SUPERLATIVE FATIGUE – Errorsmith

Artykuły
Powroty nie zawsze bywają pełne sukcesu – jednak w przypadku producenta o pseudonimie Errorsmith to stwierdzenie w zupełności się nie sprawdza. Niemiecki artysta Erik Wiegand po czternastu latach wyszedł ze swej albumowej stagnacji, prezentując pod skrzydłami berlińskiej wytwórni PAN krążek „Superlative Fatigue”, który łącząc techno i digital dancehall przedstawia zupełnie nowe oblicze tego, jak może brzmieć beztroska, lekkość i zabawa nie zapominając o dokładnej konstrukcji utworów.

 

Otwierający płytę utwór „Lightspeed” doskonale rozpędza ten muzyczny całokształt – duże znaczenie ma tutaj niezwykle żywa, zróżnicowana linia perkusyjna. Ważnym elementem tutaj jest zmanipulowana, powtarzająca się partia wokalna, która zawierając w sobie delikatną dozę infantylności i naiwności naznacza to, co w tym albumie będzie się odznaczało – pragnienie tańca, wcześniej już wspomniane beztroska i lekkość oraz wrażenie zamroczenia wyrazistością dźwięków. Następujący po nim „Who-Is” potraktowany jest w sposób bardziej formalistyczny w formie, jednak wciąż zawiera w sobie nastrój swego poprzednika. Siarczyste, chłodne syntezatory powodujące zawroty głowy budują euforyczny charakter i pozwalają słuchaczowi się im ponieść. A ta wyrazista, bębniąca partia perkusyjna! Połączenie tych dwóch składników jeszcze bardziej podkręca wyrazistość muzyki, dopełniają się i wydobywają z siebie to, co jest w nich najlepsze.

 

Zawroty głowy dalej nie ustępują – i dobrze! Na „I’m Interesting, Cheerful & Sociable” modulowany syntezator nie daje nam odetchnąć i porywa nas w taneczny szał. Dodatkowo do tego dochodzi niezwykle gorący bit zbudowany na głębokich basach, hi-hatach i klaśnięciach – to idealny przepis na euforię. Gorąc muzyki przełamuje się dopiero na utworze „Centroid” – jest bardziej elektroniczny, niż dancehallowy, jednak wciąż zachowuje w sobie aurę swych poprzedników. Pojawia się tutaj ogromne zróżnicowanie pod względem różnych partii i elementów dźwiękowych – jesteśmy bombardowani przekształcającymi się syntezatorami, których swoiste „futurystyczne” brzmienie dodaje kolejnego, ciekawego elementu do całokształtu albumu, budując jeszcze bardziej ekscytację. A ona ponownie wzrasta wraz z nadejściem utworu „Superlative Fatigue”. To naprawdę świetny moment, w pełni dopracowany i przemyślany. Ostre, wyraziste synthy, liczne partie perkusyjne, jedne bardziej brzęczące, inne przypominające pukanie – wyraża się poprzez rytmiczność, stanowczość budowy utworu, interesujące rozwiązania muzyczne.

 

„Retired Low-Level Internal Server” jest zdecydowanie wolniejszy niż reszta, jednak to melanż intensywnych, powtarzających się dźwięków. Wykorzystane zostały hi-haty, głębokie basy, doskonale zakomponowana dźwięki o wysokim tonie tworzące interesującą partię repetycyjną – to wszystko przeplatane jest z już wcześniej pojawiającymi się syntezatorami. Kontrastem do płyty wydaje się być następujący później „Internet of Screws” – pojawia się na nim wrażenie braku swoistego rytmu, jednak pojawia się schemat występowania dźwięków, który porządkuje całą kompozycję. Ta nieregularność potrafi zakręcić w głowie! To z pewnością jeden z bardziej interesujących i wyjątkowych momentów na „Superlative Fatigue”. Zamykające „My Party” wykorzystuje klamrę zniekształconych partii wokalnych, którym towarzyszą klaśnięcia. Brak w nim tego „muzycznego kręgosłupa”, na którym budowane były poprzednie utwory, jednak zatrzymany został element beztroski i zabawy (formą i treścią).

 

„Superlative Fatigue” to inżyniersko i matematycznie potraktowany dancehall. Mimo swego elektronicznego całokształtu i wykorzystania licznych, mocnych dźwięków i sekwencji, jest bardzo lekki w odbiorze. To zabawa elementami muzyki, wziąć pamiętając o dokładności konstrukcji i strategii umiejscowienia poszczególnych partii, zabiegów dźwiękowych. To bezdyskusyjnie świetny powrót Errorsmitha, który tylko jeszcze pozytywniej nastraja na jego przyszłe, producenckie działania.

 

 

Autor:

Filip Preis