PLAYLISTA: ZŁOTA JESIEŃ dla PROGREFONIK

Playlisty
Złota Jesień. Od 2012 r. kuszą transgresją, pociągają momentami brudem mnogości hałasu, w pewien sposób fascynują swym charakterem i nieokiełznaną formą. Niebawem ukaże się ich kolejna produkcja, nad którą już teraz głęboko się zastanawiamy - póki co nieśmiało wyobrażając sobie lot, który Złota Jesień funduje słuchaczom. Najwyższa pora, by skosztować inspiracji zespołu, który stworzył playlistę specjalnie dla Was. Zapraszamy!

 

Piszą tak:

 

“Kochany! Czy posiadasz coś świeżego? Zdrowego?”

 

Pokój nocny faluje lekkim ultrafioletowym światłem skierowanym na armię roślin. Za małym oknem, umieszczonym w lewym górnym rogu ściany, z mojej perspektywy widoczne są jedynie: a) domniemanie ciemnopomarańczowe niebo, b) taniec śnieżynek. Daleki sygnał niejasnego dyskontentu.

“Pójdziesz do sklepu?”

Bliskie niezadowolenie. Okej, nazwijmy to niezadowoleniem.

“Mogę pójść.”

Wrażenie rozpoznania pewnej metody. Ach, to m o j a metoda. Gdy widzę ją w kimś innym, czuję się nad wyraz ambiwalentnie: uczuciu rozpoznania towarzyszy pewne rozczarowanie, a z drugiej strony żywo interesują mnie jej przepoczwarzenia.

Chyba jest mi zwyczajnie smutno, gdy zauważam, że ktoś ujawnia w sobie bliźniacze podobieństwo moich cech.

Ubieram płaszcz przy drzwiach, zakładam górskie buty. Wydaje mi się śmieszną rzeczą, by dobrać do nich niebieską torebkę.

“Sok jednodniowy?”

“Czy o tej porze można mówić o soku jednodniowym?”

“A czemu nie?”

Lepiej by mi było opowiedzieć swój sen, a muszę tłumaczyć o c z y w i s t o ś c i.

“Yyyy… Może lepszym pomysłem byłby banan. Albo kilka.”

Wyczuwalna, daleka aprobata to chyba nasz największy wspólny mianownik.

Naciskam klamkę. Drzwi nie otwierają się. Naciskam jeszcze raz. Sprawdzam zamek kluczem. Zamknięte. Jesteśmy zatrzaśnięci od środka.

“I co teraz? Ślusarz w nocy to chyba dziwny pomysł. Okno?”

Już wiem, że będzie to konieczne, więc ukłucie niechęci spotyka się z działaniem amortyzacyjnym.

Otwieram małe okienko w pokoju i zaczynam przeciskać się na zewnątrz. Nie wierzę, iż mimo wewnętrznych procesów myślowych tyczących się pozostawienia torebki w mieszkaniu, wciąż mam ją przy sobie. Udaje mi się wygramolić, jest zimno i nie mam ochoty na ruszanie się gdziekolwiek. Z własnej woli leżę przez chwilę z twarzą przyklejoną do wykładziny dachowej, wyobrażając sobie siebie jako obiekt analogiczny do osoby będącej punktem odniesienia w “Powers of Ten”. Wstaję, otrzepuję się i podchodzę do krawędzi. Opuszczam się na niej i spadam na ziemię.

Sklep jest dwie przecznice dalej. Idę bezmyślnie w swojej głowie, minimalizując potrzebę sensoryzowania rzeczywistości do minimum. Po dziesięciu minutach trudno mi jednak nie zafrapować się diamentowym blaskiem, zakrzywiającym istotę całej ulicy - witryną sklepu “ŻABKA 24/7”.

Nie jest tu specjalnie cieplej niż na zewnątrz. Podłoga zmienia konsystencję przez szare błoto, przez które prześwituje fluorescencyjnie żółta posadzka. Z pomieszczenia pracowniczego wydobywa się zapach taniego jedzenia. Przybiera formę fantomowej ręki z dymu, która zachęca do podążenia za nim. Na szczęście to tylko sygnał, który mogę zignorować. To tylko sygnał.

Rozglądam się. Istniała szansa, że na wybrakowanym zazwyczaj dziale z owocami nie będzie kiści bananów. Na szczęście nie dziś. Następnie sunę człapliwie między suszonymi pomidorami, jogurtami, przerażającą prasą i akcesoriami erotycznymi. Wow, jednak są soczki jednodniowe. Pomarańcza i grejfrut, 100%. Biorę. Skoro już jestem w sklepie, kupuję sobie marcepan w czekoladzie.

Nie umiem zdekodować pani za ladą. Zlewa się z setką ekspedientek, z których usług korzystałam, z setkami tysięcy osób, które mijałam w przejściach podziemnych. Krzywię się na myśl o własnej niegodziwości, nie umiem sobie nawet wyobrazić ich cierpienia. Jak można żyć w ten sposób?

 

 

Och, już jestem na zewnątrz, wracam do Cb. Ale się ucieszysz na ten soczek.

 

Autor:

Karolina Kobielusz