Eberhard Weber „Yellow Fields”

Artykuły

Ciekawe, czy Eberhard Weber miał ambicje malarskie. W sumie można się nad tym zastanawiać, zważywszy, że na debiut swojej grupy Niemiec wybrał „Kolory Chloë”, a sama gra składów pod jego przywództwem jest bardzo ilustratywna. Myślę jednak, że więcej powie nam fakt nagrywania przez Webera reklam telewizyjnych i praca przy sztukach teatralnych.

 

Dla drugiej płyty basisty - jeszcze nie jako późniejsze „Eberhard Weber’s Colours”, chociaż skład prawie już się zgadzał -  pt. „Yellow Fields”, wydanej w roku 1976, okładkę po raz kolejny przygotowała żona Eberharda. Zostajemy uraczeni czterema kompozycjami, z których tylko jedna trwa około pięciu minut, cała reszta to dziesięć plus – całe szczęście! Niemiec bowiem nie próżnował i przygotował naprawdę świetne, bogate w zwroty i barwy, kompozycje.

 

Z poprzedniej płyty ostał się jedynie klawiszowiec Rainer Brüninghaus, do składu przyłączyli się zaś, znani na pewno niektórym tutaj - Charlie Mariano oraz (niestety tylko na jedną płytę) Jon Christensen – tego drugiego na pewno kojarzą fani Garbarka. Jeśli wierzyć kompilacji „Colours”, to jest to pierwszy skład „Eberhard Weber’s Colours” - potem Christensena zastąpił John Marshall (m.in. Soft Machine, Nucleus).

 

Dobra, wstęp wstępem, ale tak w zasadzie o czym my tu rozmawiamy, co ci ludzie tak w zasadzie grają? Może wyjaśnijmy sobie jedno: jest Manfred Eicher, mamy już rok 1975, więc produkcja jest krystaliczna – ale nie gładka do przesady, po prostu jest bardzo klarownie. Zdecydowanie nie mamy tu jednak do czynienia z brzmieniem sterylnym. Całość brzmi bardzo organicznie. Nie ma problemu ze śledzeniem pojedynczych partii, ale da się rzucić okiem na inicjatywę kwartetu jako jednego, większego, spójnego projektu.

 

Otwierające „Touch” zionie – po raz kolejny, ale w trochę inny sposób niż poprzednio – strasznym chłodem! Jeśli jakaś maruda doczytała do tego miejsca i zamierza rzucić suchym „świetnie, kolejny nudny ECM”, to zdecydowanie przestrzegam – nie róbcie tego! Kwartet zdecydowanie nie pozwala przysnąć. Mamy tu do czynienia z bardzo luźnym graniem – chociaż nie przeczę, zdecydowanie nie wiem co Weber skomponował, a co jest zaimprowizowane, mamy tu przecież do czynienia z prawdziwymi mistrzami fachu. Fantastyczny puls Christensena – nie jest to stereotypowy swing, Norweg prawie-że kradnie spektakl, a to już spore osiągnięcie! – pcha całość do przodu z niewyobrażalnym ferworem. Solówki Mariano od samego początku budzą wrażenie – tutaj jeszcze na saksofonie sopranowym. W „Touch” główną rolę grają zdecydowanie Jon i Mariano – Webera i Brüninghausa mamy tutaj w zasadzie w roli… no właśnie, jakiej? Myślę, że po prostu dodają swoje plamy na obrazie budowanym przez całość kompozycji, stąd właśnie padło początkowe pytanie. Mamy po prostu wrażenie obcowania z obrazem, a nie z kompozycją muzyczną. I to wszystko w ciągu pięciu minut! Fantastyczna sprawa.

 

