają się i kończą w dokładnie tych momentach, w których powinny. Utwór wskakuje za utworem, może dlatego album kończy się szybciej niż by nam się wydawało? Wróćmy jednak do wspomnianych barw instrumentalnych, których jest bez liku, cały ich przekrój. Od sonorystycznych pociągnięć strun, przez rozstrojoną elektronikę, po wymuskane beaty, ciepłe tony i melodie w kolorze dyskotekowych świateł. Wokal też zakreśla ambitus od westernowego, szemranego wydźwięku, po tembr znany z najbardziej nośnych hitów. Czasem muzyka z Bujillo aż trochę za bardzo je przypomina. Na nasz gust obyłoby się bez wielu dość popularnych zagrywek, które ze względu na swoją powszechność w muzyce ostatnich lat, działają na album jak wybielacz. Paradoksalnie, bo przecież pstrokate to dźwięki, rytmy i efekty. Niemniej jednak słychać zarówno spory nakład pracy jak i szeroko otwarte uszy. To właśnie jakiś kawałek z Bujillo możecie bez obaw puścić na następnej imprezie. I niech i znajomi nie obawiają się, że znów włączycie coś zbyt ambitnie niesłuchalnego. JAAA! zarzucił pomost pomiędzy wyszukanym brzmieniem a tanecznym pląsem.


Sebastian Milewski - Kilka Procesów
bandcamp 


Bajeczne. W tych wszystkich chwilach zawartych na „Kilka Procesów” namalowany jest portret wrażliwości Milewskiego, dotykających wielowymiarowych odczuć i emocji. Ten bogaty w doznania dźwiękowe projekt jest udowodnieniem niezwykłej wyobraźni Sebastiana, który jest artystą kompletnym - zerkając na jego malarstwo czy rysunki widać dojrzałość i określenie. Na Kilka Procesów przejawiaja się one w operowaniu powtórzeniami i piętrzeniu dźwięków. Milewski imponuje ich selekcją. Autor jest świadom budowania momentum i potrafi wykorzystać to na swoją korzyść. Sprawnie radzi sobie z przechodzeniem od momentów intensywnych do tych bardziej apatycznych. Uwagę przyciąga również sposób w jaki prowadzone są same utwory. Twórca ma pomysł na to jak je zaaranżować, czuć dużą precyzję. Nie można bać się napisać, że autor nawiązuje w jakiś sposób do twórczości Huerco S. czy Basinskiego. Mamy tu wprawdzie do czynienia z dużo większą dramaturgią i dynamiką, jednak sposób wykorzystania repetytywnych loopów jest bardzo podobny. To wszystko, kto wie, pomoże określić się innym twórcom. Zainspirują, pochłonie tak, jak pochłonęły Progrefonik. Nie sposób zapomnieć jego solówki podczas naszej pierwszej imprezy, kiedy to grał z Młynem i nie sposób zapomnieć te zamieszczone na płycie, chwytające za serce akordy, które dzielnie i z wielkim rezultatem przedzierają się przez tyle zgiełku. I hałasu. I rozedrgań, zgrzytów, szumów, delikatnych partii pianinowo-perkusyjnych, różnorakich sekwencji drone’owych. Znajdujemy wśród nich równoległe światy, które pochłaniają i wyrzucają raz po raz. Te dziewięć utworów jest trochę jak ludowe opowieści, gdzie mistyczne wydarzenia zderzają się z rzeczywistością.



PROGREFONIK został stworzony z myślą o prezentowaniu muzyki przez pewien piękny pryzmat - jej słuchaczy. Tak się jednak dobrze składa, że ludzie słuchający muzyki również sami ją tworzą. A takich delikwentów chcemy pokazywać tu jak najwięcej. Oto cykl ODSŁUCH, w którym serwujemy najciekawsze projekty z na naszej skrzynki odbiorczej. Jest jeden sposób, by ten projekt miał sens: wysyłajcie nam swoją twórczość, zapraszamy! 
 


GRAFIKA: // ODSŁUCHALI:

Michał Maliński // Karolina Kobielusz, Marta Konieczna, Filip Preis, Patryk Wojciechowski