Feist – „Pleasure”

Artykuły

Sześć lat - tyle minęło od czasu kiedy Leslie Feist ostatni raz odkrywała przed światem swój nowy krążek „Metals”, który uchodził za najbardziej dojrzałą produkcję kanadyjki. Ponad pół dekady, musieliśmy czekać na przerwanie ciszy. Co Leslie robiła przez ten cały czas i czy warto było czekać? 

 

„Pleasure” - bo tak nazywa się rzeczony album, różni się od poprzednich dość znacząco. Charakterystycznych, łagodnych ballad jest zauważalnie mniej, trudniej znaleźć też ckliwe i uroczo pogodne melodie, dzięki którym taki komercyjny sukces odniósł „The Reminder”, ale po odsłuchaniu „Pleasure”… kto by za tym tęsknił ? Feist funduje nam kipiące skrajnymi emocjami i prostymi riffami gitarowymi 11 utworów, z których conajmniej kilka, gwarantuję,  nie wyrzucicie szybko z głowy.

 

Jak powszechnie wiadomo, pierwsze wrażenie nawet jeśli bywa mylne, nie pozostaje bez znaczenia, dlatego tak ważny dla albumu jest utwór otwierający, a w tym przypadku również singel - „Pleasure”. Zaczynamy więc z wielkim charakterem - perfekcyjnie manipulowany wokal raz brzmi zadziornie, wręcz agresywnie, by zaraz uspokoić słuchacza miękkim brzmieniem i durowymi akordami w tle, każdy dźwięk jest wyrazisty i pełni swoją rolę, nie ma mowy o przypadkowości.

 

Drugie na liście widnieje „I Wish I Didn’t Miss You” który jest kolejnym mocnym punktem albumu. Prostota konstrukcji daje pole do popisu wokalistce, która po raz kolejny wykazuje wręcz teatralną umiejętność manipulowania swoim środkiem przekazu. Tęskna, pełna melancholii melodia raz po raz nabiera siły dając ujście frustracji. Skąd taka pewność odnośnie uczuć? A to dlatego, że nowy album jest znacznie bogatszy merytorycznie, jest bardziej przemyślany, porusza trudniejsze kwestie, a przy tym wciąż jest czytelny, za co swoją drogą dziękujemy. Nie potrzebujemy od zaraz kolejnych Johnów Mausów. W tym utworze również widać jak istotna dla produkcji jest gitara, czasami elektronicznie przetworzona, czasami akustyczna, jednak zawsze obecna. 

 

Gdy dostajemy tak dobry album, rola recenzenta przewrotnie nie jest łatwa, naprawdę trudno być selektywnym, gdy mamy tak szerokie spektrum utworów wartych uwagi!

Rewelacyjne, pełne energii i subtelnie ironiczne „Anty Party”, być może nieco sztampowe (partie z chórkami) ale jakże skutecznie pociągające za sznurki „A Man Is Not His Song”, z gustem przesterowane i subtelne „The Wind”, można tak wyliczać i wyliczać, jednak zatrzymamy się na  „Century”. To jest utwór który na tegorocznej edycji OFF Festival może niebezpiecznie obniżyć liczbę słuchaczy zainteresowanych występem PJ Harvey, miejmy nadzieję , że organizatorzy wezmą to pod uwagę układając terminarz. Co ważne te słowa nie ubliżają Brytyjce, natomiast w podobnym obszarze gatunkowym każdy w tym roku przy Feist wypada blado.

 

Interesując się wcześniej albumem, pewnie słyszeliście hasła w stylu „najlepszy w karierze”, czy można to jednoznacznie stwierdzić? Leslie za „Pleasure” nie dostanie nominacji do Grammy jak w 2007 roku, nie zawidnieje na szczytach list przebojów w Wielkiej Brytanii jak podczas wydawania  „Bittersweet Melodies”, może być jednak z siebie dumna bardziej niż dotychczas. 28 kwietnia ujrzał światło dzienne pełen charakteru, doskonały muzycznie album, do którego będziemy wracać na dobre i na złe. Czapki z głów Feist, czekamy w Katowicach!

 

Autor:

Bartek Janisz