Eberhard Weber “The Colours of Chloë”

Artykuły

Debiuty są trudne. Nie zawsze są też wczesne – weźmy takiego Cohena, który zaczął karierę jako piosenkarz dopiero po trzydziestce. Pisanie o debiutach też nie jest łatwe. A pisanie o debiutach debiutując w pisaniu tekstów jest w ogóle do dupy.

 

Podejrzewam jednak, że Eberhard Weber, debiutując jako lider własnego składu (a miał na karku już ileś ciekawych projektów jako członek składów jazzowych) w ogóle się tym nie przejmował. W sumie jestem nawet pewien. The Colours of Chloë, wydane w 1974, pokazuje nam, że Weber po prostu wiedział. A jeśli nie wiedział, to raczej długo się nie zastanawiał. Być może to po prostu fantastyczna intuicja była w stanie zrodzić tak znakomite krążki.

 

Otwierająca album partie wiolonczel zarówno Webera, jak i orkiestry z niemieckiego Südfunk,  uderzają przejmującym chłodem – mimo tego nie mamy do czynienia z artystą ze Skandynawii. Od pierwszych uderzeń basu wiemy, że mamy do czynienia z akurat tym basistą – na dalszych solowych krążkach jest jeszcze więcej takiego lirycznego, mocnego Webera. Co ciekawe Eberhard nie przejawiał takich tendencji we wcześniejszej twórczości, dopiero na albumach solowych odkrył swoje bardzo charakterystyczne brzmienie(może napiszę o tym w kolejnych tekstach jak najdzie mnie wena – naprawdę warto się w to zagłębić). No ale ale, wracając! Powietrze wypełniają dźwięki basu,a potem, jak gdyby zupełnie oderwane od wszystkiego, motywy fortepianowe Rainera Brüninghausa. Gigantyczne ilości przestrzeni, czas się zatrzymuje. Można by powiedzieć, że stajemy twarzą w twarz z krzyżówką ambientu, wpływów jazzowych i minimalizmu. I jeszcze trochę wczesnych syntezatorów.

 

Wytwórnia ECM słynie ze swojej bogatej jazzowej palety (Garbarek, Rypdal i podobni), ale Webera możemy postawić zarówno obok swoich kolegów, jak i swoistego ewenementu na tym lejbelu – mam tu na myśli Stephana Micusa. Muzyka bohatera dzisiejszej recenzji odwołuje się bardziej do ludowych motywów aniżeli do akademickiego grania (w którym też naszemu basiście zdarzało się maczać paluszki – ale jako sideman, na przykład w składzie Rolf Kühn Jazzgroup). Sięga on nawet po okarynę, brzmiącą naprawdę charakterystycznie. Wszystko to buduje bardzo specyficzny klimat. Okładka też zdaje się nawiązywać do motywów ludowych,  co mnie osobiście bardziej przeraża, ale to już chyba tylko moje skrzywienie.

 

Najbardziej ciekawi to, że Weberowi udało się uniknąć zachłyśnięcia modą połowy lat ’70 – czyli coraz bardziej prominentnym ruchem jazz-fusion. Muzykę można by określić mianem medytatywnej, co złośliwsi dokleiliby nawet plakietkę „PFU, NEW-AGE, UGH”. Jest bardzo elegancko, ale nie gładko – to nie smooth, w żadnym razie! Jest za to bardzo swobodnie, miejscami całkiem dynamicznie – nikomu w końcu nie zależy na tym, żeby nas zanudzić na śmierć. Wszystko żyje własnym tempem, oddycha. Bardzo ludzka jest to rzecz. Przede wszystkim jednak jest dużo przestrzeni.

 

W obrębie trzeciego utworu mamy do czynienia ze sporym mieszaniem nastrojów – bywa melancholijnie, a potem zderzamy się z graniem bliższym jazzowi elektrycznemu – na dodatek graniem bardzo wyluzowanym. Jest bardzo wszechstronnie. Recenzja jest sztywna, ale album nie jest. 

Utwór płytę zamykający zdaje się czerpać mocno z pomysłów Terry’ego Rileya – mowa o słynnym (Niestety? Sam w sumie średnio za nim przepadam.) „Rainbow in the Curved Air”. Wczesna elektronika, podszyta transowymi partiami basu Webera – trzeba to usłyszeć przynajmniej raz. 

 

Zresztą – nie trzymam was dłużej, bo jeśli doczytaliście do tego momentu, to mogliście już w tym czasie przesłuchać przynajmniej „More Colours”! Skorzystajcie z propozycji, wybierzcie się w podróż razem z Weberem – nie pożałujecie! Trzeba przyznać jedno: Chloë zdecydowanie jest bogata w kolory. I nie dajcie się przestraszyć okładce!

Autor:

Filip Skirtun