Progrefonik x SANATORIUM DŹWIĘKU

Relacje

Kilka dni temu odbyła się 6. edycja festiwalu Sanatorium Dźwięku we współpracy z Musica Sanae w Sokołowsku. Festiwal objęliśmy oficjalnym patronatem, z czego jesteśmy dumni i w ramach czego zapraszamy do lektury krótkiej relacji autorstwa Karoliny Kobielusz. 

 

 


———— miejsce 

 

To mój pierwszy raz w Sokołowsku. Zupełnie nie wiedziałam czego spodziewać się po przyjeździe do tej mieściny, ale szybko rozwiały się wszelkie wątpliwości z tym związane. Od pierwszych chwil czułam się absolutnie oczarowana klimatem panującym w sudeckiej miejscowości. Tutaj czas się zatrzymał kilkadziesiąt lat temu. Urzekają niemieckie wille z początku XX wieku, które zatopione są w gęstwinie lasów,  odbijające się zarazem w tafli wód miejscowych stawów. Czuć tu ducha Krzysztofa Kieślowskiego oraz bohemy artystycznej goszczącej w Sokołowsku. KinoTeatr Zdrowie, maleńka kawiarnia Palmiarnia z fenomenalnym wnętrzem, vintage graty w zamkniętym nieopodal antykwariacie czy sprzedawana gigantyczna beza w jednej z ‚restauracji’ to nie jedyne miejscowe atrakcje. Tuż obok nich rozpościera się widok na monumentalne, zbudowane z czerwonej cegły Sanatorium dr Brehmera, gdzie w 1855 r. zaczęto leczyć gruźlików, stosując  nowatorską metodę leczenia klimatyczno-dietetycznego. To właśnie na wzór tego sokołowskiego sanatorium został stworzony ośrodek leczenia gruźlicy w Davos. W 2007 roku obiekt tego Sanatorium zakupiła Fundacja Sztuki Współczesnej In Situ i w ramach  Miedzynarodowego Laboratorium Kultury organizowane są tam w okresie letnim, poza Sanatorium Dźwięku, aż dwa dodatkowe wielkie wydarzenia: Festiwal Konteksty poświęcone sztuce perfomatywnej oraz Festiwal Filmowy im. Krzysztofa Kieślowskiego. Tak, jak wspomniałam -  czuć, że Sokołowsko przefiltrowane jest przez świat sztuki, ale nic dziwnego. To doskonałe miejsce, aby doznać nieskazanej ciszy, spokoju, magicznych doświadczeń, co pozytywnie wpływa nie tylko na kuracjuszy czy poszukujących natchnienia artystów, ale również na każdego odwiedzającego spragnionego niezapomnianych w swej skromności wrażeń.

 

———— dźwięki

 

O tegoroczne wrażenia dźwiękowe Sanatorium Dźwięku we współpracy z Musica Sanae zadbał zespół kuratorski w składzie: Michał Libera, Domenico Napolitano, Renato Grieco, Giulio Nocera, Andrea Bolognino, Farahnaz Hatam, Colin Hacklander. 6. edycja festiwalu przebiegła pod znakiem poszukiwań związku pomiędzy muzyką a medycyną, ich znaczenia nie tylko w sferze kulturalnej, ale również w kontekście leczenia, a nawet i pojmowania chorób w oparciu o historię, jak i teraźniejsze metody. Do odtwarzania utworów czy przeprowadzania performensów artyści prócz rozbudowanego instrumentarium, używali również narzędzi medycznych. W wyniku tego mogliśmy usłyszeć kompozycję na podstawie sonifikacji łańcucha DNA wirusa HIV w wykonaniu Carla Michaela von Hausswolffa;  zamówiony przez Musica Sanae utwór Rashada Beckera o psychologii i psychoterapii jako społecznych syntezatorach skomponowany na podstawie danych z archiwów Sozialistischen Patientenkollektif czy zobaczyć audiowizualne show australijsko-niemieckiego duetu Hatam / Hacklander o konstruktach zdrowia psychicznego i relacjach władzy, które je produkują i uzasadniają. Przed głównymi koncertami, podczas których trzeba było wytężyć słuch i maksymalnie się skupić, w Parku Zdrojowym odbywały się kwadrofoniczne eksperymenty pod kuratelą Biura Dźwięku Katowice.  Bliskość z naturą, intensywne odbieranie jej, pochłanianie każdą cząstką ciała i słuchu. Dzięki temu słuchowisku czas zyskał jakiegoś wzniosłego znaczenia, a doświadczanie go pełne było ekstatycznego zachwytu. Jednak najpiękniejszym wspomnieniem muzycznym, który przywiozłam z Sokołowska był bez wątpienia koncert elektroakustycznej damy - Felicii Atkinson. Na koncert zszedł się tłum i właśnie ten tłum dał się zaczarować francuskiej poetce. Zaprezentowana kompozycja „Hedera Helix” traktowała o roślinach, leczeniu, architekturze i ruinach i idealnie wybrzmiała w murach jednej z sal Sanatorium. Polska publiczność wprost uwielbia Felicię. Z wzajemnością. Było to doznanie uzdrawiająco-wzniosłe, wprowadzające w senną, ale przejmującą, niepokojącą atmosferę rodem filmów Belli Taara. Cały program tegorocznej edycji mnie zaskoczył. Początkowo czułam się trochę zagubiona, bowiem dźwięki rozproszone były daleko od strefy komfortu, w której muzycznie balansuję. Stopniowo jednak dawałam się pochłonąć tym niewygodnym strukturom, co zaowocowało masą pięknych wrażeń i poznanie tego, co dotychczas dla mnie nieznane. 

 

———— wrażenia 

 

6. edycja Sanatorium Dźwięku to z pewnością nie ostatnia, w której wzięłam udział. To wspaniale spędzony czas w bliskości z naturą i dźwiękami, z którymi nie obcuję na codzień. Festiwal daje możliwość nieskrępowanego przeżywania muzyki w sposób indywidualny oraz pozwala na poznanie jej kolejnych wymiarów, których tak mało w przestrzeni publicznej. Nie ukrywam, że wprowadziłabym do programu więcej występów muzycznych. Zabrakło mi artystów śpiewających, a na pewno już tych ogłoszonych w pierwszej wersji - Croatian Amor czy Ziur. Skandynawski chłód twórczości Loke Rahbka w Czerwonej Sali Sanatorium to byłoby naprawdę coś wielkiego! Warto również zwrócić uwagę na liczbę miejsc w salach w stosunku do powiększającej się z roku na rok publiczności. Koniec końców ważne jest to, aby każdy, kto przebył do Sokołowska nawet tysiące kilometrów posłuchał tego, co organizatorzy przygotowali. Festiwal ma swoje wady, ale  nawet i w tych wadach jest wyjątkowy i potrzebny polskiemu życiu kulturowemu. Czuć ogromną pasję i poświęcenie organizatorów. Widać też miłość festiwalowiczów, ich skupienie, pokorę, zachwyt i co wspanialsze - dawno nie widziałam tak chłonnego odbierania sztuki muzycznej każdym zmysłem. Był to widok i wzruszający i uzdrawiający.

Na ręce Zuzanny Fogtt, Gerarda Lebika i Michała Libery kładę gorące podziękowania i serdeczne gratulacje! 

Autorka:

Karolina Kobielusz