„Sand-Glass”, z powtarzalnymi figurami basowymi, jest bardzo medytatywne. Brüninghaus wprowadza powtarzalne motywy na klawiszach, tym niemniej nie dajmy się zwieść – jest to raczej coś w stylu transowości rodem z kapel zeuhlowych. Christensen grywa partie niczym wyjęte z downtempo, zaś Mariano… no właśnie, cóż tu się wyrabia! Podejrzewam, że wielu słyszało o „Szczurołapie z Hamelin”. Takimi zagrywkami, niestety (lub stety), nasz dmuchacz byłby w stanie wyprowadzić wielu fanów jazzu z klubu gdzieś w najdalsze czeluści świata – sam bym chyba za nim poszedł, ku własnej zagładzie (lub wiecznej błogości – dlaczego od razu tak negatywnie… Chociaż to podobno standardowa ludzka tendencja). Instrumentarium wprowadzane przez saksofonistę jest iście intrygujące – flet shehnai oraz nadaswaram – i nie pozostawia obojętnym. Całość kompozycji dostaje iście orientalnych barw, ale nie jest to żadna exotica. Wspominałem o tym wcześniej, wspomnę i teraz – uważam, iż Weber stworzył własny wzór czegoś nazywanego mianem free-jazzu. Zakres swobody, którą posłużył się – lub na którą pozwolił zespołowi – jest zupełnie nokautujący. Jedyne, co - moim zdaniem – może irytować, to solówki syntezatorowe Rainera. Nie znaczy to oczywiście, że są kiepskie – połowa lat ’70 to okres wzmożonych eksperymentów z używaniem monofonicznych syntezatorów w jazzie i – musicie wierzyć mi na słowo, chociaż łatwo to sprawdzić – nadal nie jest to stopień standardowego fusion. Właśnie, zaraz, jest i miejsce na groove! Panowie zazębiają się zupełnie mistrzowsko.

 

Tytułowy utwór otwierają – nareszcie bardziej prominetne! – zagrywki samego bandleadera, panowie trochę sobie hamują na instrumentach. Pojawia się charakterystyczny, płaczący, ton elektronicznego kontrabasu Webera. Mariano początkowo gra krótkie frazy, jednak zostajemy też uraczeni prawdziwie ognistymi solówkami, wtedy, kiedy tylko jest na to miejsce. Kompozycja często tak jakby ‘zaczyna się od nowa’ – muzycy kilka razy zmieniają koncept, jednak za każdym razem zabierają nas w ciekawą podróż. Tutaj jednak nie jest już transowo, mamy trochę pogodniejszy, lżejszy, nastrój. Rainer Brüninghaus wystawia kilka znakomitych solówek na elektronicznym pianinie. Melodycznie jest dosyć jednolicie, rytmicznie jednak jest naprawdę, naprawdę zmiennie.

 

Cóż, skoro się zaczyna, to wypadałoby i skończyć. „Left Lane” znowu daje poszaleć klawiszowcowi. Myślę, że jest to najbardziej wyluzowany utwór na całej płycie. Sporo tu miejsca dla znakomitych filli perkusyjnych Christensena.

 

I nagle.

 

Cisza.

 

Toć znowu Weber zaczyna płakać! Padają strzały z fortepianu! 

 

Piękny duet między dwójką znakomitych muzyków wypełnia powietrze. A potem gra już sam Rainer. Zawiązuje się zupełnie nieopisywalna solówka (mając przeszkolenie teoretycznie mógłbym uprawiać wodolejstwo na temat tego jakie nuty padają, ale czy to naprawdę ma sens?), miejscami mamy do czynienia wręcz z zagrywkami minimalistów – na myśl przychodzą kompozycje Steve’a Reicha z ich zazębianiem się – brak mi słów, naprawdę. Aż ciężko, „zupełnie przypadkiem”, nie musnąć przycisku repeat i nie udać się w podróż z „Kolorami” raz jeszcze.

 

Uderza skromność Webera. Wirtuoz instrumentu, na dodatek bardzo specyficznego, na dodatek bandleader. Jest go jednak na płycie relatywnie mało, w sensie – nie przyćmiewa on innych graczy, traktuje siebie w kategoriach elementu ‘zespołu-organizmu’. Jest to chyba bardzo trafne określenie  - które padło wcześniej, czyli „organiczny”.

 

Mógłbym chyba przyczepić się jedynie do faktu, że mamy tu do czynienia z dosyć jednolitym konceptem na to, co grać i jak grać – nie wiem jednak, czy to coś złego, bowiem ciężko wyczerpać taką formułę w 45 minut. Ciężko jedynie wpaść na mało repetytywne opisy tego typu twórczości… 

 

Prawdziwy amalgamat jazzu (oj, na dodatek free, bo Weber wydaje się pisać te rzeczy zupełnie mając gdzieś formuły jazzowe), wpływów orientalnych i minimalizmu, wszystko to przy naprawdę mocnych groove’ach – acz nienarzucających, każdy dźwięk ma swoje miejsce i nie pada tu nic niepotrzebnego – ten element Weber rozwinie potem do granic możliwości, cisza zawsze będzie miała zasadniczy udział w jego muzyce. Polecam z głębi serca, myślę, że jest to jeden z wielkich punktów w historii ECM-u. Do następnego razu! A teraz do słuchania, ale już!

Autor:

Filip Skirtun