Przegląd premier #2

ArtykułySŁOWA

Caterina Barbieri – Ecstatic Computation

 

Caterina stała się już ikoną emocjonalnej muzyki modularnej. Wypuszczony jakiś czas temu singiel "Fantas" odbił się wyjątkowo dużym echem i poszerzył jej grono odbiorców. Oczekiwania związane z jej nowym albumem były zatem spore. Czy zostały zaspokojone? I tak i nie. Byłem jedną z osób broniących założenie eksplorowania podobnych obszarów, co w przypadku "Patterns of Consciousness". Uważam, że artyści i artystki czasem zbyt pochopnie podejmują decyzję o zredefiniowaniu swojego brzmienia. Wierzyłem, że Caterina ma jeszcze sporo do zaoferowania posługując się praktycznie tymi samymi rozwiązaniami. Jednak odsłuch całości albumu rozwiał moje nadzieje. W zasadzie nie jest to zawód, jednak skłamałbym gdybym powiedział, że nie oczekiwałem więcej. Są momenty przykuwające uwagę i trzymające poziom PoC jak chociażby "Bow of Perception" czy "Arrows of Time". Co nie zmienia faktu, że całość sprawia wrażenie próby odtworzenia czegoś, co ciężko odtworzyć. Jakby ktoś opowiadał tę samą historię, ale nie tak brawurowo i nie z takim przejęciem jak za pierwszym razem. I choć cały czas próbujesz przestać to porównywać, to z jakiegoś powodu nie możesz. Mimo to, jest to na pewno dzieło warte zapoznania, choć jeśli ma to być pierwsze spotkanie z twórczością Cateriny Barbieri, to zwróciłbym się jednak ku wspomnianemu "Patterns of Consciousness".

 

RAP – Export

 

To przykład niezwykle intrygującego albumu. Z jednej strony urzeka swoją surowością i klimatem DIY, z drugiej niektóre rozwiązania potrafią czasem zabić vibe utworu brzmiąc jak fragmenty dograne przez totalnego muzycznego laika. Balansowanie na granicy tych dwóch wrażeń tworzy specyficzny klimat nieskrępowanego popisu kreatywności. Momentami dźwięki przywodzą na myśl wciągające w trans za pomocą basu utwory Lotto, kiedy indziej przebija się echo Deana Blunta czy HTRK. Zdecydowanie jest to album wart uważnego odsłuchu.

 

Rian Treanor – ATAXIA

 

Jak dobrze, że ten album powstał, naprawdę. Syn wspomnianego już w tym tekście Marka Fella dostarcza najbardziej brawurowy glitchowy footwork od nie wiem kiedy. Zdaje się, że Rian zapoznał się dobrze z dyskografią taty, a szczególnie z tym, co ten wypuścił pod szyldem SND. Dzięki temu dostajemy porządną dawkę matematycznej muzyki tanecznej. Nienaganny sound design i bardzo dynamiczne partie perkusyjne tworzą wybuchową mieszankę. Nie jest to pierwsza próba ugryzienia tego tematu z tej strony, ale dla mnie jest pierwszą tak udaną.

 

Kilchhofer Anklin – Moto perpetuo

 

Jeśli ktoś szuka natomiast ciekawych elektroakustycznych wycieczek, które sprawdzą się w wypadku intymnych spacerów ze słuchawkami na uszach, to powinien rozważyć "Moto perpetuo". Jest to muzyka, która nie woła o uwagę, ale obdarzona nią potafi sowicie się odpłacić. Kojące, dające o sobie znać w nieregularnych odstępach dźwięki perkusji tworzą szkielet utworów dopełnianych ciężkimi do określenia akcentami instrumentalnymi. Dla mnie to kolejny dowód na to, że nie zawsze musi chodzić o rewolucję i eksplorowanie nieznanego bowiem w tym, co znajome czyha jeszcze sporo niewykorzystanego potencjału.

 

Fennesz – Agora

 

Fennesz wraca po dość długiej przerwie w postaci bardzo udanej reinkarnacji Stars of the Lid. "Agora" brzmi trochę tak jak jej okładka – o czym ktoś już zresztą gdzieś pisał, niestety nie pamiętam gdzie. Kreślone przez Fennesza dźwiękowe pejzaże mienią się ciepłymi barwami choć ich faktura jest raczej szorstka i chropowata. Zderzenie tych dwóch teoretycznie niepasujących elementów to dość ciekawy pomysł w świecie ambientu. Momentami mamy nawet do czynienia z poziomem monumentalności znanym z dokonań Bena Frosta czy Rafaela Antona Irrisariego.

 

Priests – The Seduction of Kansas

 

Tym razem spory zawód. Priests przekonali mnie do siebie przede wszystkim świetnym występem na Creepy Teepee. Po powrocie wziąłem się za ich debiut, który tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że warto mieć ten zespół na oku. Niestety, najnowsze dzieło to odbicie w zupełnie niezrozumiały dla mnie muzyczny region. Charyzma i wyjątkowa nieposkromiona energia jakby się ulotniły i tak naprawdę nie dostaliśmy nic, co mogłoby ich brak zastąpić.

 

Myriam Bleau – Lumens & Profits

 

Myriam sprawnie wykorzystuje wszystko to, co zostało już odkryte w muzyce glitchowej dorzucającą do tego wystarczającą dawkę swojej własnej wizji. W pewnym sensie jest to eksploracja obszarów, którymi zajmowali się w ramach swojego wspólnego projektu Mark Fell i Gabor Lazar. Jednak w przypadku Myriam mamy do czynienia z większym naciskiem na muzykalność jak choćby w 'Hidden Centuries" gdzie w tyle dźwięczy masywny synth dający nam powiew czegoś kojącego.

Autor:

Patryk Wojciechowski